Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 437
Kiedy udało się uniknąć straty gola, komentatorzy sportowi mawiali: „wróciliśmy z dalekiej podróży”. To też stało się udziałem Mateusza, choć niekoniecznie chodziło o stratę…
– Wszystkich nas zaskoczyła choroba ks. Zbyszka, chociaż akurat jego chyba nie. Albo przyjął to po prostu z wielką pogodą ducha – tłumaczył bp Adrian sytuację proboszcza i kustosza Narodowego Sanktuarium św. Jacka. – W każdym razie, ks. Mateuszu, od jakiegoś czasu myśleliśmy, że ksiądz może być naturalnym następcą ks. Zbyszka, kiedy będzie przechodził na emeryturę. Więc teraz, kiedy ta sytuacja pojawiła się z kilkuletnim wyprzedzeniem, nie widzę powodu, żeby szukać gdzie indziej… Czy ksiądz by się podjął tego wyzwania?
– Czyli żebym ja został proboszczem u św. Jacka? – Mateusz zadał to głupie pytanie tylko po to, żeby mieć chociaż chwilę na ochłonięcie. – Ale przecież ja tu jestem dopiero cztery lata…
– Niektórzy proboszczowie już po dwóch latach proszą o zmianę – gorzko uśmiechnął się biskup. – A poza tym widzi ksiądz, od lat prosicie nas, żebyśmy w kurii mieli jakąś strategię, żebyśmy byli przygotowani na różne okoliczności, żebyśmy mieli plan A i plan B, no więc akurat w przypadku naszego sanktuarium naszym planem A jest właśnie ksiądz, księże Mateuszu – biskup nie odrywał wzroku od Mateusza.
– Czyli jakiś plan B też jest – powiedział bezwiednie Mateusz, a przez głowę galopowały mu takie tabuny myśli, że z trudem je rozróżniał. Najpierw przypomniał sobie słowa przyjaciela Macieja, który w pewnym sensie przepowiedział to, co się właśnie działo. Potem przemknęły przez wyobraźnię osoby, które w jego obecnej parafii się uaktywniły i były podporą duszpasterstwa. Gdzieś z tyłu głowy pojawiło się też Sanktuarium św. Jacka, z mnóstwem imprez okolicznościowych, ciągłym przepływem pielgrzymów i w samym centrum dużego miasta. To nie było to, o czym marzył, a już na pewno nie na tym etapie życia.
– Wydaje mi się, że ksiądz Piotr Doliński byłby naprawdę właściwą osobą na właściwym miejscu.
– Ks. Mateuszu, z całym szacunkiem, ale proszę mi wierzyć, że akurat w tej kwestii mamy dobre rozeznanie i konsultowaliśmy to w różnych gremiach. Księdza wybór nie jest przypadkowy. Ale oczywiście musimy mieć pewność, że ksiądz w pełni ten wybór podziela i podejmie tę misję z entuzjazmem. Dlatego wolałem najpierw skonsultować to z księdzem w sposób nieformalny, no i jak najbardziej ma ksiądz kilka dni do namysłu – powiedział bp Adrian.
– Kilka, czyli…
– No raczej mniej niż więcej, ks. Zbyszek jutro poddany zostanie operacji, więc w poniedziałek spodziewałbym się decyzji. Bardzo mi zależy osobiście, aby to była decyzja pozytywna, ale jeszcze raz podkreślę, przede wszystkim zależy mi, żeby to była misja podjęta z sercem i pełnym zaangażowaniem. Ksiądz sobie na pewno zdaje sprawę, jak ważne miejsce na mapie naszej diecezji tej geograficznej i duchowej zajmuje sanktuarium św. Jacka, a przecież również w skali kraju mamy tutaj coś unikalnego. A z tego co wiem, to ksiądz też wiele naszej diecezji zawdzięcza i moim poprzednikom, więc ufam, że ksiądz podejmie dobrą dla wszystkich decyzję. Oczywiście proszę o dyskrecję dopóki nie zapadnie ostateczna decyzja – biskup mówiąc te słowa wstał i patrzył pytająco na Mateusza.
– Rozumiem, że ta dyskrecja jest konieczna, ale od razu powiem, że mam przyjaciela księdza, który zna mnie doskonale i niestety w tym jednym przypadku nie mogę zapewnić, że nic nie powiem, bo jednak chciałbym o tym z nim porozmawiać – szczerze zaznaczył Mateusz.
– Rozumiem, tylko proszę z kolei jego poprosić o nierozpowszechnianie tej propozycji – zgodził się biskup i skierował ku wyjściu. – Ks. Mateuszu, ja mam pełne przekonanie, że ksiądz będzie dobrym kustoszem na te czasy. Ale proszę to sobie przemodlić. Czekam na odpowiedź, Szczęść Boże! – ksiądz biskup wyszedł na zewnątrz, a siedzący w samochodzie sekretarz ks. Marcin uruchomił silnik i już po chwili Mateusz patrzył na to, co zdaniem wielu jego kolegów jest najpiękniejszym widokiem świata: tylne światła odjeżdżającego samochodu biskupa. Akurat on tak nie uważał, wręcz przeciwnie, wydawało mu się, że biskup stanowczo za rzadko nawiedza parafie i to tylko wtedy, kiedy wszystko jest przygotowane na jego przyjazd, więc obraz jaki jest mu przedstawiony rzadko odzwierciedla codzienność, ale dzisiaj zupełnie inne myśli zaprzątały jego głowę. I o dziwo, nawet nie sięgnął po telefon, aby zadzwonić do Macieja, a przecież miał nawet zgodę biskupa, aby w tym jednym przypadku nie zachować dyskrecji. Niewiele myśląc Mateusz wsiadł w samochód i ruszył… za biskupem. Nie żeby miał jakieś złe zamiary wobec swojego zwierzchnika, po prostu postanowił pojechać prosto do Sanktuarium św. Jacka, chociaż miał pełną świadomość, że jak dojedzie na miejsce na pewno będzie zamknięte, bo już była prawie ósma wieczorem. Ale czuł, że musi się znaleźć tam blisko, zanim z kimkolwiek o tym porozmawia.
Gdy dojechał na miejsce ze zdumieniem odkrył, że w sanktuarium świeciły się światła. Szybko zaparkował samochód i wszedł do środka. Okazało się, że odbywało się jakieś poważniejsze sprzątanie i dekorowanie kościoła, zapewne na ceremonię ślubną. W świątyni dał się słyszeć lekki hałas i szmer rozmów, ewidentnie osoby, które sprzątały, musiały robić to na co dzień, bo czuły się swobodnie i przez chwilę Mateusz wpadł w przerażenie na samą myśl, ile tu musi być zatrudnionych osób, którym przecież trzeba godziwie zapłacić. I jakoś naturalnie jego myśli poszły w kierunku jego parafii, gdzie tylko organista Błażej był na liście płac, a wszystko inne było w ramach wolontariatu. I chyba tak naprawdę dopiero pierwszy raz zdał sobie sprawę, jak wspaniałych ludzi miał w swojej parafii św. Pawła. Błażej, który był nie tylko organistą, ale też pełnił sporo obowiązków kościelnego, jego dziewczyna Kinga, która prowadziła scholkę, kwiaciarki Małgosia i Beata, pan Zbyszek, który zajmuje się zielenią wokół kościoła, Łukasz, który mu ogarnia stronę internetową i gazetkę, przynajmniej z pięć pań, które dostarczają mu różne gotowe dania, że palce lizać… Kilkanaście innych rodzin, które są zaangażowane w kilku pokoleniach: dzieci w scholce, rodzice w radach, dziadkowie na kręgu biblijnym czy w Żywym Różańcu…
Za każdym razem, gdy Mateusz był już pewien, że przeszły mu przed oczami wszystkie twarze ludzi zaangażowanych ponad średnią, pojawiało się kolejne imię… Potem, te wszystkie kobiety z poplątanymi życiorysami, które – co tu ukrywać, Maciej miał rację mówiąc o tym – dziwnym trafem przypadają mu w udziale, a potem trzymają się kościoła i parafii. Może się nie narzucają duszpastersko, ale ich widok w kościele, na liturgii, na czuwaniu, najczęściej w ostatniej ławce, czy wręcz pod chórem, jest jak miód na serce kapłana, który widzi, że na niektóre owoce nie trzeba czekać aż tak długo. Klęczał więc w tym sanktuarium przed obrazem św. Jacka i zawierzał przez niego Panu Bogu wszystkich swoich ludzi, swoją parafię i… swoją przyszłą decyzję. Której oczywiście nie podjął, bo jeszcze potrzebował jednej ważnej konsultacji. Nie, nie ks. Macieja, który notabene wysłał mu już z pięć wiadomości ze znakiem zapytania. Musiał pojechać na Jasną Górę. Tam gdzie zawsze wszystko się rozjaśnia, tak jak jego powołanie się wyklarowało właśnie w pieszym pielgrzymowaniu do Matki Jasnogórskiej. Więc pewnie w piątek z samego rana pojedzie na Jasną Górę w drodze powrotnej wstąpi do Macieja i w poniedziałek biskup będzie miał jego odpowiedź. Sam był bardzo ciekaw, jaka ona będzie.
***
Ku jego olbrzymiemu zdziwieniu konsultacje okazały się banalnie proste i wręcz błyskawiczne. Na Jasnej Górze, zanim jeszcze wszedł przed obraz, przeciskał się przez grupę pieszych pielgrzymów z Warszawy z parafii… św. Jacka. A potem na Mszy wotywnej w kaplicy kapłan odczytał Ewangelię z Kany Galilejskiej ze słowami Maryi: „Uczyńcie wszystko co wam powie Syn”. Dla Mateusza te dwie wskazówki mówiły wszystko, a pokój jaki zapanował w jego sercu po zrozumieniu tych dwóch faktów mówił sam za siebie.
W drodze powrotnej wstąpił oczywiście do Macieja, który najpierw ochrzanił go za brak odpowiedzi na jego esemesy i to przez trzy dni.
– Ale zrozumiałem, że sprawa jest poważna i że biskup nakazał ci tajemnicę, więc wybaczam. Czyli nie możesz nic powiedzieć? Nawet mi? – gorączkował się.
– Akurat tobie mogę. Ksiądz Zbyszek miał właśnie jakąś poważną operację i nie wróci raczej do pełnego zdrowia i biskup zaproponował mi św. Jacka – wypalił Mateusz.
– Bierz! – odparł bez chwili wahania Maciej, uśmiechając się do przyjaciela.
– Tak po prostu? – zdziwił się Mateusz.
– Nie mam nic więcej do dodania – uśmiechnął się Maciej i temat był już zamknięty.
W poniedziałek pod drzwiami gabinetu biskupa Mateusz był całkowicie zrelaksowany, choć nie bez lęku przed stojącym przed nim wyzwaniem, ale był pewny swojej decyzji.
– Szczęść Boże księże Mateuszu, dziękuję za przybycie, proszę usiąść – powiedział biskup nawet nie patrząc na wchodzącego Mateusza, co było dość dziwne.
– Księże, nie wiem jaką ostatecznie decyzję by ksiądz podjął, no ale na szczęście nie trzeba jej podejmować wcale.
– Rozumiem, że ksiądz biskup decyduje, ale ja… - zaczął mówić Mateusz.
– Nie, nie księże. Chodzi o to, że kiedy chirurdzy otworzyli ks. Zbyszka, okazało się, że nic tam nie znaleźli. Trudno powiedzieć, cud czy mylna diagnoza, w każdym razie ks. Zbyszek ma się znakomicie, w związku z czym pozostanie dalej kustoszem św. Jacka, a naszą rozmowę proszę uznać za niebyłą.
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!