TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 20 Sierpnia 2019, 13:48
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Dzień XXVII - Pedrouzo Arca - Santiago de Compostella

Camino de Santiago

Dzień XXVII - Pedrouzo Arca - Santiago de Compostella

Budzę się po niezbyt dobrze przespanej nocy pośród kilkuset chrapiących osób i pierwsza myśl, kiedy już się oswoję z rzeczywistością, biegnie do Santiago, do którego brakuje mniej niż 20 kilometrów. Tak, dzisiaj osiągnę swój cel, z dwudniowym wyprzedzeniem. Kto by pomyślał? Ruszam w trasę z mieszanymi uczuciami. Nie dlatego, że ciągle bolą mnie moje nieszczęsne łydki, bo do tego bólu już dawno się przyzwyczaiłem, po prostu jest, da się żyć. Uczucia mam mieszane, bo z jednej strony radość, że już tak blisko, a z drugiej żal, że to już prawie koniec. Staram się iść sam, jak podczas ostatnich kilku dni, ale wcale nie jest to łatwe, bo na trasie jest mnóstwo pielgrzymów, którzy maszerują różnym rytmem, w związku z czym, ja muszę zmieniać moje tempo, idąc raz szybciej raz wolniej by trzymać się z dala od innych. I śpiewać. Podczas Camino znowu odkryłem przyjemność samotnego śpiewania dla Pana Boga i obiecuję sobie, że kiedy już wrócę do domu, będę to czynił częściej, z gitarą (i niech się mój brother Piotr w niebie wścieka sugerując „chcesz żebym cierpiał to złam mi rękę ale nie śpiewaj“ ;-). A propos gitary, po kilku kilometrach widzę przed sobą właśnie maszerującą… gitarę. Ale tym co mnie zafascynowało jeszcze bardziej od tego idącego instrumentu (szacun wielki dla tych pielgrzymów, którzy prócz plecaka decydują się jeszcze na jakiś instrument), był różaniec w prawej dłoni dziewczyny, dzięki której gitara mogła się poruszać. Niestety na Camino nie spotkałem zbyt wielu osób modlących się na różańcu, dlatego nie mogłem się oprzeć pokusie, aby jej nie zaczepić.

- Przepraszam, że przerywam ci modlitwę, mówisz po angielsku? – zapytałem.

- Tak, nie ma żadnego problemu – odpowiedziało dziewczę przepięknym angielskim z brytyjskim akcentem, aż doprawdy musiałem się zawstydzić na myśl o moim broken English.

- Czy mogę się dołączyć do twojej modlitwy, potem ci wyjaśnię dlaczego – poprosiłem.

- Jasne, nawet nie musisz wyjaśniać, ale ja już jestem przed ostatnią tajemnicą – odpowiedziała z uśmiechem wyciągając do mnie dłoń – nazywam się Claz.

- A ja Andrzej. No problem, wystarczy jedna dziesiątka – uścisnąłem jej dłoń.

- Andrew? – zapytała i widząc moje skinienie głową rozpoczęła „Ojcze nasz“.

Wiecie dlaczego nie mogłem się powstrzymać? Ponieważ pielgrzymuję z kijkami aby nie nadwyrężać zbytnio moich kolan, co okazało się bardzo trafną decyzją. Kijki prowokują jednak dwie trudności: przy robieniu zdjęć i właśnie przy modlitwie na różańcu. W związku z czym, po prostu modliłem się zawsze bez koronki odliczając Zdrowaśki w pamięci i… zawsze się myliłem, więc żeby na pewno nie było ich mniej niż dziesięć, zwykle recytowałem ich dużo więcej. Pomyślcie sami: któregoś dnia, dokładnie o godzinie 15.00 zacząłem odmawiać koronkę do Bożego Miłosierdzia. I tak sobie szedłem, oglądałem przyrodę i recytowałem te „Dla Jego bolesnej męki…“ i recytowałem, recytowałem, aż w pewnym momencie wyprzedzająca mnie znajoma mówi do mnie:

- Dawaj, dawaj, bo już czwarta, nie załapiesz się na łóżko w albergue!

- Czwarta? – zdumiałem się, ale spojrzałem na zegarek i okazało się, że było nawet pięć po! Ponad godzinę mówiłem koronkę, Bóg jeden wie ile było tych wezwań ;-) Dlatego kiedy zobaczyłem Claz z różańcem nie mogłem się oprzeć, aby choć ten jeden, jedyny raz, w ostatnim dniu mojego pielgrzymowania, odmówić jedną dziesiątkę różańca, która będzie miała dokładnie dziesięć Zdrowasiek i ani jednej więcej. Po modlitwie rozmawiamy jeszcze przez chwilę a później każde idzie dalej swoim rytmem.

Po drodze mijam miejscowość Lavacolla, która niegdyś była miejscem tradycyjnej kąpieli dla pielgrzymów przed wejściem do Santiago, a dzisiaj jest miejscem, z którego pielgrzymi najczęściej podejmują drogę powrotną, bo tutaj mieści się lotnisko, z którego również ja skorzystam już za trzy dni. Stąd jeszcze tylko pięć kilometrów i docieram na Monte do Gozo! To słynna Góra Radości z  charakterystycznym pomnikiem dwóch pielgrzymów patrzących w kierunku Santiago, bo właśnie stąd po raz pierwszy można zobaczyć wieże Katedry św. Jakuba. Można, gdyby nie drzewa… Ale to bardzo radosny moment. Ponownie spotykam Claz i tym razem rozmawiamy dłuższą chwilę. Claz jest z Londynu i tak bardzo chciała iść na Camino, że aż zwolniła się z pracy, gdyż szef nie chciał jej dać takiego długiego urlopu.

- I co będziesz dalej robić po powrocie? – pytam zaskoczony jej determinacją.

- Nie wiem. Na pewno zaangażuję się w wizytę Benedykta XVI w Londynie, a później zobaczę co dalej – odpowiada  z uśmiechem Claz.

- To już nie chcecie aresztować papieża? – pytam żartobliwie nawiązując do idiotycznych pogróżek, które przelały się przez prasę europejską.

- To są jakieś totalne bzdury, ja wiem, że mnóstwo ludzi gorąco pragnie wizyty Benedykta – odpowiada Claz, która, jak się okazuje, komponuje muzykę, również liturgiczną. Zanim się pożegnamy, ponieważ ona nocuje na Monte do Gozo, prosi mnie jeszcze o modlitwę.

- Pomódl się za mojego chorego dziadka, proszę, ja właśnie dla niego tak bardzo chciałam tu być.

- Jasne, powiedz mi jak twój dziadek ma na imię – pytam.

- Dziadek ma na imię Jesus.

- Mam wrażenie, że nie zapomnę tego imienia – uśmiecham się do Claz i mówimy sobie „do zobaczenia w Santiago“.

Na ostatnich kilometrach trochę trudno się wyciszyć, ponieważ maszeruję przez miasto pełne ludzi. A potem Katedra. Jeszcze tylko czterdzieści minut w kolejce do Bramy Jubileuszowej i już przytulam się do Świętego Jakuba. Ot tak po prostu, bez fanfar, ale nie bez łez, kolejne marzenie stało się faktem. Boże, jak Ty mnie kochasz!

Pielgrzym

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

~ Lidia
2019-05-20  /  00:03

Wspaniale czytać ten artykuł tym bardziej, gdy samemu przeszło się Camino i wracają wspomnienia tych trudów i radości w jednym.
Pięknie.