TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 28 Lutego 2020, 02:30
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień XII

Camino de Santiago - Dzień XII

Santillana - San Vicente de la Barquera

camino

 

Albergue w prześlicznej Santiliana del Mar opuszczam około szóstej razem z Juanem, który wczoraj dokładnie się wypytał, jak należy wydostać się z niezbyt dobrze oznakowanego miasteczka, a nawet gdyby było lepiej oznakowane, to przecież ciągle jeszcze jest ciemno. Dzisiaj chcemy zrobić ponad 30, więc przynajmniej początkowo będziemy się trzymać dróg asfaltowych: nie jest to najprzyjemniejsze, ale unika się błądzenia i zwłaszcza rano, kiedy słońce nie doskwiera, można szybko maszerować i pokonać większą część trasy. Kiedy zatrzymujemy się w pierwszym otwartym sklepie na śniadanie jest już dobrze po 10.00. Na dzisiejszej trasie ciągle spotykamy się z Martyną i Martą, a z Martyną udaje mi się nawet zamienić kilka słów, co nie jest łatwe, bo to dziewczę dość zamknięte w sobie. Mówi mi o swoim pielgrzymkowym pechu, który dotyczy osób mających z nią pielgrzymować. Najpierw była Gosia, z którą razem przygotowywały się do wyjazdu do Hiszpanii i która zakupiła nawet bilet, ale wycofała się w ostatnim momencie, wykręcając się jakimś beznadziejnym tłumaczeniem.

- Po prostu wcisnęła mi ściemę – opowiada Martyna – coś o chorym ojcu, ale przecież on był chory już wcześniej. Tak naprawdę poznała dwa tygodnie wcześniej chłopaka i tyle. Najbardziej wkurzyło mnie to, że nie powiedziała mi po prostu prawdy, przecież bym zrozumiała.

Na szczęście udało się znaleźć inną koleżankę, imienniczkę, która w ostatniej chwili zdecydowała się na wyjazd z Martyną. Niestety, również ona, w drugim dniu opuszcza Camino, twierdząc, że nie może znieść tego, że inni się opalają na plaży, a ona musi iść z tym plecakiem, jak głupia. Nie tego się spodziewała, więc nie zastanawiając się, że zostawia koleżankę samą w obcym kraju, wraca do Polski. To właśnie wtedy poznałem Martynę. Od tego czasu Martyna pielgrzymuje głównie z Martą i kiedy wczoraj ta ostatnia, zniecierpliwiona asfaltową i mało atrakcyjną trasą, kiedy szły pod palącym słońcem wzdłuż tej nieszczęsnej rury, zaczęła się odgrażać, że sobie da spokój, Martynie przyszło do głowy, że to może ona przynosi wszystkim pecha i ją zostawiają, jedna po drugiej. Próbuję ją uspokoić. Oczywiście, że tak nie jest. Camino to trudny wybór i nikt do niego nie jest zmuszany, więc zdarza się, że ktoś rezygnuje, zwłaszcza, kiedy brak motywacji duchowych. Ale o Martę można być spokojnym. Choć w jej przypadku nie chodzi o motywacje duchowe, to mogę się założyć o wszystko, że nigdy się nie podda: nie zniosłaby myśli, że coś zaczęła, a nie dokończyła, prawda Marto? ;-) A skoro już jesteśmy przy poddawaniu się: doszły do nas wieści, że Agata wywiesiła białą flagę po 11 dniach pielgrzymowania z powodu zmasakrowanych stóp, które nie pozwoliły jej kontynuować drogi. Szkoda, bo wydawało się, że najgorsze już za nami. W jednym z miasteczek, przez które przechodzimy napotykamy też przesympatycznego Fina, który wczoraj nocował w tym samym schronisku.

- Nie powiem wam „see you soon“, ale „buen camino“ na pewno – mówi uśmiechając się gorzko i masując kostkę. Stan zapalny stawu skokowego, który dokuczał mu już wczoraj teraz praktycznie stał się nie do wytrzymania i również on musi zrezygnować.

Mnie nie pozostaje nic innego, jak tylko dziękować Bogu, bo poza standardowym bólem pięt i stóp, mam się bardzo dobrze i nic mi nie dolega, a to przecież już dwunasty dzień pielgrzymowania. Chyba rzeczywiście zaczynam się przyzwyczajać i może za kilka dni nawet stopy już nie będą boleć. Myślę, że bardzo dobrą decyzją było zabranie kijków trekkingowych. Alleluja, chwała Panu! Mijamy po drodze Comillas, gdzie jest meta dzisiejszego etapu według przewodników, ale decydujemy się na dodatkowe 11 kilometrów i około 14.00 docieramy do San Vicente de la Barquera, gdzie spędzimy noc. Chciałbym jeszcze w tym miejscu wspomnieć, o wielu rzeczach, o których wspominają przewodniki, a których niestety nie zobaczę, ponieważ imperatyw dotarcia do Santiago na święto Jakuba Apostoła jest dla mnie kluczowy. W takim na przykład Comillas, jest przepiękny neogotycki pałac, albo monumentalny gmach Uniwersytetu Papieskiego. Albo Capricho de Gaudi z 1885 roku, czyli Kaprys Gaudiego, którego bardzo lubię, mieszczący dzisiaj restaurację… Nie zobaczyłem żadnych z tych rzeczy! W związku z tym, często się odgrażam: „Ja tu jeszcze wrócę!“ i mam nadzieję, że Pan Bóg da mi taką szansę.

Albergue w San Vicente jest bardzo ciekawie położone na wzniesieniu tuż obok kościoła Santa María de los Ángeles z XV wieku i jest prowadzone przez Sofię i Luisa, dwójkę starszych hospitalleros, którzy są sympatyczni, ale stanowczo zbyt gadatliwi i zameldowanie każdego pielgrzyma zajmuje im całą wieczność. Doprawdy trzeba się uzbroić w cierpliwość, bardziej tutaj, już na mecie, niż na trasie. Ponieważ kościół jest zamknięty celebruję Mszę Świętą samotnie w pustym pomieszczeniu przed oknem, za którym deszcz i burza z piorunami. Formularz mszalny: o powołania kapłańskie. Tutaj w Hiszpanii widać, jak bardzo brakuje kapłanów… Mam nadzieję, że deszcz się „wypada“ nocą i jutro będzie już w porządku, jak dotychczas. Wieczorem miła niespodzianka: kolacja dla wszystkich w schronisku! Sałata zielona z kluskami na zimno, zupa z soczewicy i lokalne czerwone wino. Wszystkiego pod dostatkiem dla ponad 30 pielgrzymów!

Takim pozytywnym akcentem żegnamy się z Cantabrią, ponieważ jutro, jak Bóg da, wchodzimy do Asturii. Do Santiago 460 km.

Pielgrzym

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!