Słowo na początek
Ponoć dobry początek to połowa sukcesu, a ja jeszcze nie wyszedłem z bloków startowych: czekam na błogosławieństwo.
Ponieważ mamy trochę przyspieszone terminy oddawania pisma do druku, edytorial piszę wieczorem 1 stycznia, więc mam w głowie noworoczne refleksje i chętnie się nimi z wami podzielę, choć „kiedy to piszę u mnie pełnia lata, gdy to dostaniesz będzie środek zimy”. No może nie aż tak drastycznie, poślizg będzie lekki, ale zacytować poezję zawsze warto.
Zacznę od historii, którą opowiedziałem również moim parafianom. Wiele lat temu, kiedy pracowałem we włoskiej parafii, mieliśmy w diecezji wspaniałego kapłana, don Lauro, który niejednokrotnie zdejmował ze stóp ostatnie buty, aby oddać je ubogiemu i zajmował się również narkomanami, czyli osobami w kryzysie uzależnienia (dzisiejszym językiem). Jedna z jego podopiecznych oskarżyła go fałszywie o nadużycia (kiedy okazało się, że kapłanowi grozi więzienie, wycofała się z oskarżeń, ale wtedy postawiono jej z urzędu zarzuty zniesławienia i powróciła do pierwotnej wersji) i ostatecznie don Lauro trafił do więzienia. Nasz biskup odwiedzał go raz w tygodniu, a raz w miesiącu podczas spotkań z księżmi diecezji zdawał relację, jak wygląda sytuacja don Lauro. I za każdym razem, kiedy podejmował temat, rozpoczynał słowami: „Don Lauro kilka lat temu rozpoczął pracę z grupą uzależnionych, na którą – w formie jaką proponował – nie otrzymał błogosławieństwa od biskupa, czyli mojego poprzednika, i teraz ten niewinny kapłan, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, siedzi w więzieniu. Jego sytuacja obecnie wygląda tak…” i dalej biskup opowiadał o kondycji księdza i postępach w procesach odwoławczych. Ta historia ciągle mi uzmysławia, jak potrzebujemy Bożego błogosławieństwa, bo nawet najwznioślejsze pomysły i najpiękniejsze projekty, jeśli chcemy iść z nimi tylko o własnych siłach, pomysłach i ideach mogą się źle skończyć. Proście Boga o błogosławieństwo, proście kapłanów, rodziców i błogosławcie sami, ile się da. To naprawdę ważne! Ja sam – to już tak pół żartem pół serio – miałem pewien projekt dotyczący katechezy parafialnej i ksiądz biskup zalecił, bym się wstrzymał i… posłuchałem. A tak przy okazji, to nadal czekam kiedy będzie zielone światło…
Druga sprawa, mieliśmy dzisiaj kolędę u sióstr służebniczek, a one zawsze na początku roku losują sobie Świętego patrona na rozpoczynający się rok i okazało się, że zostało im parę wolnych obrazków, więc i my, księża wylosowaliśmy. I dostał mi się św. Augustyn… Pierwsze co mi przyszło do głowy to „kochaj i czyń co chcesz”. A drugie to trzeba będzie powrócić do „Wyznań” najlepiej w formie książkowej. I w związku z tym mam prośbę do was: dajcie znać, jeśli na łamach „Opiekuna” będzie zauważalne, że św. Augustyn wszedł w moje życie. A może sami też kogoś wylosujcie.
Ostatnia refleksja związana jest z dniem wczorajszym, w którym przypadła rocznica śmierci Benedykta XVI, którego kochałem. I wikariusz przypomniał mi o pewnym fakcie, a mianowicie w wieku siedmiu lat Joseph Ratzinger napisał list do Dzieciątka Jezus takiej treści: „Kochane Dzieciątko Jezus, wkrótce zstąpisz na ziemię. Chcesz przynieść dzieciom radość. Także mnie przyniesiesz radość. Chciałbym dostać Volks-Schott (mszalik łacińsko – niemiecki - przyp. red), zielony ornat i Serce Jezusa. Zawsze chcę być dobry. Serdecznie Cię pozdrawiam, Joseph Ratzinger”. Wzruszyłem się mocno i takie mam życzenie do Dzieciątka, abym ornat każdego koloru zawsze zakładał w stanie łaski uświęcającej, tak w tym roku, jak i do końca życia. I też chcę Serce Jezusa.
ks. Andrzej Antoni Klimek
aaklimek@opiekun.kalisz.pl
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!