TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Sierpnia 2019, 11:05
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Zwycięzca Śmierci

emmaus

Wieczerza w Emaus

Już jest niedziela zmartwychwstania, ale oni jeszcze nie wierzą w to, co mówią inni. To przecież niemożliwe, że Jezus żyje. Widzieli jak umierał. Dwóch z nich smutnych wybiera się do Emaus oddalonego o ponad 60 stadiów, czyli 11 kilometrów od Jerozolimy. Ich historię z Ewangelii według św. Łukasza włoski malarz Michelangelo Merisi da Caravaggio opowiedział malując „Wieczerzę w Emaus”. Kiedy uczniowie nie należący do grona Apostołów wyruszyli do tej niewielkiej miejscowości dołączył do nich wędrowiec. Pytał ich o niedawne wydarzenia w stolicy Izraela. A oni dziwili się, że nie zna historii Jezusa z Nazaretu skazanego na ukrzyżowanie przez Piłata. Mistrz umarł, a oni się spodziewali czegoś zupełnie innego. Zawiedli się. Wtedy pielgrzym wyjaśnił im proroctwa Starego Testamentu o męce Mesjasza. Uczniowie nie rozpoznali w nim Jezusa, bo jak napisał Ewangelista „oczy ich były zasłonięte”. Kiedy doszli do Emaus weszli do gospody i usiedli przy stole pielgrzym pobłogosławił i połamał chleb i wreszcie Go poznali. Lecz On zniknął im z oczu. Znowu dzięki napotkanemu Jezusowi ich niewiara przemieniła się w wiarę tak silną, że pomimo później pory wrócili do Jerozolimy. Z radością chcieli opowiedzieć Apostołom to, co się wydarzyło.

Właśnie ten moment spotkania dwóch uczniów z Mistrzem i błogosławieństwa chleba i wina uchwycił Caravaggio, dla jednych genialny malarz i mistyk, a dla innych awanturnik znany sądom i policji. Nikt przed nim nie malował tak realistycznie, nie dawał świętym twarzy prostych ludzi. Zaskakiwał, a wręcz szokował tym odbiorców. Artysta jakby chciał wskazać, że wiara i świętość mają także wymiar ludzki. Dzisiaj powiedzielibyśmy jeszcze, że jest osiągalna dla każdego z ludzi.

Z obrazu przemawiają postacie, szczegóły i charakterystyczny dla Caravaggia światłocień. Oczywiście w centrum „Wieczerzy w Emaus” najważniejszy jest Jezus w czerwonej szacie. I co zauważa wielu - nie ma brody, co wtedy było niespotykane w malarstwie. Niektórzy mówią, że Caravaggio wzorował się na postaci Jezusa z „Sądu Ostatecznego” Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej. Inni podkreślają, że przekonuje nas: Jezus wyglądał inaczej niż przed zmartwychwstaniem. Nawet uczniowie Go nie rozpoznali. Artysta w Emaus przedstawił ich kiedy zaskoczeni właśnie zrozumieli, że mają przed sobą Zbawiciela. Jeden z uczniów zrywa się gwałtownie, jakby chciał wypełnić każde polecenie Nauczyciela. Drugi ma szeroko rozłożone ręce. Wydaje się, że przypomina to ukrzyżowanie. Na ubraniu ucznia widać przypiętą muszlę, symbol pielgrzyma. Taką samą nosili pielgrzymi zdążający do Jerozolimy, albo ci idący wiele kilometrów do grobu 
św. Jakuba w hiszpańskim Santiago de Compostela. W scenie uczestniczy też oberżysta, ale on nie wie o co chodzi - skąd to zdziwienie wędrowców. Na dodatek malarz na stole „postawił” koszyk z owocami i nie tylko. Niektóre z nich są nadjedzone przez robaki - co może symbolizować grzech i śmierć Jezusa i Jego zwycięstwo.

Jeszcze jedno - obraz na pierwszy rzut oka wydaje się ciemny, ale światło pada z lewej strony (znawcy mówią, że tak jak na większości dzieł Caravaggia). Oprócz tego można zauważyć blask bijący z twarzy Chrystusa. Przez to ukazuje się On „pod inną postacią”. Dzięki światłocieniowi scena w Emaus rozgrywa się jakby bezpośrednio przed nami. To szczególne oświetlenie odsłania gwałtownie ludzi i przedmioty.

Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć obraz, namalowany w 1601 roku w oryginale może uda mu się wyruszyć do National Gallery w Londynie i podziwiać dzieło. I niech nie zmyli go fakt, że podobny obraz znajduje się w Pinakoteka Brera w Mediolanie we Włoszech. Bo artysta namalował scenę z Emaus po raz drugi, pięć lat po pierwszej „Wieczerzy”.

ReJ

Michelangelo Merisi da Caravaggio ,,Wieczerza w Emaus”, 

1601, National Gallery w Londynie

 

Zwycięzca Śmierci

Po ciszy ogarniającej uczniów Chrystusa w Wielką Sobotę nadchodzą Wigilia Paschalna i Niedziela Wielkanocna z radosną wiadomością o Jego zmartwychwstaniu. Nie ma Go już w grobie, żyje, zwyciężył śmierć, piekło i szatana, jak śpiewamy w jednej z pieśni. Jednak przed radością w sercach uczniów pojawiają się inne uczucia, które jakby nie pasują do niej. Przed wielkanocnym Alleluja rodzi się lęk, a nawet niedowierzanie.

Żyje, wstał z grobu? Nie, to niemożliwe, to tylko słowa kobiet. Jak zapisał św. Marek w Ewangelii uczniowie nie uwierzyli Marii Magdalenie, która opowiedziała im o spotkaniu z Chrystusem. Nawet zmartwychwstały Jezus wyrzucał im potem niedowiarstwo i zatwardziałość serca. Uczniowie sami się do tego przyznają spotykając wędrowca w drodze do Emaus. Wyjaśniają, że kobiety przeraziły, zdumiały ich wiadomością o zmartwychwstaniu.

Serca uczniów wypełniają się radością i wiarą w zwycięstwo Jezusa nad śmiercią dopiero wtedy, kiedy zobaczyli pusty grób, kiedy się z Nim spotykali, kiedy On pokazał im swoje rany, kiedy łamał dla nich Chleb. Bo Jezus potrafi w jednej chwili zamienić niedowiarstwo w silną wiarę. Jednak jest jeden warunek, człowiek musi ten dar przyjąć. Wtedy pozostanie już tylko radość ze zmartwychwstania i wiara.

Może niedowiarstwo uczniów z Niedzieli Wielkanocnej nas zadziwia, a nawet bulwersuje. Najbliżsi ludzie Nauczyciela - widzieli, słuchali Go, a jednak nie mogli uwierzyć w Jego z martwych powstanie. Ale nas też, na pierwszy rzut oka wierzących Mistrzowi z Nazaretu, dotyka to samo.

W zeszłym roku portal wiara.pl przeprowadził sondę pytając: Czy wierzysz w zmartwychwstanie? Ponad 90 % odpowiedziało: „tak, wierzę” . Ale w innych sondażach pojawiało się już niecałe 50% Polaków wierzących w zmartwychwstanie, a kiedy katolicki tygodnik „Pèlerin” opublikował wyniki sondażu przeprowadzonego wśród Francuzów było już tylko 10 % . „Osobiście wierzę w Boga, jednak nie wierzę w zmartwychwstanie. Gdy człowiek umiera, nie widzimy, aby cokolwiek „ulatniało” się z niego. Według mnie, gdy człowiek umiera, to kończy się na tym jego byt” - tak niektórzy tłumaczyli swoje „nie”.  Tylko, że wiara w zmartwychwstanie to istota chrześcijaństwa, podstawa naszej wiary, bo jak napisał św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian: „Jeśli nie ma zmartwychwstania, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara”. Na szczęście zmartwychwstały Jezus czeka na każdego z darem wiary.

Wierzący ateista

Historia przemiany niewiary w głęboką wiarę, która nie lęka się głosić Chrystusa zatacza kręgi i co jakiś czas zaskakuje nas podobna wiadomość, jak ta o uczniach sprzed prawie dwóch tysięcy lat. Tak było z jednym ze znanych dziennikarzy z „Le Figaro”, z synem założyciela Francuskiej Partii Komunistycznej, również komunistą
- z Andre Frossardem. Dwudziestoletni ateista, uprzedzony do religii i Kościoła otrzymał dar – pewność w istnienie Boga. Jak sam potem mówił „w formie rzeczywistości, która nie pozostawia miejsca na żadną wątpliwość czy wahanie”. Zaskakujące? Na pewno.

Dla Frossarda spotkanie z Bogiem było niespodziewane, jak spotkanie Mistrza z uczniami zdążającymi do Emaus w Niedzielę Zmartwychwstania. Andre 8 czerwca 1935 roku był umówiony z przyjacielem na ulicy d’Ulm. Czekając wszedł do kaplicy Najświętszego Sakramentu, której próg przekraczało wielu ludzi. W jednej chwili doświadczył jakiegoś wewnętrznego światła i łagodnej dobroci. „Ujrzał” inny świat, bardziej rzeczywisty niż ten, który dotąd dostrzegał. „Spotkałem Go niewątpliwie – powiedziałbym przez przypadek, gdyby w wydarzeniach tego rodzaju w ogóle przypadek mógł mieć miejsce. O 17.10 wstąpiłem do małego kościółka w Dzielnicy Łacińskiej w poszukiwaniu przyjaciela i opuściłem go o 17.15 w posiadaniu przyjaźni, która nie była z tej ziemi. Wszedłem do kościoła jako sceptyk i ateista radykalnie lewicowy, ale jeszcze większa od mojego sceptycyzmu i ateizmu była moja obojętność: interesowały mnie inne sprawy niż Bóg, którego nawet nie próbowałem się wypierać, tak bardzo wydawał mi się produktem ludzkiego strachu i niewiedzy – wyszedłem po kilku minutach jako „katolicki, apostolski, rzymski” chrześcijanin, niesiony i podniesiony, ciągle od nowa przejęty i porwany falowaniem niewyczerpanej radości” - opowiadał Frossard. Zmienił się tak bardzo, że otaczający go ludzie od razu to zauważyli. Kiedy chciał przyjąć chrzest ojciec zerwał z nim kontakty. Odizolował siostrę, jakby syn chorował na zaraźliwą chorobę. Ale w końcu i jego siostra, i matka też przyjęły chrzest.

Po latach jako odnoszący sukces dziennikarz podzielił się swoim doświadczeniem w książkach „Bóg istnieje. Spotkałem Go” i „Istnieje inny świat”. Dlaczego? „Co mogę zrobić, skoro Bóg istnieje, skoro chrześcijaństwo jest prawdziwe, skoro jest życie pozagrobowe? Co mogę tutaj zrobić, skoro istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą, która chce być poznaną, która nas kocha i która nazywa się Jezus Chrystus? Nie mówię tego na podstawie hipotez, w sposób wyrozumowany, na podstawie tego, co słyszałem, iż mówiono. Mówię o tym z doświadczenia. Widziałem. Nie wiem, dlaczego wybrano właśnie mnie, abym był świadkiem naocznym tego, co się ukrywa za powierzchownością świata. Wiem tylko, że mam obowiązek świadczenia” – napisał. Bestsellerem stała się też jego książka „Nie lękajcie się!” Pewnego dnia Jan Paweł II poprosił Frossarda o przyjście i zadawanie pytań. Z tej rozmowy powstał pierwszy w historii wywiad z Ojcem Świętym. Może jeszcze jedno na koniec tej historii. Nawrócony dziennikarz dziwił się, że wielu wierzących nie korzysta z bogactw, jakimi są Pismo Święte i sakramenty. „Ocierają się” o „inny świat”, świat Zmartwychwstałego, ale go nie dostrzegają. A wystarczy tylko przyjąć dar wiary w Zmartwychwstałego. To możliwe.

Renata Jurowicz

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!