TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Listopada 2019, 14:06
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Prawdziwy Staś Kostka

Prawdziwy Staś Kostka

Moja dzisiejsza refleksja wynika z dwóch przesłanek. Pierwsza to rozpoczynające się dla mnie po raz drugi przygotowanie młodzieży do sakramentu bierzmowania, a z drugiej strony przypadające dzisiaj wspomnienie liturgiczne św. Stanisława Kostki. Pewnie się już domyślacie, że chodzi mi o szukanie wzorców, a przede wszystkim klucza zrozumienia moich młodych przyjaciół z drugiej klasy gimnazjum, którzy dodatkowo do wszystkich trudności większych i mniejszych obecnego okresu swojego życia będą jeszcze „gasić światło” w swojej szkole. No i czy może być tym wzorcem św. Stanisław Kostka?
Jeśli próbuję sobie przypomnieć, co od najmłodszych lat wpajano mi do głowy o św. Stanisławie, najpierw przychodzi mi na myśl, to że jak ktoś mówił brzydkie słowo w obecności Stasia, to ten tracił przytomność. Myślałem, że to trochę taka ściema była, i bardziej niż budzić mój zachwyt do młodego Świętego, prowokowała raczej inne uczucia, nie najlepsze, choć nigdy nie byłem osobą wulgarną. Okazuje się, że jednak to nie była ściema, bo tak opisuje to brat św. Stanisława, Paweł: „Gdy przy stole rodzinnym siedzieliśmy razem i coś według sposobu świeckiego było opowiedziane nieco za swobodnie, drogi braciszek miał to we zwyczaju, obróciwszy oczy do nieba, tracił przytomność i jak martwy spadałby pod stół, gdyby go ktoś nie pochwycił”. 
Czyli jednak to nie przesada, ale w dalszym ciągu mnie to jakoś nie nastraja do Stasia. Przepraszam, ale i owszem, jestem za tym, żeby dziewczyny i kobiety się czerwieniły, a nawet dawały w papę, jak ktoś jest przy nich wulgarny, ale żeby chłopak mdlał... to nie jest mój idol.
Natomiast ja sobie wcale nie przypominam z mojego dzieciństwa, żeby ktoś z odpowiednią emfazą opowiedział, jak to Stanisław uczył się w szkole jezuickiej w Wiedniu. Jak pojawiły się problemy ze strony rówieśników. Koledzy, widząc, że Kostka wciąż się modli, pokutuje oraz umartwia, traktowali go jak dziwaka, dogryzając mu, że jest „jezuitą” oraz „mnichem”. Określenia te, pejoratywne w ich ustach, z pewnością były dla Stanisława powodem do dumy. Obcując bowiem na co dzień z jezuitami mógł doświadczyć z jednej strony praktykowanego przez nich, a odziedziczonego po Loyoli, „wojskowego”, zdyscyplinowanego sposobu bycia, a z drugiej obserwować ich pasję naukową oraz dążność do erudycji. Jezuici byli wówczas prawdziwą elitą Kościoła katolickiego i dlatego Staś z całych sił zapragnął zasilić ich szeregi. Ale ojciec się nie zgadzał, a jezuici nie przyjmowali do zakonu uczniów ze swoich szkół bez zgody rodziców. Co zrobił wówczas Staś?
W sierpniu 1567 roku ucieka z Wiednia w przebraniu żebraka i pieszo dotarł do Dylingi w Bawarii. Kiedy i tam nic nie wskórał, zawędrował przez Alpy aż do Rzymu, aby szukać pomocy u samego generała. Na władzach zakonnych niesamowite wrażenie zrobiła determinacja młodego Polaka. Przyjęto go do nowicjatu, ale po dziesięciu miesiącach życia, którego pragnął, umarł w święto Wniebowzięcia, 15 sierpnia 1568 roku. Miał wtedy niecałe osiemnaście lat.
I taki Staś mi imponuje, nie powiem jak, bo mógłby zemdleć, jakby mnie słyszał! Ten chłopiec był prawdziwym mężczyzną i nie cofnął się przed niczym, aby osiągnąć swój cel, gdy zrozumiał wolę Bożą, nie zawahał się nie posłuchać rodziców, przeszedł pieszo przez Alpy, mierzył wysoko, co za materiał na film! Co za twardziel! To był Boży twardziel, ok? Może tak mówmy o nim młodym, dobrze?

ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!