TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 13:38
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Zachować pamięć

Zachować pamięć

Teraz 27 stycznia, dzień wyzwolenia w 1945 roku obozu koncentracyjnego Auschwitz - Birkenau, nazywany jest Międzynarodowym Dniem Ofiar Holocaustu. W czasie II wojny światowej zginęło około 6 milionów Żydów, czyli jedna trzecia wszystkich Żydów na świecie. Dwa miliony ofiar Holokaustu to żydowskie dzieci. Te, które przeżyły dzielą się swoimi przeżyciami. Przypominają też o tych, którzy narażali dla nich swoje życie. Przypominają o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

Żydzi skazani przez Niemców na eksterminację ginęli nie tylko w gettach, obozach koncentracyjnych, ale i na ulicach miast i wsi. Jeżeli udało im się uciec byli zmuszeni do ukrywania swojej tożsamości. Holocaust przetrwało zaledwie 10 procent Żydów w Polsce. O ich historii czytamy na stronie stowarzyszenia Dzieci Holocaustu. W dniu rozpoczęcia II wojny światowej mieli nie więcej niż 13 lat lub urodzili się w czasie wojny. Zdarza się, że oficjalne dane o dacie lub miejscu ich urodzenia często nie zgadzają się ze stanem faktycznym. Bo wyrabiano im fałszywe dokumenty, które ratowały życie. Ich świat - świat okupacji nie był czarno – biały, czyli nie spotykali tylko „złych” Niemców i tylko „dobrych” Polaków i Żydów. Wszędzie i w każdym narodzie są różni ludzie. Na szczęście są też wśród nich Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata.

 

Poszukiwania

W jednej ze swoich książek Hanna Krall zauważyła: „Umierają polscy rodzice żydowskich dzieci. Znaleźli je ponad pięćdziesiąt lat temu - przy torze, którym jechał pociąg, przy drodze, którą pędzono Żydów, pod murem getta, albo w krzakach. Czasami dostawali je od ludzi, którzy obiecali, że wrócą, ale nie pojawili się więcej. Polscy rodzice nieśli dziecko do kościoła. Nadawali chrześcijańskie imię. Wychowywali jak własne i milczeli o przeszłości. Teraz umierają. (...) W ostatniej chwili pragną opowiedzieć jak było, lecz mówią niewyraźnie, o niejasnych sprawach i odchodzą w pół słowa. Niektórzy zostawiają równie spóźniony i niejasny list lub strzęp notatek. Z takim strzępem i półsłowem przychodzą pięćdziesięcioletnie żydowskie dzieci do Żydowskiego Instytutu Historycznego”. Trafiają i szukają swoich bliskich.

Jest też i odwrotnie. Już po wojnie są tacy, którzy szukają tych, którzy z narażeniem życia im pomogli. Gdzieś odnajduję historię profesora Eleazara Shafrira, który w czasie okupacji stracił rodziców i trafił do obozu w Płaszowie. Uciekł stamtąd dzięki pomocy Anny Kaczorowskiej, Marii Płatek oraz Anny i Piotra Madej. Po wojnie próbował odnaleźć rodziny swoich wybawców. Nie mógł jednak przyjechać do rodzinnego Krakowa, ponieważ odmawiano mu wizy. Udało się dopiero pod koniec lat 80. Jednak żadna z osób, które go uratowały już nie żyła.

 

Polscy sprawiedliwi

Nie-Żydzi, którzy ratowali Żydów w czasie Holokaustu, niejednokrotnie ryzykując własne życie, honorowani są medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Uroczyście wręczany jest on w Yad Vashem, czyli dokładnie w Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem w Izraelu. Polscy sprawiedliwi stanowią największą grupę w całej Europie. Ktokolwiek pomagał i ukrywał Żydów w Polsce w czasie okupacji narażał siebie i swoje rodziny na represje i śmierć. Po koniec 1941 roku generalny gubernator Hans Frank wydał rozporządzenie o karze śmierci dla Żydów opuszczających getta oraz osób udzielających im pomocy. Polska stała się jedynym krajem w Europie, w którym za pomoc w ratowaniu Żydów płaciło się śmiercią. Kara egzekwowana była zwłaszcza od lata 1942 roku, gdy Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji żydowskich gett. Właśnie w tym czasie nasiliły się ucieczki Żydów na „aryjską stronę”.

Rodzina Józefa i Wiktorii Ulmów mieszkała w Markowej. Mieli siedmioro dzieci. Wszyscy zginęli w 1944 roku. Poświecili swoje życie ratując Żydów. Józef Ulm był znanym w okolicy sadownikiem, hodował pszczoły i jedwabniki. Do tego społecznik, bibliotekarz i działacz katolicki. Jego pasją było fotografowanie. Żona Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi – urodziła ich sześcioro, a w momencie śmierci była w zaawansowanej ciąży. Podczas okupacji Ulmowie przechowywali w swoim domu ośmioro Żydów z rodzin Szalów i Goldmanów. Cała rodzina rozstała za to rozstrzelana. „Przed chałupę wyprowadzono też Józefa i Wiktorię i tam zastrzelono. Wśród krzyków i płaczu żandarmi zastanawiali się, co zrobić z szóstką dzieci. Po krótkiej naradzie Dieken zdecydował, że je także należy rozstrzelać. Trójkę lub czwórkę dzieci własnoręcznie zamordował Kokott. Krzyczał przy tym: ,,Patrzcie, jak giną polskie świnie, które przechowują Żydów”. Od kul zginęły wszystkie dzieci Ulmów: Stasia, Basia, Władziu, Franuś, Antoś, Marysia i siódme w łonie matki, która właśnie zaczęła je rodzić” - napisali Mateusz Szpytma i Jarosław Szark w publikacji poświęconej Ulmom. Siedemnaścioro ludzi, w tym ośmioro dzieci, zginęło za to, że byli Żydami lub Polakami, którzy odważyli się udzielić im zakazanej pomocy. Żydowski Instytut Pamięci Yad Vaszem przyznał rodzinie Ulmów tytuł „Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata”. Proces beatyfikacyjny Ulmów rozpoczął się we wrześniu 2003 roku.

Mieszkańcy Markowej po śmierci Ulmów nadal pomagali ukrywającym się Żydom. Do końca okupacji przeżyło tam co najmniej siedemnaście osób. Józef i Julia Barowie wraz z córką Janiną przez dwa lata „przechowali” pięcioosobową rodzinę Riesenbachów. Podobnie było u Antoniego i Doroty Szylarów z piątką dzieci. W ich stodole pojawili się uciekający Żydzi z rodziny Weltzów. Najpierw mieli zostać tylko kilka dni, jednak pozostali aż do końca wojny. Ten straszny czas przeżyła siedmioosobowa rodzina. U Michała Bara przetrwała trzyosobowa rodzina Lorbenfeldów. U Jana i Weroniki Przybylaków przeżył Jakub Einhorn. Helena i Jan Cwynarowie ukrywali Abrahama Segala jako pastucha z fałszywym nazwiskiem i papierami.

To o takich ludziach Dzieci Holocaustu na swojej stronie internetowej piszą – nasi przyjaciele. I podkreślają, że „są wspaniali, a często cisi i skromni, czasami mówią „ja niczego nadzwyczajnego nie zrobiłem, nic mi się nie należy”. Tego, co by się im „należało” nie jesteśmy w stanie dać. Dajemy więc to, co jest możliwe. Przede wszystkim wdzięczną pamięć za to, że jesteśmy, żyjemy. To oni ratowali nas z narażeniem życia. Staramy się zachować pamięć o tych, którzy już odeszli i otoczyć opieką jeszcze żyjących. Mamy moralny obowiązek interesować się ich losem dziś, kiedy są już w wieku podeszłym, trapią ich choroby i często - samotność”.

Renata Jurowicz

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!