Reunion czyli ponowne spotkanie
Nigdy bym nie pomyślał, że swoje refleksje z wyprawy na Madagaskar rozpocznę od niezbyt znanej wyspy Reunion, zamiast o lemurach będę pisał o małym wilczku, a wszystko to z księdzem Blizińskim i pewną książką w tle.
Ta historia ma swój początek wiele, wiele lat temu, kiedy mój kolega, kapłan diecezji poznańskiej, z którym miałem przyjemność przez jakiś czas razem studiować w seminarium, został posłany przez swojego biskupa do służby dyplomatycznej Kościoła. Najpierw akademia, a potem kolejne placówki w najróżniejszych miejscach świata, gdzie nasz kolega miał zwyczaj zapraszać wszystkich swoich kolegów kursowych, mniej więcej co dwa, trzy lata. Dla nas była to znakomita okazja, nie tylko odwiedzać takie kraje jak Indie, Meksyk, Brazylia, Stany Zjednoczone czy Izrael (gdzie z dwuletnim poślizgiem spowodowanym przez pandemię świętowaliśmy nasz srebrny jubileusz kapłaństwa celebrując Eucharystię w Wieczerniku), ale poznawać oblicza Kościoła katolickiego w tych różnych realiach i kulturach, a także wzmacniać nasze przyjacielskie więzy.
Azymut na Madagaskar
Wreszcie w ubiegłym roku przyszedł ten moment, kiedy nasz kolega ks. Tomasz stał się arcybiskupem Tomaszem i został mianowany nuncjuszem apostolskim na Madagaskarze. Wszyscy się bardzo ucieszyliśmy przede wszystkim z awansu kolegi, ale też – nie ma co ukrywać – z bardzo dla nas egzotycznej placówki, na którą został posłany i zacieraliśmy ręce na kolejną niesamowitą wyprawę. Zwłaszcza, że jak się okazało nuncjusz Madagaskaru ma w swojej pieczy również inne pobliskie wyspy: Reunion, Komory, Mauritius i Seszele. Możecie sobie pewnie wyobrazić, że ciężko było utrzymać wodze fantazji. A Ksiądz Arcybiskup nie zasypiał bynajmniej gruszek w popiele i jak tylko objął kolejne stolice (jest cały proces dyplomatycznego uwierzytelniania) zaczął planować naszą pierwszą wyprawę. Tak, tak, to nie pomyłka: tylu miejsc nie da się poznać podczas jednej podróży. Wydawało się oczywiste, że na pierwszy ogień pójdzie główne danie, czyli Madagaskar, natomiast kwestie logistyczne sugerowały, aby lądować na Mauritiusie. Ksiądz Arcybiskup włączył jeszcze w program wyspę Reunion, która jest najbardziej europejską częścią jego placówki (tak naprawdę jako terytorium zamorskie Francji Reunion należy do Unii Europejskiej) i to miał być taki czas przejściowy pomiędzy tym co mamy na co dzień a warunkami panującymi w tej strefie, gdzie mieszają się wpływy afrykańskie, indyjskie i generalnie oceaniczne. Podsumowując: szykowaliśmy się do odwiedzin Madagaskaru, Mauritusa i Reunion. To już było pewne, a należało ustalić szczegóły.
Ksiądz Bliziński nadal działa
Dokładnie w tamtym czasie na mailowy adres mojej liskowskiej parafii otrzymałem takiego maila: „Dzień dobry, piszę z wyspy Reunion, gdzie mieszkam od dwudziestu trzech lat. Proszę wybaczyć mój zły język. Znam trochę polski, ale nie na tyle, żeby napisać list. Na szczęście są teraz automatyczni tłumacze, którzy mogą ci pomóc. Mój dziadek miał na imię Stefan Pietrzak, urodził się w Zakrzynie w 1903 roku. On i jego trzej bracia zostali ochrzczeni przez ks. Wacława Blizińskiego, proboszcza w Liskowie. Stefan i jego młodszy brat Wacław wyemigrowali do Francji w latach 20. Jego siostra Anna i brat Władysław
pozostali pod Kaliszem. Mówi się, że inny brat, Walerian, został zabity przez bolszewików podczas wojny 1919-1920. Nic nie wiem o ich młodości w Zakrzynie. Chciałbym otrzymać książkę „Pamiętniki z życia i pracy” - pamiętnik ks. Blizińskiego. Być może znajdę tam jakieś informacje o mojej rodzinie, ale przede wszystkim będę mógł zrozumieć, jak wyglądało życie na wsi w tamtych czasach. Nie znałem mojego dziadka, zmarł w 1948 roku po internowaniu jako jeniec wojenny w Niemczech. W swoim ostatnim liście napisał z okna swojej szpitalnej sali, że zobaczył las, który przypomniał mu sosny z dzieciństwa. Z drugiej strony dobrze znałem mojego stryjecznego dziadka Wacława, który szczególnie pamiętał błoto. Niestety wydaje się, że książka jest niedostępna. Nie mogłem jej zamówić przez Internet. Może mógłbyś mi ją znaleźć? Oczywiście w pierwszej kolejności dokonam wpłaty przelewem bankowym za książkę i za przesyłkę. Dziękuję za uwagę i poświęcenie w służbie parafii Lisków. Bardzo serdecznie pozdrawiam. Bruno Navez”. Nie jest łatwo mnie zaskoczyć, ale przyznam szczerze, że zaniemówiłem. Dzień wcześniej dowiedziałem się, że najprawdopodobniej odwiedzę Reunion i dzisiaj czytam takiego maila! Najpierw moje myśli pobiegły do mojego słynnego poprzednika ks. Wacława Blizińskiego. Niemal 80 lat po jego śmierci ciągle jeszcze docierają z różnych stron świata echa jego działalności. Potem pomyślałem o moim dobrym znajomym Gabrielu Maciejewskim, który wznowił wspomnienia ks. Blizińskiego w swoim wydawnictwie i ciągle wierzy, że książki mogą zmienić życie i świat. I wreszcie o autorze maila, tajemniczym Bruno Nevezie i jego pragnieniu lepszego poznania i zrozumienia swoich korzeni. Co za historia! Nie odpisałem od razu, ponieważ program naszej podróży nie był jeszcze doprecyzowany, ale kiedy już wszystko było wiadome mogłem napisać, że nie wyślę mu tej książki, ale jeśli sobie życzy, to chętnie mu ją dostarczę... osobiście! Podałem dni i miejsca mojego pobytu na wyspie Reunion. Taka była reakcje Bruno (pozostawiam oryginalną pisownię z internetowego translatora): „Ojciec, szczęść Boże. Co za niesamowite i wspaniałe wieści! Jestem tak wzruszony. Mieszkam w Le Tampon na południu i nie będę mógł jutro przyjechać do Saint-Denis. Ale niewykluczone, że spotkamy się w środę w Saint-Philippe. Może moja żona i ja moglibyśmy dołączyć do twojego lunchu lub wycieczki? Powiedz mi, co panu pasuje, gdzie i o której godzinie. Wiem kilka słów po polsku, ale nie mogę rozmawiać. Czy będzie panu towarzyszył tłumacz, czy mogę poprosić znajomego? Jeśli to wszystko nie jest możliwe, pan może zostawić księgę u sióstr zakonnych lub u proboszcza parafii z Plaine des Cafres, który też jest Polakiem, a ja bardzo szybko ją odbiorę. Ale byłoby lepiej, gdybyśmy się spotkali”. Ostatecznie umówiliśmy się, że pan Bruno z małżonką Beatrice dołączą do naszej grupy w pewnej restauracji, gdzie zatrzymywaliśmy się na obiad.
Spotkanie osób i czasów
Restauracja była wspaniale położona nad brzegiem oceanu i rzeczywiście po drugim daniu, a przed deserem pojawił się Bruno ze swoją małżonką i z... pieskiem. Ponieważ ostatnio mam lekkie przeczulenie na punkcie rozprzestrzeniającej się dzisiaj mody na rodziny „międzygatunkowe” (zamiast dzieci mamy pieska albo kotka) troszeczkę mnie ten piesek usztywnił, jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie. Już wcześniej korespondencyjnie ustaliliśmy, że obaj znamy jako tako angielski, więc się obejdziemy bez tłumacza i mogliśmy przez jakieś 30 minut opowiedzieć sobie wzajemnie nasze historie i związki z Liskowem i ks. Blizińskim. Bruno rzeczywiście nie mówi po polsku, ale świetnie sobie radzi z czytaniem, co mi zademonstrował odczytując kilka fragmentów książki, którą mu przywiozłem. To było właśnie to wydanie, które Bruno odnalazł w Internecie i wtedy też wyjaśniła się obecność pieska na naszym spotkaniu. Otóż Petit-loup (mały wilczek) trafił do domu Navezów i został adoptowany dokładnie w tym dniu, kiedy Bruno odkrył w Internecie książkę ze wspomnieniami ks. Blizińskiego, gdzie na okładce widać Księdza Prałata z niemal identycznym pieskiem, jak ten, który przybłąkał się do ich domu! Podczas rozmowy cofnęliśmy się w czasie, bo Bruno opowiedział mi o swoim polskim dziadku, którego w 1903 roku ochrzcił ks. Bliziński. Mimo, że wyemigrował on do Francji to ożenił się w 1934 roku z Polką Stanisławą Donner, z którą miał dwie córki, w tym mamę Bruna – Irenę. W 1939 roku wstąpił do polskiej armii we Francji i walczył pod generałem Maczkiem, by w 1943 roku trafić do obozu jenieckiego w Niemczech. Co prawda obóz przeżył, ale nigdy nie odzyskał pełni zdrowia aż do śmierci w 1948 roku.
Historia, która chce trwać
Natomiast Bruno ma czwórkę już dorosłych dzieci, a na Reunion trafił 20 lat temu ponieważ dostał dobrą propozycję pracy przy badaniach i zachowaniu tutejszego drzewostanu, a w tym kierunku się wykształcił. Z tego też powodu był raz w Polsce i odwiedził Puszczę Białowieską. Jeśli wybierze się po raz kolejny, a tak mi obiecał, to na pewno odwiedzi Lisków i Zakrzyn, aby poznać miejsce życia swojego dziadka Stefana i kto wie, może usłyszy szum sosen, który zapamiętał jego przodek. I jeszcze jedna ważna informacja: za kilka miesięcy opuszczą definitywnie Reunion i wrócą do Europy, bo Bruno jest już na emeryturze, a we Francji żyją dzieci i wnuki (jeden z nich zadzwonił podczas naszej rozmowy i mimo, że dziadek próbował mu przekazać, że właśnie jest na spotkaniu z księdzem z Polski z parafii prapradziadka, to nie zdołał go tym zainteresować, bo chłopiec chciał tylko zobaczyć jak się czuje Petit-loup ;) Cóż, może dziadkowi jeszcze się uda wzbudzić we wnuczku taką pasję do korzeni, jaką on sam w sobie pielęgnuje). Czyli gdybyśmy zdecydowali z naszym drogim arcybiskupem Tomaszem, że tym razem zwiedzimy na przykład Seszele, a Reunion podczas kolejnej wizyty za dwa lata, to nie byłoby tego spotkania i całej tej niesamowitej historii. Za dwa tygodnie kolejny tekst z mojej wizyty na Madagaskarze, a – kiedy Bruno odwiedzi mnie w Polsce – to i ta historia będzie mieć swój dalszy ciąg.
Ks. Andrzej Antoni Klimek
Zdjęcie 1. Bruno Navez wraz z małzonką i ks. Andrzej Antoni Klimek (no i oczywicie piesek)
Zdjęcie 2. Stefan Pietrzak ze swoimi dwiema córkami Ireną (mamą Bruna) i Julienne w dniu, w którym wstąpił do posliej armiizdjęcie
Zdjęcie 3. Bruno Navez ze swoim synkiem Viktorem i z młodszym bratem dziadka Stefana, Wacławem, który razem z nim wyemigrował do Francji
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!