TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 14 Kwietnia 2026, 23:54
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Trzeba zrobić krok do tyłu

Trzeba zrobić krok do tyłu

Od starego „bumersa” wychowanego za komunydzisiejsze smartfonowe bystrzaki mogą się nauczyć znacznie więcej niż im się wydaje. A nawet powinni.

W naszych rozważaniach nadszedł czas na jakieś dobre rady. Zaczniemy jednak od pewnej wiadomości.

Czy odszkodowania puszczą Zuckerberga z torbami?

Otóż kilka dni temu w sądzie hrabstwa Los Angeles zapadł bezprecedensowy wyrok: dwudziestoletnia powódka Kaley oskarżyła Instagram i YouTube o doprowadzenie jej do uzależniania, a ława przysięgłych przyznała jej rację i nakazała wypłacenie 6 milionów dolarów odszkodowania. W sądzie pojawił się osobiście Marc Zuckerberg, założyciel Facebooka i właściciel Mety, do której należy Instagram i przez siedem godzin usiłował przekonać przysięgłych, że lepiej mówić o „problematycznym użyciu”, a nie uzależnieniu. On i inni przedstawiciele koncernu upierali się, że 16 godzin dziennie przed ekranem to jeszcze nie uzależnienie, bo… średnio użytkownicy spędzają na platformach znacznie mniej czasu.

Podczas procesu wyszło też na jaw, że platformy same zlecały badania dotyczące wpływu ich produktów na psychikę użytkowników, a szczególnie nastolatków, lecz zatajały ich wyniki! Prawdopodobnie wiedzieli, że ich produkty są uzależniające – i nazwijmy rzecz po imieniu – przecież o to im chodziło! Jeszcze dodam, że odszkodowanie zostało zasądzone pozwanym firmom w następujący sposób: 70 % winy przypisano Mecie (właścicielowi Instagrama) 30 % firmie Alphabet, spółce matce Google’a i YouTube’a. A w czym siedzą głównie wasze dzieci i wnuki? Od wyroku oczywiście się odwołano, ale miejmy nadzieję, że tej fali już się nie zatrzyma i wzrośnie świadomość szkodliwości nadużywania mediów społecznościowych.

Urodziłem się w samą porę

Druga sprawa, którą chciałbym się podzielić jest związana z pewnym filmem z kanału „Psychologia bez Spiny”, z którego dowiedziałem się, że dorastając w latach siedemdziesiątych wychowywałem się w czasach absolutnej wolności połączonej z bardzo wczesną autentyczną odpowiedzialnością. I w związku z tym mam szczególne cechy. Mówi się o nas, że jesteśmy pokoleniem wychowanym na ulicy albo pokoleniem z kluczem na szyi (dokładnie to pamiętam: raz bawiliśmy się kto swoim kluczem na sznurku najwyżej rzuci i prawie wygrałem, bo rzuciłem najwyżej, ale klucz spadł na przejeżdżającą wywrotkę i odjechał w siną dal, więc zwycięstwo było pyrrusowe i rodzice braw mi nie bili…). Niby to było dzieciństwo dość samotne (od towarzystwa rodziców), ale byliśmy non - stop na dworze i musiało się ściemnić, żeby wrócić do domu.

Jak się pewnie już domyślacie to nie był tylko zwyczajny brak nadzoru, ale intensywny trening umiejętności poznawczych i emocjonalnych, które w dzisiejszym przebodźcowanym świecie są absolutną rzadkością. Wiecie co mamy ja i moi rówieśnicy dzięki takiemu wychowaniu? Przede wszystkim umiejętność samodzielnego rozwiązywania problemów i silne funkcje wykonawcze. Film, który obejrzałem cytuje doskonale nam wszystkim znane zdanie: „znajdź sobie coś do roboty, bo jak nie, to ja ci znajdę!” Co by nam znalazł ojciec albo matka można się domyślać: sprzątanie albo coś w podobie. Znacznie lepiej było wymyślać jakieś fajne zajęcia samemu! I tak robiliśmy! Nikt nam nie dawał gotowych zabaw, sami je wymyślaliśmy (nie macie pojęcia ile różnych rzeczy można robić na trzepaku) i dzięki temu mamy znacznie lepiej rozwiniętą kreatywność od dzieci z kolejnych generacji, których czas był wypełniony prawie co do minuty zaplanowanymi przez rodziców zajęciami, a te wolne minuty były zapełnione Internetem.

Poza tym zyskaliśmy coś, co się nazywa adaptacyjną kalibracją ryzyka: w naszym świecie nie było kasków, ochraniaczy, gumowych nawierzchni placów zabaw i bezpiecznych huśtawek z homologacją. Wchodziliśmy na drzewa, spadaliśmy z nich, rozbijaliśmy sobie głowy i kolana, wariowaliśmy na rowerach, rzucaliśmy się na głęboką wodę nie potrafiąc pływać i dzięki tym ryzykownym zabawom dzisiaj znacznie lepiej oceniamy ryzyko i nie mamy żadnych większych lęków. Zachowujemy spokój w chaosie i nie ulegamy paraliżowi w kryzysie.

Sam, czyli w dobrym towarzystwie

Wymienię może jeszcze jedną rzecz, którą wynieśliśmy z tego naszego „dziwnego” dzieciństwa: psychologowie nazywają to komfortową pojemnością na samotność i ciszę. Ponieważ mimo wielu zabaw z rówieśnikami spędzaliśmy też sporo czasu w samotności, słuchając na przykład muzyki z kaset czy listy przebojów Trójki, albo leżeliśmy na trawie gapiąc się w niebo, nie dlatego, że byliśmy samotni, ale dlatego że nie było żadnego ekranu, który by przywoływał uwagę co trzy sekundy, w związku z czym nie mamy problemu z byciem sam na sam ze swoimi myślami. Nasz mózg ma tyle zasobów w sobie, że czuje się spokojnie i bezpiecznie w ciszy.

No i na koniec jeszcze jeden punkt: my wychowani w latach 70., w epoce przedcyfrowej, mamy cierpliwość i wbudowany mechanizm odroczonej gratyfikacji. Przez całe dzieciństwo ciągle musieliśmy na coś czekać: tydzień na kolejny odcinek ulubionego serialu, kilka dni na wywołanie zdjęć z wakacji, godziny na rozmowę z kumplem (nie było komórek ani esemesów). Kto się za młodu nauczył czekać (a nie było innego wyjścia) ten za dorosłego ma lepszą kontrolę impulsów, stabilniejsze relacje i większe sukcesy zawodowe. Patrzymy długofalowo i mamy więcej samodyscypliny. Dość tego chwalenia się, a jeszcze trochę by się znalazło. I to żadna nasza zasługa, ale żyliśmy po prostu w lepszym okienku czasowym.

Być może macie wrażenie, że już o tym pisałem i to prawda: ale kiedy to samo wraca do mnie z różnych źródeł to uwiarygadnia się jeszcze bardziej i jasno wskazuje nam, co robić i czego nie robić. Co ograniczać i przed czym chronić, a gdzie można i trzeba puścić na żywioł. Zachęcam, abyście spróbowali choć trochę tego klimatu tamtej wolności, a jednocześnie wczesnej autentycznej odpowiedzialności stwarzać swoim dzieciom czy wnukom.

Zbiorowe odpowiedzi na problem

Wracamy do Jonathana Haidta: proponując rozwiązania do wychodzenia z problemów, które kreują naszym dzieciom portale społecznościowe i generalnie Internet, zdaje on sobie sprawę, że dla wielu „ten pociąg już odjechał”. Nie znaczy to jednak, że nie należy podjąć działań, które jednak muszą być wspólne! Wiemy doskonale co się dzieje, gdy rodzice jednego dziecka są absolutnymi przeciwnikami posiadania przez niego smartfona, podczas gdy wszystkie inne dzieci w klasie takowym się cieszą. Ta słuszna postawa, ale odizolowana, niestety prędko stanie się przyczyną społecznego wykluczenia ich dziecka, które będzie się czuło wyobcowane nie mając zielonego pojęcia o tym, czym inni się interesują i o czym rozmawiają. Dlatego tak ważne jest, aby działać wspólnie. Potrzebujemy zbiorowej odpowiedzi na dany problem i Haidt opisuje cztery.

Pierwszą jest dobrowolna koordynacja. Jeśli nie narzuci tego państwo, prawo i szkoła, rodzice mogą podjąć wspólny pakt, kiedy ich dzieci rozpoczynają edukację szkolną: umawiamy się, że nie kupujemy im smartfonów aż do ukończenia ósmej klasy. Jeśli nie da się z całą klasą, to niech to będzie chociaż dziesięć rodzin, które podejmują taką decyzję. I wtedy nie będzie mowy o wykluczeniu.

Drugą odpowiedzią jest przewartościowanie norm społecznych, które „decydują” co jest moralne, a co nie. Na przykład dzisiaj dziewięciolatek bez opieki to prawie skandal i rodzicom grozi odebranie praw rodzicielskich. Kiedyś tak nie było. Może znowu powrócić do poprzednich zasad? Podobnie jak obecnie tolerowana jest obecność smartfona: może warto znowu uważać za niestosowne układanie tego sprzętu na stole zarówno po stronie widelca, jak i noża?

Trzecie jest rozwiązanie technologiczne: chodzi na przykład o telefony bez podłączenia do Internetu, albo lepiej weryfikujące wiek, albo zamykane w jakiś sposób.
Czwarta odpowiedź leży po stronie instytucji. Rządy mogą wpływać na producentów smartfonów i operatorów platform społecznościowych, a także szkół. Wprowadzenie pewnych zasad prawnych, jak na przykład ostatnio w Australii, gdzie nowe prawo wymaga, aby firmy prowadzące media społecznościowe – w tym Meta, TikTok i YouTube – podjęły „rozsądne kroki”, aby zapewnić, że Australijczycy poniżej 16. roku życia nie będą mieć kont na ich platformach. Jak to będzie działać, to się dopiero okaże, ale na pewno trzeba iść w tym kierunku. 


ks. Paweł 

 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!