TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 04 Lutego 2026, 02:08
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Nie bójmy się ryzykownej zabawy

Nie bójmy się ryzykownej zabawy

Papież Franciszek zauważył, że dobrzy katolicy nie muszą, jak króliki, mieć dużo dzieci. Niestety, coraz częściej właśnie na króliki wychowujemy nasze nieliczne potomstwo. 

Ostatnio sobie powiedzieliśmy, że jeśli chcemy, aby nasze dzieci wyrosły na zdrowych i pewnych siebie dorosłych, musimy wyganiać je, ile tylko się da, na podwórko, gdzie będą się bawić z rówieśnikami bez naszego nadzoru. Bo tylko podczas spontanicznej zabawy dzieci nauczą się, jak radzić sobie z wyzwaniami różnego rodzaju. Trzeba zrobić wszystko, aby dzieci, zwłaszcza między 9 a 15 rokiem życia, w zabawie na żywo z innymi dziećmi, bez pośrednictwa żadnych mediów, telefonów, komputerów i gier, zdobywały swoje kompetencje społeczne. Kochani, jeśli macie takie dzieci albo wnuki, postarajcie się. To jest fundamentalne dla ich życia. 

Wiem, dzisiaj coś takiego jak „podwórko z trzepakiem”, na którym się wisiało głową w dół godzinami (!) właściwie nie istnieje, ciężko w ogóle gdzieś dziecko dojrzeć… Ale to nas nie usprawiedliwia. Znajdźmy takie „podwórko”, może w klubie sportowym, może przy plebanii, zorganizujcie się z przyjaciółmi, sąsiadami… Ja też znam przepisy, wiem jak każdy się boi odpowiedzialności, że coś się stanie dzieciom, jak będą bez właściwego nadzoru, ustawa Kamilka itd. Ale jeśli popadniemy w skrajność nadopiekuńczości w świecie realnym, zrobimy dzieciom krzywdę. 

Odkrywamy albo uciekamy

Teraz muszę napisać parę linijek, które mogą się wydać trudne do zrozumienia, ale spróbuję najprościej jak potrafię. Jonathan Haidt pisze, że zdrowe dzieciństwo z dużą zawartością autonomii i realnej zabawy bez nadzoru nastawia mózgi dzieci na operowanie głównie w tzw. trybie odkrywania, który w życiu pomaga radzić sobie z trudnościami. Kiedy jednak dziecko jest poddane nadopiekuńczemu stylowi rodziców (jest trzymane pod kloszem chroniącym od jakichkolwiek dziecięcych problemów) wtedy jego mózg nastawia się na tzw. tryb obrony. Zaraz postaram się lepiej te tryby wyjaśnić. 

Jeżeli dostrzegam drzewo pełne pięknych pachnących owoców, a akurat jestem głodny to mój mózg momentalnie wchodzi w tryb odkrywania (albo aktywacji), ślinka cieknie z ust, panuje ekscytacja i natychmiast jesteśmy gotowi do akcji, czyli pałaszowania owoców. Natomiast drugi tryb, obrony albo hamowania uaktywnia się, kiedy na przykład obok tego pełnego owoców drzewa rozlegnie się ryk jakiegoś drapieżnika! Tryb obrony sprawia, że wcale nie czuję apetytu, a myślę jedynie o zidentyfikowaniu zagrożenia i drogach ucieczki. Czy póki co się rozumiemy? OK! To idziemy dalej. 

Weźmy sobie na przykład drapieżniki, których ewolucja sprawiła, że będąc na szczycie łańcucha pokarmowego, nie odczuwają one ryzyka nagłej śmierci. Są pewne siebie, podchodzą blisko człowieka. Ale kiedy pojawi się zagrożenie momentalnie przestawiają się na tryb obrony. Na co dzień są w trybie odkrywania, a tylko w realnym niebezpieczeństwie przechodzą w tryb obrony. Z drugiej strony na przykład króliki albo sarny, które ewoluowały w obecności drapieżników są płochliwe. Byle co je płoszy i uciekają. Domyślnie żyją w trybie obrony i bardzo powoli przechodzą w tryb odkrywania, jeśli stwierdzą, że otoczenie jest bezpieczne. 

Wracając do ludzi: jeśli żyjemy w trybie odkrywania, jesteśmy szczęśliwsi, bardziej towarzyscy, otwarci na nowe doświadczenia. Ludzie żyjący w trybie obrony przyjmują postawę defensywną, są niespokojni, rzadko czują się bezpieczni, nowe sytuacje, nowych ludzi, traktują nie jako szanse, ale zagrożenie. Taki tryb byłby w porządku w jakimś agresywnym i niestabilnym środowisku, ale nasze na ogół takie nie jest. Więc powtórzmy jeszcze raz: dzieci potrzebują aktywnej zabawy ze swoimi rówieśnikami, aby pozostawać w trybie odkrywania, który umożliwi im szczęśliwsze i lepsze życie. 

Nie jesteśmy z porcelany, lubimy ryzyko

Okazuje się jednak, że sama zabawa nie wystarczy: dzieci potrzebują zabawy ryzykownej. Tak, tak, to nie błąd. Kiedyś Sting tak pięknie śpiewał w piosence Fragile, że „wciąż będzie padał deszcz, jak łzy z gwiazdy i będzie mówił deszcz, jak krusi jesteśmy - how fragile we are…” no tak, pięknie to Sting śpiewał o tej kruchości, ale jednak naukowcy twierdzą, że wcale tacy krusi nie jesteśmy, a dzieci wręcz są z kategorii… antykruchych! Ten termin – „antykruchy” został wymyślony, aby opisać rzeczy, które od czasu do czasu muszą być „upuszczone”, by stały się silniejsze! Na przykład ludzki układ odpornościowy jest antykruchy: we wczesnym etapie rozwoju musi być wystawiony na brud, pasożyty i bakterie, żeby się skonfigurować w dzieciństwie. I podobnie jest z układem odpornościowym psychologicznym - dziecko musi być „narażone” w odpowiednim czasie na różne drobne frustracje czy nawet niesprawiedliwości i sobie z nimi radzić. Dziecko jest niekruche i czasami musi sobie upaść, nabić guza, pojeść piasku itd. Ciągła kontrola, chronienie przed każdym stresem, higiena posunięta do granic absurdu - to wszystko robi dzieciom krzywdę, której konsekwencje mogą się odbić na całym ich życiu. 

Ale idźmy dalej: właśnie dlatego że dzieci są niekruche potrzebują ryzykownej zabawy fizycznej. Podejmują ryzyko, żeby przestać się bać, zamieniają lęk na ekscytację i zadowolenie. Innymi słowy ryzykowne zabawy mają skutki antyfobiczne. Naukowcy nawet przeanalizowali rodzaje ryzyka, jakich szukają dzieci w swoich zabawach i wyszczególnili ich sześć. Najpierw wysokość. Chyba wszyscy widzimy, jak nawet nie potrafiące jeszcze chodzić dzieci lubią się wspinać na wszystko, co stanie im na drodze, a kiedy już są „uwolnione” na podwórku, to zdobywają drzewa, czy jakieś konstrukcje na placach zabaw. Kolejne ryzyko to prędkość. Kiedy na przykład huśtamy dziecko na huśtawce, ciągle prosi: „szybciej, szybciej”. Trzecim ryzykiem są niebezpieczne narzędzia typu młotek, druty, wiertła, dalej mamy niebezpieczne zabawy na przykład z ogniem, dalej zabawy z użyciem siły (zapasy, bójki, przepychanki) i wreszcie ostatni szósty typ ryzyka, jakiego szukają dzieci to znikanie (albo chowanie się, czy też generalnie próbowanie oddalania się, zgubienia, odłączenia od innych). Szukają takiego poziomu ryzyka, na jakie są gotowe, by opanować swoje lęki i rozwinąć umiejętności. I dzieci potrzebują takiego ryzyka realnie, w ciele, muszą nauczyć się kierować własnym ciałem w takich ryzykownych sytuacjach, a nie awatarem na komputerze.

Bezpieczeństwo niezbędne, nie całkowite

Według naukowców dzisiejsze place zabaw są przesadnie bezpieczne i nie pomagają dzieciom w uczeniu się ryzyka i unikaniu zrobienia sobie krzywdy. Proszę jeszcze raz zwrócić uwagę: jeżeli na placu zabaw trudno sobie zrobić krzywdę, to dzieci NIE NAUCZĄ SIĘ, jak NIE zrobić sobie krzywdy. Place zabaw powinny być tak projektowane, aby zapewnić dzieciom NIEZBĘDNE bezpieczeństwo, a nie CAŁKOWITE bezpieczeństwo. Zauważmy jaką frajdą jest dla dzieci wyjazd do parku rozrywki typu Energylandia. Właśnie dlatego, że tam na rollercoasterach mogą doświadczyć ryzyka wielkiej wysokości i prędkości, którego na co dzień właściwie nie mają. Analizy naukowe mówią, że ryzyko nabycia kontuzji podczas godziny zabawy bez nadzoru jest niższe niż ryzyko złapania kontuzji podczas godziny uprawiania sportu pod nadzorem dorosłych. A do tego zabawa niesie więcej korzyści dla rozwoju, bo dzieci muszą samodzielnie podejmować decyzje, ustalać i wdrażać zasady i rozwiązywać konflikty.

Podsumowując dzisiejsze rozważania: dzieci, jak wszystkie ssaki, muszą uczyć się opuszczać bezpieczną bazę towarzystwa swoich rodziców, czy generalnie dorosłych, aby w gronie rówieśników i nie pozbawionych ryzyka zabaw ponosić pierwsze porażki, rozwiązywać drobne konflikty, badać świat, rozwijać swoje kompetencje. A jeśli badanie świata jest zbyt dotkliwe i bolesne wraca do bezpiecznej bazy, gdzie mamusia przytuli i ukoi. Ale nazajutrz znowu wyruszy ze swojej strefy komfortu, aby odkrywać nowe kompetencje, przeżywać ekscytacje, przezwyciężać lęki i uczyć się żyć w postawie odkrywania, być szczęśliwym, a tylko w realnym zagrożeniu przestawiać się na tryb obrony i szukać ucieczki. Żeby się nauczyć żyć jak pewny siebie drapieżnik, a nie wiecznie zalękniony królik. 

Drodzy rodzice! Zachęcam was byście mieli więcej zaufania do realnego świata nawet ryzykownej zabawy dzieci i znacznie mniej zaufania do świata wirtualnego, który zabiera wam dzieci na Marsa, krzywdzi je i skazuje na życie pełne lęków. O tym sobie opowiemy w następnym numerze, a najlepiej po prostu sięgnijcie po „Niespokojne pokolenie” Jonathana Haidta. 

ks. Paweł
Poprzednie artykuły

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!