TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 13:36
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Odnaleziona - potomkowie Józefa

Odnaleziona

ziemia swieta

Wschodnią granicę Egiptu stanowiła potężna pustynia Sahary. Miejsce, na którym groziła pewna śmierć. Dlatego Mojżesz wybrał przeciwny kierunek dla swej ucieczki. Jego droga  poprowadziła na południowy zachód.

Najpierw przekroczył linię posterunków egipskich, do których pewnie jeszcze nie dotarła wieść o tym, co wydarzyło się w stolicy. Potem wszedł na szlak karawan, które przemierzały górzystą pustynię Synaju. Miejsca postoju wyznaczały oazy i studnie. Na postojach nie opowiadał, kim jest. Wolał to trzymać w tajemnicy. Pewnie każdy z wędrowców był zajęty swoimi sprawami, ale ostrożność nie zawadziła. Zresztą, o ile to możliwe, wolał iść sam. Do końca nie wiedział, dokąd zmierza. Jedyne, co chciał uczynić, to oddalić się od Egiptu, pozostawić za sobą przelaną krew, klęskę i strach.

Wędrówka przez pustynię
Samotny marsz i długie rozgwieżdżone noce dawały wiele czasu na przemyślenie własnego życia. Nakładały się na nie miłość do własnego narodu i dom rodzinnego oraz niezrozumiała obecność w pałacu egipskiego faraona. Przecież tam doświadczył wiele dobra. A jednocześnie ci sami ludzie potrafili być tak okrutni wobec jego rodaków. Zresztą i ci nie wydawali mu się lepsi. Ciągle tkwiło w nim pytanie o to, dlaczego to wszystko wydarzyło się w jego życiu. Czy nie mógł zostać po jednej ze stron? A jeśli nie, to po co ocalono jego życie, skoro teraz musiał porzucić wszystko, uciekać i pozostać sam? Pustynia nie dawała odpowiedzi. Mijał samotne drzewa. Przechodził obok potężnych skał. Czuł chłód nocy i spiekotę dnia. Jedno wydawało mu się pewne: ten świat nie pomoże mu zrozumieć tego, co wydarzyło się w jego życiu. Ale jednocześnie gdzieś w głębi serca czuł, że tu znajdzie odpowiedź. Na razie wiedział jedno: musi pozostawić wszystko, czym żył do tej pory. Wkraczał w tajemniczą krainę pustyni i miał nadzieję, że w niej odnajdzie samego siebie. A może po jej przebyciu znajdzie miejsce dla samego siebie, miejsce, gdzie będzie mógł żyć z dala od prześladowania i krzywdy. Po drodze mijał Beduinów - ludzi pustyni. Zazdrościł im wolności. Mogli przemieszczać się z miejsca na miejsce, byli wśród swoich bliskich, mieli prawo do posiadania własnego dobytku. Każdy kawałek pustynnej ziemi był ich ojczyzną. Patrząc na ich życie - tęsknił. Wróciły myśli o ojcu i matce, braciach i siostrach, wszystkich tych, którzy należeli do jego narodu. Choć coraz bardziej oddalał się od Egiptu, oni ciągle byli w jego sercu. Nie potrafił o nich zapomnieć. Pragnął dla nich innego, pięknego życia, życia we własnej ojczyźnie, ale jednocześnie czuł się bezradny i nic nie potrafił zrobić, by zmienić życie jego rodaków.

Spotkanie przy studni
Tak wędrując dotarł do studni. Zatrzymał się przy niej. To miejsce uznał za dobre na nocleg. Stojąc obok spoglądał na dziewczęta, które przyprowadziły do niej swoje stado. Było ich siedem. Tak podobne do siebie, że musiały być siostrami. Obserwował ich pracę. Zręcznie wydobywały wodę ze studni i napełniały nią koryto, by napoić owce. Choć wykonywały trudną pracę wydawały się być szczęśliwe. Przecież trudziły się dla swej rodziny, własnego domu. Tego zazdrościł im najbardziej. Nasuwające się myśli przepłoszył hałas. Nadeszli pasterze. Silni mężczyźni. Postanowili wykorzystać sytuację i odepchnąć stada dziewcząt od poidła. Sami nic nie przygotowali, powinni byli czekać. Ale dla nich nie liczyła się sprawiedliwość. Ważne było prawo pięści. Dziewczęta były wobec nich bezradne. Nie potrafiły bronić siebie ani swego stada. A doprowadzenie owiec jako pierwszych do poidła mogło zadecydować o ich przeżyciu. Przecież wody mogło zabraknąć. W tej sytuacji Mojżesz nie chciał i nie umiał być widzem. Stanął w obronie pokrzywdzonych kobiet. Odpędził napastników. Następnie pomógł dziewczętom napoić owce. Nie czynił tego tylko z poczucia sprawiedliwości. Jego serce zabiło bowiem mocniej na widok jednej z pasterek. Zagościło w nim uczucie, które zwiastowało, że ona jest tą jedyną, z którą chciałby przeżyć swoje życie. Czuł, a właściwie był pewien, że po to opuścił Egipt, aby ją spotkać. Jednak teraz swe uczucia skrył w głębi serca. Wiedział o tym, że aby posiąść jej rękę trzeba będzie prosić o to jej ojca. Nie był pewien, czy jako obcy i przybysz będzie miał jakąś szansę. Miał jednak nadzieję, iż jego czyn przemówi za nim.

Nowy dom
Nadzieja Mojżesza nie była płonna. Gdy dziewczęta wcześniej wróciły do domu Reuela, ich ojciec zapytał je o powód takiego czasu powrotu. Wtedy opowiedziały mu całą historię. Były przekonane, iż Mojżesz, który wziął je w obronę jest Egipcjaninem. Wobec tych słów ojciec wyraził zdumienie, że nie zabrały go ze sobą do domu, by udzielić mu gościny, choć w głębi serca był zadowolony, iż nie podjęły decyzji bez niego. Tak Mojżesz trafił do jego gościnnego namiotu. Zgodnie z pustynnym zwyczajem otrzymał chleb i wodę. Miał prawo do noclegu. Ojciec dziewcząt był mu szczerze wdzięczny za pomoc, jaką okazał jego córkom. A może udzielając gościny spodziewał się czegoś więcej? Przecież wśród nieokrzesanych pasterzy trudno było znaleźć dobrego kandydata na męża, a Bóg obdarzył go siedmioma córkami. Przybysz, który okazał się tak wielką szlachetnością, mógłby obdarzyć uczuciem którąś z jego córek. Swoim zachowaniem dał Mojżeszowi do zrozumienia, iż gotów jest udzielić mu dłuższej gościny, niż przewiduje to zwyczaj. Chciał traktować go jak własnego syna, którego tak bardzo było mu brak. Nic dziwnego, że Mojżesz zdecydował się pozostać.
Namioty Reuela stały się jego domem i już niedługo zabrzmiały odgłosem wesela. Sefora, córka Reuela, ta na której widok żywiej zabiło serce Mojżesza, stałą się jego żoną. Niedługo potem narodził się im syn. Mojżesz dał mu na imię Gerszom. To imię oznaczało cudzoziemca. Takim przecież był Mojżesz na pustynnej ziemi. I mimo, że dobrze czuł się pośród Madianitów, do których przywędrował, to jednak ciągle pamiętał o swym narodzie. Chciał, by imię dziecka przypominało mu nim. Pragnął też, by jego syn czuł się związany z narodem z którego pochodził. Nie wiedział, czy do niego kiedyś powróci choć tak bardzo chciał. Tu na pustyni znalazł swój rodzinny dom, ludzi, którzy przyjęli go do swej rodziny. Doświadczył miłości. Uczył się odpowiedzialności i troski. Ale w chwili, gdy patrzył na zabawę swego dziecka przypominały mu się jego własne narodziny i trudny los wielu hebrajskich dzieci. Chciał, by i one mogły mieć beztroski czas dzieciństwa tak, jak jego syn.    

Tekst i foto ks. Krzysztof P. Kowalik

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!