O wbijaniu na urodziny i powstrzymywaniu karawany

Dzisiaj muszę się zająć swoim kościelnym podwórkiem, a może i wystarczy miejsca na krótką wycieczkę na prawą stronę politycznej sceny, zobaczymy. Ale najpierw nasze sprawy. Przede wszystkim chcę wam powiedzieć, że dla mnie najważniejszym miejscem w naszej Ojczyźnie jest Jasna Góra.
Nie ukrywam i się tego nie wstydzę, że słowa, które Karol Wojtyła senior skierował do swojego młodziutkiego synka Karola po śmierci Emilii, czyli swojej żony, a matki chłopca, przed obrazem Matki Bożej w Kalwarii Zebrzydowskiej: „To jest teraz twoja matka”, ja zastosowałem do siebie. Co prawda chłopcem byłem już „po trzydziestce” kiedy moja mama, również Emilia, poszła do nieba (Mamuś, pozdrawiam cię, tęsknię…), ale tak czy inaczej byłem wtedy sierotą, musiałem się do kogoś przytulić.
A że na Jasną Górę chodziłem od młodości, więc naturalnie to ten wizerunek i to miejsce sobie obrałem na synowskie czułości wobec Matki. I kiedy tylko mogę ciągnę do Częstochowy. Mam zrozumienie dla tłumów, mam zrozumienie dla różnych patriotycznych celebracji, z pokorą przyjmuję fakt, że ciężko na jakąś intymność, no bo jeśli Matka ma tak wielu synów i córek to przecież to jest oczywiste, że wszyscy do niej przychodzą ze swoimi sprawami, smutnymi i radosnymi, wszystko jej zawierzają. Od razu więc zaznaczę, że to o czym za chwilę w najmniejszym stopniu nie zmienia mojego przywiązania, ba! miłości! do Matki Bożej i tego sanktuarium.
Troszkę się „zdrzaźniłem” po raz pierwszy, kiedy wybrałem się w nabożnym odruchu na Apel Jasnogórski w Niedzielę Miłosierdzia Bożego. I wszystko było pięknie do momentu, w którym zdaje się ksiądz redaktor naczelny wspaniałego skądinąd i zasłużonego Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, rozpoczął rozważanie do modlitwy apelowej. Jak się okazało tygodnik obchodził swój jubileusz 100-lecia istnienia. No piękny jubileusz, 100 lat to nie w kij dmuchał! Ale niestety, całe rozważanie było poświęcone wysławianiu zasług i zalet tegoż periodyku. Ktoś może pomyśli, że ja tak z zazdrości, bo dwutygodnik, w którym mnie czytacie ma zaledwie 28 lat, a w dodatku ukazuje się co dwa tygodnie, więc w porównaniu z tygodnikiem to jakby miał tych lat 14… Ale naprawdę tu nie ma nic z zazdrości.
Po prostu w Niedzielę Miłosierdzia nie takiego rozważania się spodziewałem. I może się mylę, ale jeśli pośród licznie zgromadzonych wiernych na tej modlitwie byli jacyś ludzie, którzy nigdy wcześniej nie sięgnęli po to bardzo wartościowe pismo, jakim bez wątpienia jest „Niedziela”, to po takim przeżyciu Apelu Jasnogórskiego raczej nie sięgną. Oczywiście życzę całej redakcji szacownego tygodnika wielu sukcesów, ale wtedy trochę mi się ciśnienie podniosło, bo po ponad pięciu godzinach jazdy (w dwie strony), aby przeżyć Apel w Niedzielę Miłosierdzia spodziewałem się czego innego. No, ale może właśnie na tym miała polegać konkretnie dla mnie lekcja miłosierdzia? Bardzo możliwe, więc jeszcze raz: kolegom z „Niedzieli” niech Maryja przyciągnie mnóstwo czytelników.
Pewnie bym już nie wracał do tego wydarzenia sprzed kilku miesięcy gdyby nie to, co mi się przytrafiło dosłownie na dniach. Co się robi w urodziny mamy? No oczywiście, jeśli tylko można, jedzie się do niej z życzeniami i prezentami. Tak się złożyło, że dzień święta Narodzenia Matki Bożej przypadł we wtorek i zobowiązania miałem tylko rano i wieczorem, więc bez zbędnych ceregieli wpakowałem się w samochód i pognałem na Jasną Górę. Wpadłem dosłownie w ostatniej chwili i na minutę przed jedenastą stałem ubrany w zakrystii. Okazało się, że akurat wychodzą dwie Msze: jedna uroczysta na szczycie i druga w kaplicy Czarnej Madonny. Serce podpowiadało mi, że lepiej jak najbliżej Mamy i wyjątkowo rozum też się zgadzał, przestrzegając przed ewentualną długością liturgii na szczycie. Przeżegnałem się więc i ruszyłem do kaplicy.
Głównym celebransem był pewien biskup senior, do którego mam wielki szacunek, spodziewałem się więc dobrego słowa. Ale ksiądz biskup dosłownie „prześlizgnął się” po fakcie, że dzisiaj mamy urodziny Matki Bożej, u której przecież gościliśmy, a skoncentrował się na innych urodzinach, mianowicie 80. urodzinach pana Krzysztofa Krawczyka, świętej już, od pięciu lat, pamięci. Ksiądz biskup odprawiał Mszę w jego intencji, była obecna żona, menedżer, inny ksiądz przyjaciel i cały wstęp do liturgii temu był poświęcony. No ale ok, ksiądz biskup nazywał śp. Krzysztofa Krawczyka swoim przyjacielem, można nad tym przejść do porządku dziennego, to przecież tylko wstęp.
Ale nie bardzo mogłem przejść do porządku dziennego, kiedy przypomnienie, że modlimy się o pokój duszy pana Krawczyka pojawiło się jeszcze z pięć razy, w tym przed modlitwą kolekty (to jest ta przed czytaniami), przed modlitwą postcommunio (ta przed błogosławieństwem końcowym), a nawet pomiędzy dialogiem przed prefacją a samą prefacją! Przyznam szczerze, że momentami od tego przypominania to już zapominałem w jakiej intencji ja sam się modlę, bo z całym szacunkiem dla dorobku scenicznego i historii nawrócenia pana Krawczyka to ja jednak miałem swoją intencję, a na Jasną Górę przyjechałem nie z okazji jego urodzin (nie miałem pojęcia o nich), ale Matki Bożej.
Mimo wszystko jednak może bym się nad tym dzisiaj nie rozwodził, gdyby nie fakt, że cała homilia była poświęcona panu Krawczykowi, a Matka Boża pojawiła się w niej raz, kiedy ksiądz biskup mówił o kadrze jakiegoś filmu, w którym pan Krawczyk modlił się i rozmawiał z Jezusem i Maryją. O Ewangelii w homilii nie było ani jednego słowa. Na miły Bóg, jak śpiewał Sojka, ludzie przybyli na Jasną Górę tłumnie, mimo że była Msza na szczycie, to kaplica też była pełna, aby wysłuchać takiej homilii? W święto maryjne? Nie wiem, czy tylko ja tak to odebrałem, ale to było nie na miejscu. Po prostu. Czasami można mieć wrażenie, że sami robimy wszystko, żeby się spełniły najskrytsze sny i marzenia redaktorów Gazety Wyborczej, żeby podczas kazania ludzie wstali i zaczęli wychodzić. Przyznam się, że na początku miałem taką pokusę, żeby się przenieść na Mszę na szczycie, ale jej nie uległem.
Jak zaznaczyłem, te wydarzenia nie zmieniają nic w moich synowskich preferencjach, już się nie mogę doczekać, kiedy znowu stanę na Jasnej Górze, bo to wszystko jest głęboko związane z moją wiarą, czyli z moim skarbem, jednym z najważniejszych. Nie mam gdzie pójść, mam tylko Jezusa i Jego Matkę. Nie tak natomiast sprawy się mają z polityką. Człowiek chciałby mieć jakąś opcję, najbliższą swoim poglądom i wartościom, ale coraz trudniej taką znaleźć. Kiedy kilka lat temu podczas strajków nauczycieli, jedna pomysłowa pani w ramach protestu przebrała się za krowę, myślałem, że szczyt krótkowzroczności i lekkomyślności w staraniu się być fajną i pomysłową, tudzież dowcipną został osiągnięty, bo przecież ta nieszczęsna kobieta na zawsze będzie miała u swoich uczniów łatkę krowy. Myliłem się.
Oto ostatnio głośno było o pewnej posłance największej partii opozycyjnej, która podczas przemówienia politycznego rywala w sali sejmowej zaczęła… szczekać. Nie mam tu żadnej pointy.
Pleban ze wsi
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!