TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Lutego 2020, 01:06
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień V

Camino de Santiago - Dzień V

Marquina-Xemein - Gernika

Kiedy, jak każdego dnia, bardzo wczesnym porankiem przeciągałem moje zbolałe kości, nawet sobie nie zdawałem sprawy jak ciekawy, a przede wszystkim jak niemiłosiernie długi dzień właśnie się zaczyna. Ale jeśli dzień poznaje się po poranku to powinienem wiedzieć, że wiele rzeczy będzie dzisiaj „ekstra“.
I tak pierwszym novum dnia było śniadanie, które spożyliśmy w lesie w blasku wschodzącego słońca. Dotychczas nie zatrzymywałem się na śniadanie na łonie natury: albo spożywałem jakieś jabłko w marszu, albo dochodziłem do pierwszego otwartego baru, gdzie mogłem zamówić café americano, czyli po prostu dużą filiżankę kawy, która dla nas Polaków jest czymś normalnym, ale dla Południowców wydaje się czymś przesadzonym, takim właśnie „americano“  wiadomo w USA to nawet nie na litry, ale na galony (3,8 litra)! Ale dzisiaj z Juanem i naszymi dziewczynami zatrzymuję się w lesie na niemal pół godziny i śniadanko jest pielgrzymkowe, jak za dawnych lat bywało.
Kilkadziesiąt minut później w pewnym sensie łamię kolejne moje tabu: wybieram dłuższą drogę i w dodatku pod górę, ponieważ chcę nawiedzić klasztor cystersów w Cenarruza, którzy przyjmują również pielgrzymów na nocleg i jest to ponoć jedno z ciekawszych schronisk na trasie del Norte. Gdybym się wczoraj wczesnym popołudniem nie „uwalił“ na trawie, to spokojnie mógłbym w nim nocować, ale wczoraj nie miałem serca do „ekstra“ wyczynów, a dzisiaj mam. Również Ola, jedna z warszawskich studentek chętnie decyduje się na odwiedziny cystersów, więc nie idę sam i choć jest dość ostro pod górkę, to wcale nie żałujemy: kiedy docieramy do klasztoru kilkanaście minut po 9.00 trafiamy na Eucharystię. Aż trudno opisać jak piękna ona była w swej niesłychanej prostocie. W kościele jest tylko pięciu mnichów przy oświetlonym ołtarzu i pan organista z lampką wyznaczającą drugi punkt światła, a reszta kościoła w półmroku. Żadnych wiernych. Tylko my z Olą, jeśli jacyś pielgrzymi nocowali tutaj, to już są na trasie. To jest coś niesamowitego: czy wierni są czy ich nie ma, mnisi się modlą. I tak samo jest w tysiącach zakonów i klasztorów na całym świecie. Może właśnie dlatego świat jeszcze istnieje, chociaż tenże świat często nawet nie wie o ich istnieniu. Aż przykro wychodzić…
Kiedy schodzimy z górki szybko doganiamy Agatę (to ta, która zawsze pilnuje tyłów) i Javiera. Ola zostaje z nimi, a ja ruszam do przodu, ponieważ chcę pomodlić się w samotności. I pomyśleć. Dzisiaj jest pierwszy lipca. Mój serdeczny przyjaciel obejmuje parafię, to jego pierwsze probostwo w Polsce, i wspieram go dzisiaj moimi myślami i modlitwą. To właśnie on miał iść razem ze mną do Santiago i wiem, że bardzo chciałby być na tym szlaku… Ja też chciałbym być z nim w tym dniu przejęcia parafii, ale wspieramy się na odległość. Nie ukrywam, że dużo myślę dzisiaj nad moim ewentualnym przejęciem pełnej proboszczowskiej odpowiedzialności za jakąś parafię w bliżej nieokreślonej przyszłości. Chyba każdy ksiądz widzi siebie najpierw pośród ludzi, bo do ludzi jest posłany i wiem, że przyjdzie taki czas, a właściwie to już jest, kiedy będzie mi brakować wspólnoty, z którą i dla której być. Nie brakuje mi przyjaciół, świetnie się czuję w tym co robię, ale zew duszpasterstwa daje się odczuć. Kiedy przyjdzie czas na mnie?
Rozważając te dylematy wędruję pośród przyrody. Czasami ścieżka prowadzi wzdłuż potoku, czasami przez pastwisko, jest pięknie. Śpiewam sobie pod nosem kiedy natrafiam na małe stadko koni. Zwierzaki są dość przestraszone i zbite w gromadkę dokładnie tuż przy ogrodzeniu, obok którego wiedzie ścieżka. Ja też jestem dość… hmm, pełen respektu (kto się lubi kopać z końmi?), więc w obliczu zablokowanej ścieżki obchodzę koniki dość szerokim łukiem, co nie jest łatwe, bo jesteśmy na dość stromym zboczu i jest tam sporo rozjechanego końskimi kopytami błota, ale udaje mi się, wracam na ścieżkę i do mojego śpiewu. Zauważam, że od dłuższego czasu nie ma żadnych strzałek, ale dostrzegam też kilkadziesiąt metrów przede mną Anglika Martina (czyżby ten Francuz znowu zostawił go samego???) więc nawet skracam sobie dystans przedzierając się w jego kierunku „na szagę“ czyli przez pole na skróty. Po kilkunastu minutach marszu za Anglikiem zauważam, że on chodzi… w kółko. I to jest kolejne „ekstra“ dnia dzisiejszego: tych kilka kilometrów, które należy doliczyć do planowych 25. W końcu Anglik idzie w kierunku drogi asfaltowej, ja decyduję się na powrót do ostatniej widzianej żółtej strzałki. Jest ona tuż przed stadkiem koni, które jakby na złość pielgrzymom ustawiły się dokładnie dookoła furtki oznaczonej strzałką. Przy konikach należało odbić w lewo! Jak się później okazało stały tam dobrych kilka godzin, bo każdy z nas tam się zgubił. Niektórzy nawet wcześniej, prawda Paula? ;-) Widzę, że kończy mi się miejsce, a tu jeszcze tyle rzeczy do opowiedzenia. Chyba będę musiał napisać książkę, ale wróćmy do „ekstra“ spraw dnia dzisiejszego. Kiedy docieram na miejsce noclegu do Gerniki, „ekstra“ całuję rączki Marty (tak, tak, to ta niewierząca i mówię to bez żadnego negatywnego zabarwienia) za to, że na wszelki wypadek zajęła mi miejsce w hotelu – schronisku, które oddało do dyspozycji pielgrzymów zaledwie 16 miejsc w dwóch pokojach. „Oddało“ to może złe słowo, bo zapłaciłem za nocleg 19 euro – najdrożej ze wszystkich dotychczasowych. „Ekstra“ był również niepokój o Paulę, która szła z Juanem kilka minut za mną, a do schroniska dotarła grubo ponad dwie godziny po mnie. Dlaczego się niepokoiłem? No, bo skąd niby ja mam wiedzieć co to za jeden taki Juan i po co on idzie na tą pielgrzymkę? Tzn. wcześniej nie dał się poznać z jakiejś złej strony, wręcz przeciwnie, ale kiedy młoda dziewczyna gdzieś się zapodziewa z nieznajomym Hiszpanem to różne myśli człowiekowi do głowy przychodzą. Ekstra było zachowanie Oli, która urzekła mnie swoją dobrocią: kiedy my byliśmy już po prysznicu i pewni swoich łóżek w hotelu, i udawaliśmy się na zwiedzanie miasta (kolejne „ekstra“, do tej pory niewiele zwiedzałem) spotkaliśmy Irlandkę Donę, okrutnie zmęczoną, dla której oczywiście nie było już miejsca w albergue i musiała szukać innego noclegu. Ola, bez chwili zastanowienia powiedziała:
- Dona, ja już się wykąpałam, weź moje łóżko w hotelu, bo jesteś zmęczona, a ja pójdę poszukać innego noclegu.
Mnie osobiście zatkało. Donę też, ale nie przyjęła propozycji, w jakiś sposób szanując prawo pielgrzymkowe, według którego kolejność przybycia decyduje o przyznaniu miejsc w albergue. Niemniej gest Oli był niesamowity i obserwując ją nieco uważniej tę dobroć widać na każdym kroku. Od dzisiaj nazywam Olę Miss Dobroci, i jeszcze Wam o niej opowiem, jak będzie trochę miejsca.
Nasze „ekstra“ zwiedzanie Gerniki, która jest pamiętana przez swoje tragiczne losy miasta zbombardowanego „dla próby“ w 1937 r., co zostało uwiecznione w słynnym obrazie „Guernica“ Pablo Picassa, którego replika znajduje się w centrum miejscowości, kończy się rozczarowaniem. Wszyscy chcieliśmy zobaczyć słynny święty dąb Basków, przy którym są zaprzysiężani kolejni prezydenci Kraju Basków, a okazało się, że to ledwie wystający z ziemi kikut obudowany swoistym „sanktuarium“. Pozostajemy w pełnym szacunku dla świętych symboli dumnego narodu baskijskiego, choć o porządnym dębie, jak choćby naszym Bartku, to mogą sobie śnić po nocach. A tak a propos snu – to już ostatnie „ekstra“ – w naszym hotelu nocowały biedne dzieci z porażeniem mózgowym i jedno z nich straszliwie krzyczało: do trzeciej nad ranem nie zmrużyliśmy oka, a wstać trzeba było jak zawsze o 5.30, bo przed nami jeszcze 705 kilometrów.

Pielgrzym

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!