TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 28 Października 2020, 11:46
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Opłatek z bagietki

Opłatek z bagietki

polewska

Listopad 1981 – radiowe studio strajkowe – Krzysztof Wianecki za konsoletą. Po wyjściu z więzienia czynnie działał w strukturach podziemnych. W 2009 roku odznaczony przez prezydenta Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

„Kiciu, Ty łobuzie! Całuję. Mama” – ten króciutki list napisany w pośpiechu w Wigilię 1981 roku w murach rzeszowskiego aresztu na zwykłej kartce z zeszytu, Krzysztof Wianecki przechowuje do dziś. – Mama mówiła do mnie czasem „Kiciu”. Zamiast „Krzysiu”. Denerwowało mnie to – wspomina dziś z tęsknym uśmiechem. - Liścik wrzucony był do paczki, którą przywiozła. Leżał obok bagietki, czekolady i jakiejś puszki, chyba z mięsem, nie pamiętam już dokładnie. Miała nadzieję, że skoro jest Wigilia to pozwolą się nam zobaczyć. Nie pozwolili. Zobaczyła mnie dopiero w styczniu, w czasie rozprawy przed sądem wojskowym.

W noc św. Łucji 1981 roku, kiedy zimowe ciemności szwedzkich miast i miasteczek rozświetliły radosne ogniki charakterystycznych wianków ze świeczkami, jakie od wieków nosiły tej nocy na głowach przebrane za świętą Łucję dziewczęta, w niedalekiej Polsce, lodowaty, reżimowy podmuch, gasił właśnie płomyki wolności, które od kilkunastu miesięcy próbowały rozjaśnić gęste mroki komunizmu. O północy 13 grudnia, kiedy do drzwi opozycjonistów załomotały pięści milicji, niczego nieświadomy 21-letni Krzysztof kładł się do łóżka w gościnnym, wiejskim domu dziadków. Wieczorem, 12 grudnia, brał udział w spotkaniu „Solidarności” Ziemi Sandomierskiej w Stalowej Woli. Przeciągnęło się do późna i nie opłacało mu się już wracać do domu do Tarnobrzegu. Zwłaszcza, że pod „Stalówką” mieszkała babcia Anna i dziadek Jan.

Rodzinna tajemnica:

Żołnierz Wyklęty

Dziadkowie latami skrywali skrzętnie przed wnukami rodzinną tajemnicę, jednak pomimo ich dyskrecji strzępy zakazanych informacji dotarły do uszu Krzysztofa. Krótko po drugiej wojnie, brat dziadka – Stanisław - w tajemniczych dla najmłodszych członków rodu Wianeckich okolicznościach, został śmiertelnie postrzelony w czasie wiejskiej zabawy. Jego śmierć okryła zasłona niepokojącego milczenia. Kto do niego strzelał? Dlaczego? – próbował dowiedzieć się Krzysiek, ale dziadek Jan nie był zbyt rozmowny. Być może przeczuwał, że zakazana rodzinna historia zainspiruje wnuka do działań, za które przyjdzie mu słono zapłacić? W końcu jednak otworzył się. 

Wyznał, że sam w 1920 roku walczył z Armią Czerwoną w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Zgłosił się na ochotnika. Stanisław był partyzantem Narodowych Sił Zbrojnych, członkiem słynnego oddziału Tadeusza Gajdy. Dziś o obu mówi się: Żołnierze Wyklęci. Staszek zginął z rąk bezpieki. 

Tamtej grudniowej nocy 1981 roku Anna i Jan gościli Krzysztofa już nie tylko jako wnuka, ale także jako kontynuatora rodzinnych tradycji niepodległościowych. Ich potomek kilka miesięcy wcześniej w rodzinnym Tarnobrzegu powołał do życia miejscowy oddział Komitetu Obrony Więźniów Politycznych (któremu patronował Leszek Moczulski z KPN), poza tym jako pracownik radiowęzła miejscowego „Siarkopolu” urządzał dla jego pracowników retransmisje zagłuszanych audycji Radia Wolna Europa, a w czasie listopadowego strajku w tym zakładzie prowadził radiowe studio strajkowe. 

Rankiem 13 grudnia nikt w Zbydniowie nie wiedział, że o północy ogłoszono stan wojenny. Krzysztof wrócił stopem do domu, do Tarnobrzegu. Nie miał pojęcia o tym, że jako jedyny z miejscowej opozycji uniknął nocnego aresztowania. Gdy dowiedział się, co się wydarzyło, razem z kolegą opozycjonistą wydał odezwę, w której informował społeczeństwo o masowych aresztowaniach działaczy „Solidarności”, wzywał do podjęcia czynnego oporu, a na końcu zachęcił do walki o wolność do przysłowiowej ostatniej kropli krwi. Odezwa, którą zredagował, stała się drugim oficjalnym protestem przeciwko stanowi wojennemu, jaki powstał w kraju. Obaj nie wiedzieli, że za ową „ostatnią kroplę krwi” prokuratura wojskowa wkrótce zagrozi im karą śmierci, a sąd owo sformułowanie zinterpretuje jako dowód na to, że autorzy nawołują do mordowania przeciwników politycznych. 

Podwójna „ścieżka zdrowia”

Krzysztof trafił do aresztu 14 grudnia. W bardzo trudnych warunkach był przesłuchiwany w Rzeszowie, ale milczał jak głaz. Potem trafił do więziennej celi razem z pospolitymi kryminalistami, recydywistami w dodatku. - Politycznych zamykano z recydywistami programowo, po to, by nas dodatkowo dręczyli, bili itd. – wyjaśnia Krzysztof. Razem z nimi przeszedł regulaminową „ścieżkę zdrowia”, a po niej za przynależność do opozycji dostał indywidualną dokładkę. - Skatowali mnie do nieprzytomności –  mówi dodając, że nie odzyskał przytomności przez trzy doby. Leżał na podłodze w celi. Nie przyszedł do niego żaden lekarz. Jeden ze współwięźniów oddał mu swoją pryczę, a kiedy zaczął wracać do formy, pozostali oddawali mu swoje „prawdziwe” papierosy sami paląc te, które robili z wysuszonej herbaty. Gdy zapytał, czemu to robią odparli: „dzięki waszym protestom poprawiły się nam warunki w więzieniu”. Rodzice Krzyśka nie mieli pojęcia o jego aresztowaniu. Mama dowiedziała się z francuskiego radia, że jest w więzieniu i został strasznie pobity.

Wigilia z recydywistą

Krótko przed Wigilią przeniesiono mnie do dwuosobowej celi – mówi Krzysztof. – Wcześniej mieszkał w niej tylko jeden więzień, recydywista, niemal mój rówieśnik. Młodzi więźniowie kryminalni byli agresywni, a ten musiał być wyjątkowo niebezpieczny skoro siedział sam. Przenieśli mnie do niego rozmyślnie. - Mieli nadzieję, że dodatkowo mnie poturbuje (był dwa razy takiej masy jak ja) i wtedy będzie można zapisać w dokumentach, że skatował mnie współwięzień, a nie strażnicy. Informacje między przestępcami rozchodziły się  szybko i ten młody złodziej wszystko o mnie wiedział zanim pojawiłem się w jego celi. Nie zamierzał robić mi żadnej krzywdy. Powiedział, że gdyby jego tak pobili „wykręciłby im młynka”. Co to znaczyło? Rozbić pięścią szybę i obracać nadgarstkiem w powstałej dziurze. Zbita szyba kaleczyła nadgarstek tak jak podcięcie żył. Trzeba było wówczas błyskawicznie odwieźć więźnia na oddział szpitalny. Dostałbyś wtedy lekarza – dodał. W Wigilię dostałem paczkę od rodziców. Nigdy nie zapomnę tej bagietki. Mnie i temu młodemu recydywiście posłużyła wtedy nie tylko za dodatkowy pokarm, ale również za opłatek.  

Aleksandra Polewska

*Powyższa historia jest fragmentem powstającej książki autorki, tekstu o losach więźniów politycznych stanu wojennego.


Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!