TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 13:17
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Spotkanie które zmieniło wszystko

Spotkanie, które zmieniło wszystko

Kolejne dni Mojżesza wyznaczał rytm życia rodzinnego. Został pasterzem. Codziennie wyprowadzał stada swego teścia Jetry (tak jedna z biblijnych tradycji nazywa Reuela, ojca Sefory) na pustynne pastwiska.

Strzegł owiec przed drapieżnikami. Poszukiwał zaginionych. Często wracał niosąc na własnych ramionach tę, która się pokaleczyła. Prowadził je do wodopoju. Gdy wracał, witało go czułe spojrzenie żony, śmiech dziecka. W domu lubił przyglądać się, jak Jetro składał ofiary i zanosił modlitwy. Jego teść był kapłanem Madianitów, plemienia nomadów - wędrowców, którzy przemierzali pustynię Araby, wzgórza Synaju i stepy Moabu. Nie mieli swej ojczyzny, lecz wędrowali z miejsca na miejsce, zatrzymując się tam, gdzie były dogodne warunki do życia.

Milczący Bóg?

Mojżesz patrząc na kult, jaki sprawował ojciec Sefory, często myślał o Bogu. Ten czczony przez Jetro wydawał mu się bliższy człowiekowi niż bogowie Egiptu, o których wiele słyszał i których świątynie oglądał w ziemi egipskiej. Oni wydawali mu się dalecy i obojętni na ludzki los, jak gdyby byli pogrążeni w świecie swych własnych spraw. Bóstwo, którego kapłanem był Jetro wydawało mu się bliższe, związane ze światem, w którym żył, światłem słońca, blaskiem księżyca, powiewem wiatru, czy wyniosłością pustynnych skał. Ale i to mu nie wystarczało. W pamięci miał opowieści swej matki. Mówiła o przodkach jego ludu, o wezwaniu ich przez Boga do wędrówki ku ziemi, jaką On im obiecał. Ten Bóg rozmawiał z Abrahamem, Jakubem i Izaakiem. Kierował ich życiem. Ale teraz milczał. Mojżesz nie mógł zrozumieć dlaczego. Przecież jego lud tyle cierpiał. Czemu On nie reagował? Dlaczego pozwalał, by Egipcjanie krzywdzili i zabijali Hebrajczyków? Te pytania tkwiły w sercu Mojżesza i za każdym razem odżywały, gdy odgłos modlitw wznoszonych przez Jetro kierował jego myśl ku Bogu.

U stóp Horebu

Może jego życie toczyłoby się takim torem, gdyby nie pewien dzień, który odwrócił bieg wydarzeń. Wszystko zaczęło się zwyczajnie. Mojżesz wyprowadził swoje stado w kierunku pustyni. Zabrał ze sobą pożywienie i wodę potrzebne na cały dzień. Tym razem postanowił pójść w głąb pustyni. Miał nadzieję znaleźć tam lepsze pastwiska. Wędrował tak długo, aż doszedł do stóp góry, którą nazywano Horeb. Według niektórych, jej nazwa oznaczała suszę.

Mojżesz spoglądał na majestatyczne wzniesienie. W jego obliczu wydawał się być, jak pył pustynnych piasków. Lubił patrzeć na wysokie szczyty. Skrywały w sobie tajemnicę. Wielu ludzi mówiło, iż były mieszkaniem bogów. Ale tym razem jego uwagę pochłonęło zupełnie coś innego. U podnóża góry zobaczył krzew. Takie rośliny co jakiś czas można było spotkać na pustynnym szlaku. Spieczone słońcem, szukające swymi korzeniami najmniejszej drobiny wody, chroniące się kolcami przed każdym intruzem. Ileż razy zdarzało mu się wyplątywać z takiego krzewu nieuważne owce. Ale tym razem dostrzegł coś nieznanego, rzecz, która wydawała mu się niezwykłą i niezrozumiałą. Krzew płonął, ale mimo, że płomienie obejmowały jego gałązki, te nie spalały się. To zaintrygowało Mojżesza. Ciekawość przenikała jego serce. Postanowił przyjrzeć się temu niezwykłemu zjawisku i spróbować je wyjaśnić. Gdy był już blisko usłyszał głos, który wypowiadał jego imię. Nie, nie przesłyszał się. Dwukrotnie ktoś wypowiadał jego imię. A przecież tu nie było ludzi, którzy mogli go znać.

Głos Boga

Umysł był bezradny, ale serce dawało podpowiedź: głos, który słyszy, jest głosem Boga. Mojżesz rozpoznał w nim wezwanie. Zrozumiał, że jeśli Bóg mówi do niego po imieniu, to znaczy, że go zna, wie o nim wszystko i jest mu bliski. Wydawało mu się to niezwykłe. Przecież na świecie żyją setki tysięcy ludzi. Mojżesz jest jednym z nich, wprawdzie dawnym księciem egipskim, ale potem zabójcą, a obecnie prostym pasterzem. Tymczasem Bóg mówi do niego, jak do przyjaciela, po imieniu. Dlatego odpowiedział „Oto jestem”. Jestem obecny, jestem gotów spotkać się z Tobą, pragnę oddać się Tobie cały. Dalsze słowa poprowadziły Mojżesza ku Bogu. Do tej pory szukał Go po omacku, słyszał to, co inni o Nim mówili, wiedział, jak Go sobie wyobrażali, jak próbowali oddawać Mu cześć. Teraz sam słyszał Jego głos, który zapraszał do spotkania. Zapragnął być jak najbliżej, chciał podejść, ale głos rozlegający się ze środka krzewu powstrzymał go.

Usłyszał o świętości miejsca, na którym stoi. Święte, to znaczy oddzielone od innych, różne od wszystkiego, co go otacza. Ale przecież ten kawałek ziemi przypominał inne fragmenty pustyni. Dlaczego jest święty? To nie ziemia to sprawia, ale obecność Boga. To On uświęca miejsce, na którym stanął Mojżesz. Dlatego nie godzi się go deptać sandałami. Temu miejscu spotkania z Bogiem należy się najgłębszy szacunek. Mojżesz poczuł się, jak kapłan, który wstępując do świątyni zdejmował obuwie, by do sanktuarium nie wnosić niczego, co mogłoby uczynić je nieczystym. Tym samym odczytał pierwszą lekcję o Bogu, który jest całkowicie różny od świata, w którym żyje Mojżesz. W niczym nie przypomina egipskich posągów lub świętych zwierząt. Nie ma nic wspólnego z amuletami, czy zaklęciami. Nie jest w stanie ogarnąć Go budowla kamiennego sanktuarium wznoszonego przez ludzi. Nie jest też żadną częścią otaczającej Mojżesza natury, świata przyrody, choć - jak przeczuwał Jetro - jest ona Jego odblaskiem. Ale to za mało, by ukazać Boga. To tylko Jego nikły cień, choć stanowi on tak piękny ślad. Zdejmując sandały Mojżesz musiał się zatrzymać. W swoim poszukiwaniu Boga doszedł do celu wędrówki. Spojrzenie było już niepotrzebne. Płonący krzew był jedynie zaproszeniem. I choć mówił wiele, to zdawał się wskazywać na wieczne trwanie. Jednak obraz zastąpił głos. Bóg zapragnął spotkać się z Mojżeszem przez swoje słowo. Ale przez chwilę ludzkie serce przeszyła wątpliwość, pojawiło się pytanie o to, kim jest Bóg, jakiego Mojżesz teraz spotkał. Czy odkrył jednego z wielu bogów czczonych przez ludzi? Tego pytania nie musiał wypowiadać. W chwili, gdy przebiegło przez jego umysł, usłyszał imiona swych przodków: Abrahama, Izaaka, Jakuba. To ten sam Bóg, który objawił się przodkom, kierował ich życiem oraz uczył wiary. On, Bóg jego ojca, teraz dał poznać się jemu samemu. Mojżesz poczuł, że stoi w obliczu niepojętego majestatu. Dlatego na znak czci zasłonił twarz. Wiedział, że nie godzi się wpatrywać w Boga, jak w kogoś równego sobie.

Tekst i foto ks. Krzysztof P. Kowalik

 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!