TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 22 Października 2020, 16:39
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Opowieść Barabasza (2)

Opowieść Barabasza (2)

pietro

Jedynymi osobami, którym mogłem opowiedzieć o tym, co wydarzyło się na planie „Pasji”, gdy filmowy Jezus patrzył mi w oczy, byli dziennikarze – kontynuuje opowieść o swym nawróceniu włoski aktor Pietro Sarubbi. – Ponieważ grałem Barabasza, przeprowadzali wtedy ze mną mnóstwo wywiadów i byli jedynymi ludźmi, którzy chcieli tego słuchać. Któregoś dnia zatelefonował do mnie pewien człowiek. Powiedział, że jest księdzem, że przeczytał jeden z tych wywiadów i że chciałby ze mną porozmawiać. Spotkaliśmy się, opowiedziałem mu o swoich rozterkach, a on zabrał mnie na jakieś przyjęcie - mówi Pietro. 

- To była kolacja, na której byłem honorowym gościem. W przyjęciu brali udział ludzie w różnym wieku od dzieci, przez moich rówieśników, aż po osoby starsze. Wszyscy byli bardzo otwarci, towarzyscy, radośni. To, co mnie dziwiło to fakt, że jedni usługiwali przy stole drugim, głównie młodzi starszym. I to było w nich takie naturalne! Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. 

Szczęście w miłości Chrystusa

Ten ksiądz, który szybko stał się moim przyjacielem, zaczął mnie zabierać na kolejne takie przyjęcia. Jedno z nich odbywało się w bardzo brzydkim miejscu, a potraw, które tam podawano po prostu nie dało się jeść! To było coś strasznego! – śmiał się Pietro, a razem z nim zahipnotyzowani jego historią słuchacze. – Nie mniej atmosfera była cudowna. Uczestnicy spotkania szczęśliwi. Pomyślałem sobie wtedy, że wielu moich bogatych znajomych z branży chadza do wykwintnych, pięknych restauracji, gdzie za jeden posiłek płaci się 200 euro i jedzą te homary, czy trufle, smutni i zdegustowani. Nigdy nie są nawet w jednej dziesiątej tak szczęśliwi jak ci, tutaj, koło mnie w tym okropnym pomieszczeniu, przy stole zastawionym niejadalnym jedzeniem. Spojrzałem na mojego przyjaciela księdza i zapytałem nieco przekornie: jakie narkotyki bierzecie, że jesteście tak szczęśliwi? To był oczywiście żart, ale nieco później zapytałem już całkiem poważnie, któregoś z obecnych na takim przyjęciu moich rówieśników o to, skąd bierze to zadowolenie z życia? Nie zapytałem dziecka, bo wiadomo, dzieci są szczęśliwe, nieskażone jeszcze brudami życia. Nie spytałem osoby starszej, bo te z kolei mają już w sobie wielką życiową mądrość, z której płynie ich spokój. Zapytałem rówieśnika, kogoś kto był podobny do mnie. Odpowiedział, że jest szczęśliwy dzięki miłości Chrystusa, dzięki temu, że czuje się przez Niego kochany. I wtedy pomyślałem, że za wszelką cenę chcę pozostać z tymi ludźmi, chcę być jednym z nich, chcę się odrodzić, stać się nowym człowiekiem. Tamta kolacja, jak również te wcześniejsze, była wydana na moją cześć. Zapytałem mego przyjaciela księdza, czy mógłbym ponownie spotkać się z nimi w takim gronie. Oczywiście – odpowiedział – ale następnym razem to ty będziesz nakrywał do stołu, dolewał biesiadnikom kawy i usługiwał innym. Nie ma sprawy! – odparłem uradowany. I tak trafiłem do ludu Chrystusa. Ludzie, którzy od początku swojego życia, świadomie należą do Kościoła, często nie zdają sobie sprawy, jakimi są szczęściarzami. Ja trafiłem do niego dopiero jako czterdziestokilkuletni mężczyzna po rozmaitych przejściach, z różnymi problemami, zranieniami itd. 

Uwolniony ze złotej klatki

Od tamtego dnia moje życie zmieniło się diametralnie. Ochrzciłem swoje dzieci (mam ich piątkę), wziąłem ślub kościelny z moją żoną Marią, codziennie przystępuję do Komunii Świętej. Sporo zmieniło się także w moim życiu zawodowym. Kiedy media zaczęły huczeć o moim nawróceniu, wielu producentów, reżyserów, generalnie ludzi, z którymi wcześniej pracowałem - podziękowało mi za współpracę. Ale to mnie nie załamało. Nie miałem wątpliwości, że wolę być bezrobotnym aktorem w objęciach Chrystusa, niż gwiazdą kina z dala od Niego. Powiedziałem już, że przed spotkaniem z Gibsonem wydawało mi się, że żyję w świecie ze złota, w świecie luksusu, bogactwa, pięknych kobiet itd. Dziś widzę, że to nie był świat ze złota, tylko złota klatka. Teraz dopiero jestem szczęśliwy. - zapewnia. Premiera „Pasji” miała miejsce 24 lutego 2004 roku w Rzymie, dokładnie w Środę Popielcową. Pietro miał wtedy 43 lata. Pojawili się na niej nie tylko artyści grający w filmie, ale także rozmaici włoscy aktorzy, politycy i inne znakomitości. - Premiera jest taką okazją, po której ludzie podchodzą do ciebie, chwalą cię, rozmawiają i proponują pracę w swoich produkcjach – wyjaśniał Sarubbi w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Niedziela”. - I my, aktorzy, to uwielbiamy, ponieważ potem możemy mieć nowe kontakty i nowe propozycje filmów. Ale ta premiera była bardzo szczególna, nikt z nas nie miał ochoty po filmie rozmawiać z dziennikarzami. Każdy z nas miał serce ściśnięte. Warto dodać, że nikt z nas nie widział wcześniej całego filmu, tylko poszczególne ,,kawałki”, sceny, w których sami graliśmy. Po filmie zamarliśmy. Pomyślałem, że chyba ucieknę z sali filmowej, bo nie chciałem z nikim rozmawiać. Aktorzy albo płakali, albo obejmowali się. Potem w zupełnej ciszy po prostu wyszliśmy z sali. Kilka dni po tym wydarzeniu rozpoczęła się seria spotkań,  aktorzy zaczęli podróżować po całym świecie, by mówić o tym filmie. Ja również to czynię. Mówię jednak nie tylko o pracy nad filmem, ale przede wszystkim o tym, co stało się dzięki temu w moim życiu. (Latem 2012 roku Pietro Sarubbi odwiedził również Polskę – przyp. autorki). Jak wspominałem, nie chciałem grać Barabasza, usiłowałem przekonać Mela, że powinien mnie obsadzić w roli św. Piotra. Wiecie, czym Gibson ostatecznie mnie przekonał? Powiedział, że Barabasz choć wydaje mi się tylko epizodyczną postacią, jest ogromnie ważny, bo symbolizuje, streszcza całą cywilizację. Chrystus poszedł na krzyż zamiast niego, czyli również zamiast mnie. Nie muszę chyba dodawać, że to była rola mojego życia.

Aleksandra Polewska


Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!