TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 22 Listopada 2019, 08:40
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Żwioł życia i śmierci

Żwioł życia i śmierci

ziemia swieta

Choć Egipcjanie nie mogli zbliżyć się do Hebrajczyków, to ci wręcz czuli ich oddech na swoich plecach. Jak długo będzie możliwy do zachowania dystans, jaki oddzielał ich od wojsk faraona? Przecież przed nimi rozciągała się tafla morza. Jego brzeg wyznaczał jednocześnie kres lądu i kres ich możliwości ucieczki. Morze było dla nich miejscem, gdzie ludzkie siły okazywały się niewystarczające. Na lądzie czuli się pewni.

Po ziemi mogli wędrować w dowolnym kierunku natomiast woda stanowiła barierę nie do przekroczenia. I pewnie przerażenie znów ogarnęłoby ich serca, gdyby nie to, że Mojżesz stał na ich czele. On wierzył słowom wypowiedzianym przez Boga.

Wschodni wiatr
Jego wzrok sięgał dalej niż morska toń. Niesiony wiarą widział ziemię, do której został wezwany on i jego lud. Ta wiara mobilizowała go, by wykonał dokładnie to i tylko to, co powiedział mu Bóg. Wyciągnął swą rękę w kierunku morza. Na pozór ten gest był znakiem ludzkiej bezradności. Czym była siła człowieka wobec morskich żywiołów. Wystarczyła jedna fala, by porwać i zmieść go z miejsca, w którym stał. A jednak w tym geście kryła się wielka moc. Wynikała ona z posłuszeństwa Bogu. To Jemu Mojżesz ofiarował wszystko co miał, całego siebie. I nie było tego wiele. Naprawdę wszystko mieściło się w pustej dłoni. W istocie nie miał nic. Był bezsilny. Stał sam na sam wobec żywiołu. Ale właśnie ta pustka stanowiła jego moc. Otwierała bowiem miejsce, w które mógł wkroczyć Bóg. On w niej objawił swą potęgę. I oto nieposkromiony żywioł stał się posłusznym człowiekowi.
W chwili, gdy Mojżesz podniósł swą rękę powiał wschodni wiatr. Przyszedł pośród ciemności nocy z tego miejsca, gdzie powstaje światło. Niósł ze sobą dar życia. Przed nim odmęty śmierci musiały się cofnąć. Tak jak niegdyś w dniu stworzenia tak i teraz wody odsłoniły ląd, na którym mogło zaistnieć życie. Ono było potężniejsze niż śmierć. Było tak, gdyż to życie zostało zrodzone przez Boga. Tę prawdę odsłoniły przed Izraelitami cofające się wody morza. Stała się oczywista tak, jak twardy grunt, który im ukazały. Zobaczyli miejsce niosące ocalenie. W ten sposób po raz kolejny doświadczyli mocy Boga. Otwierające się wody przypomniały im, że są Jego dziećmi. W owej chwili zrodzili się na nowo, stawali się podobnie jak Mojżesz ludźmi wiary. Ona dawała im odwagę, by wejść w tę niezwykłą przestrzeń życia danego przez Boga. Dzięki niej na gruncie, który wydawał się niemożliwym do zaistnienia stawiali kolejne kroki, by iść ku drugiemu brzegowi, przestrzeni ich wolności i ocalenia. Podczas tego marszu śmiercionośne wody stały posłusznie jak ściany. Jak gdyby sparaliżował je jakiś lęk przed tym, by w jakikolwiek sposób nie sprzeciwić się Panu Stworzenia i w niczym nie zranić Jego działa, jakim kroczący pośród nich lud Boga. Idąc za Mojżeszem Hebrajczycy szli niezwykłą drogą. Wszystko przeczyło ludzkiej logice. Pośród żywiołu morskich odmętów powinni znaleźć śmierć. Tymczasem moc Boga chroniła ich przed nią. Stało się coś, co było niewytłumaczalne i niepojęte. Jedynym wyjaśnieniem były moc i obecność Boga.

Przekonanie o potędze
Tę samą drogę zobaczyli Egipcjanie. I oni weszli na ziemię, jaka ukazała się pomiędzy ścianami z morskich wód. Ale nie prowadziła ich wiara. Szli po to, by zabijać i zniewalać. Jedyne czemu byli posłuszni to rozkaz faraona niosący zniszczenie. Bóg próbował ich przed tym powstrzymać, spowijając wcześniej drogą ciemnością i spowalniając marsz żołnierzy, to jednak żaden z nich nie zrozumiał tego ostrzeżenia. Nienawiść przepełniająca serca odbierała rozum i zaślepiała oczy. Wiązała się ona z pragnieniem, jakie w sobie nosili. Chodziło o wygodne i dostatnie życie. Do tego potrzebowali niewolników. Nie mogli pozwolić na ich ucieczkę. Nie było zgody na bezkarny bunt. W imię własnego dobrobytu stawiali przed innymi wybór: niewola lub śmierć. Człowiek był dla nich tylko przedmiotem, narzędziem służącym do zaspokojenia własnych potrzeb. Uważali się za władców życia i śmierci. Ufali też swej sile. I byli pewni, że nikt im się nie przeciwstawi. Kim wobec potęgi faraona miałby być jakiś Bóg, o którym mówił Mojżesz. Wprawdzie poprzedniej nocy ulegli słabości, ale teraz znów odczuwali swą potęgę. Byli jej pewni. Ich serce wypełniało przekonanie, że nawet morze, w które weszli ścigając hebrajskich niewolników nie jest w stanie się im przeciwstawić. Pośród tętentu końskich kopyt i łoskotu kół rydwanów już upajali się smakiem sukcesu. Uważali, że z życiem pokonanych mogą robić to, co sami uznają za słuszne. Ta noc, będzie czasem ich zwycięstwa, krwawej rozprawy, po której nic nie zostanie z ich przeciwników. Ci, którzy ośmielili się zbuntować i próbowali zerwać więzy niewoli zostaną starci na proch. Godzina triumfu nadchodziła. I będzie ona ich udziałem. Przecież nikt i nic nie może się z nimi równać. Nie ma większych od nich. Są jedynymi panami świata i ludzi.

Rozpoznali moc Boga
Tymczasem nadchodzący świt odwrócił przewidywany przez Egipcjan bieg wydarzeń. Choć wydawało się im, że już doganiają swych przeciwników i za chwilę zadadzą im śmiertelny cios, to nagle pomiędzy nimi a Hebrajczykami pojawiło się światło podobne do słupa ognia wydobywającego się z obłoku. Jego blask był dla nich tak przerażającym, iż zaczęli bezładnie uciekać. Nagle poczuli się mali i bezradni, a cała ich broń okazała się do niczego nieprzydatna. Rydwany, na których tak polegali grzęzły w ziemi. Już nie próbowali na nich nikogo ścigać. Chodziło im tylko o to, by jak najszybciej uciec. Ale i tu rydwany nie były w stanie dać im jakiejkolwiek pomocy. Stały bowiem w błotnistej ziemi jak wmurowane. To, w czym pokładali tak wielką ufność i co dawało im poczucie siły, stało się całkowicie nieużyteczne. Przekonanie o własnej potędze i poczucie pewności pękło jak mydlana bańka. W jednej chwili zrozumieli, że to co się dzieje nie jest wynikiem ludzkiego działania. W otaczających ich wydarzeniach rozpoznali moc Boga. Jednak to, co zobaczyli jedynie przeraziło ich serca. Bóg bowiem walczył przeciw nim, stanął w obronie tych ludzi, którymi gardzili i których prześladowali. I tak ci, którzy chcieli innym zadać śmierć sami wpadli w jej sidła. Stało się tak, gdyż byli głusi na wszelkie ostrzeżenia. Próbowali ucieczki. Biegli bezładnie i w pośpiechu. Teraz chcieli jak najszybciej zwrócić, opuścić miejsce w którym się znaleźli. Jednak i tu stało się coś, czego nie przewidzieli. Ten, którego uważali za godnego pogardy, Mojżesz stanął naprzeciw nich. W porównaniu z ich orężem był bezbronny. Nie użył miecza ani łuku. On jedyne wyciągnął w ich kierunku swą rękę. I wtedy zawirowały odmęty wód. Pękły ściany, które tworzyły. Fale zalewały kolumny wojsk, zmiatały rydwany, zatapiały całą potęgę faraona. Niosły ze sobą śmierć, na której niej Egipcjanie chcieli budować swe życie. Przyszła teraz, ale już wcześniej otworzyli dla niej swe serca gdyż zadawali ją innym. Teraz ona obróciła się przeciw nim. I nie potrafili się wyrwać z jej objęć. Zalała ich jak powracająca fala odbierając wszystko co mieli. To, czemu ufali runęło w jednej chwili.

Tekst i foto ks. Krzysztof P. Kowalik

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!