Kto tam wisi na krzyżu?
Od niedzieli gaudete przez całe Święta nie przestajemy mówić o radości, szkoda tylko, że jej… nie widać.
Jeszcze dokładnie w tym momencie, kiedy zaczynam pisać ten tekst, biję się z myślami, czy kontynuować wątek podjęty dwa tygodnie temu, czyli próbować zrozumieć, dlaczego nasze dzieci, w pewnym sensie, przeniosły się na Marsa, a my pozostaliśmy na Ziemi i w związku z czym tak ciężko nam do nich dotrzeć, czy jednak zawiesić ten wątek na chwilę, a zająć się tematem, który mocno mnie uderzył w trzecią niedzielę Adwentu (artykuł piszę we wtorek po tej niedzieli). I wiecie co? Zrobimy sobie jednak przerwę i podzielę się z wami refleksjami, które mnie naszły przedwczoraj, ok?
Jak wszyscy dobrze wiemy trzecia niedziela Adwentu jest zwana niedzielą Gaudete, czyli Radujcie się. Chodzi oczywiście o antyfonę na wejście z formularza mszalnego, która brzmi następująco: „Radujcie się zawsze w Panu, raz jeszcze powiadam: radujcie się! Pan jest blisko” i jest cytatem z Listu św. Pawła do Filipan 4, 4-5. Sprawowałem Mszę Świętą z udziałem dzieci i próbowałem podczas homilii porozmawiać z nimi na temat tej radości, którą powinniśmy w ten dzień odczuwać i jej przyczyn. Trochę sobie cytowaliśmy różne teksty, na przykład zwrotkę z jednej z piosenek Arki Noego, gdzie mamy słowa: „Kto się nawróci, ten się nie smuci, każdy święty chodzi uśmiechnięty. Tylko nawrócona jest zadowolona, każda święta chodzi uśmiechnięta”, sięgnęliśmy też do św. Augustyna i jego stwierdzeń: „Smutny święty to żaden święty”, czy też „Ludzie nauczcie się śpiewać i tańczyć, bo inaczej aniołowie w niebie nie będą wiedzieli co z wami zrobić”. Wreszcie zaapelowaliśmy razem z dziećmi do rodziców, że nie mają być smutasami zwłaszcza w chwilach, kiedy wybierają się na Mszę Świętą czy w ogóle idą do kościoła i kiedy zapraszają do tego również swoje dzieci. Niestety, nawet kiedy to czyniliśmy na zdecydowanie niewielu dorosłych twarzach zobaczyłem uśmiech. I zdałem sobie sprawę, jak rzadko udaje nam się zachować, przeżywać i przekazywać ten radosny wymiar chrześcijaństwa i nie chodzi tu tylko o uśmiech.
Kiedy we Włoszech odwiedziliśmy San Giovanni Rotondo oglądaliśmy też mozaiki w nowym sanktuarium św. ojca Pio, przedstawiające różne sceny z jego życia. Przy jednej z nich przewodnik wytłumaczył, że widzimy na niej uśmiechniętego ojca Pio ze swoimi współbraćmi kapucynami, podczas gdy sobie opowiadają dowcipy i z nich się śmieją. Zauważyłem wówczas konsternację na twarzach niektórych ludzi: jak to? Św. Ojciec Pio? Kawały sobie opowiadają? Przecież widzimy go zawsze na obrazach z tą umęczoną twarzą, z tymi stygmatami na dłoniach… Kawały sobie opowiadają? Jak tak można mówić? Przecież on cierpiał… Ten charakter, nazwijmy go pasyjny, albo jeszcze lepiej „cierpiętniczy” chrześcijaństwa niestety przejmujemy często na siebie (zwykle to tylko poza, bo przecież nie jesteśmy prześladowani za wiarę, ani nam Pan Jezus stygmatów nie udzielił) i go demonstrujemy również wobec innych. Zapominając, jak to niedawno przypomniał podczas konferencji w Kaliszu ks. Andrzej Draguła, że to nie nas, ale Jezusa przybito do krzyża. Niestety, nasz przekaz wiary często wygląda tak, jakbyśmy to my byli do krzyża przybici i tam już pozostali, bez śmierci i zmartwychwstania. A potem się dziwimy, że nasze dzieci nie chcą tej wiary… No ja się im nie dziwię, no bo kto by chciał być przybity do krzyża i tam wisieć?
Dodatkowo tak się złożyło, że „skuszony” darmową dostawą pewnej książki, która mnie interesowała (notabene z całą pewnością kiedyś o niej też tutaj napiszę, bo chodzi o „Dzieci rozwiedzionych rodziców. Utrata rodziny jako utrata siebie” Andrew Roota), domówiłem również inną, o której wcześniej nie słyszałem: „Porzuceni przez ojca. Psychologia ateizmu” Paula C. Vitza. I zacząłem ją sobie czytać właśnie w niedzielę wieczorem. I przyznam się wam, że przeżyłem niezły wstrząs, kiedy się okazało, że znakomita większość najważniejszych ateistów i propagatorów ateizmu, miała problemy z własnym ojcem, który albo umarł wcześnie, albo zostawił rodzinę, albo był słaby, albo zbyt apodyktyczny, albo po prostu był obłudnikiem prowadzącym podwójne życie. Taka figura ojca dewastowała syna od dziecka i często totalnie zaciemniała obraz Boga Ojca. Kiedyś będę musiał wrócić do tego tematu, żeby przypomnieć drogim tatusiom jak wiele zależy od ich postawy w kształtowaniu życia swoich dzieci, zwłaszcza synów, ich ewentualnej dorosłej wiary i szczęścia. Ale najpierw muszę jeszcze tę książkę dogłębnie przestudiować. A dzisiaj wspominam o niej, aby przytoczyć jeden przykład.
Chodzi o Bertranda Russella (1872 – 1970) autora m.in. zbioru esejów „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem”. Bertrand pochodził z arystokratycznej rodziny, a jego ojciec – z pamiętników wynika, że we wczesnym dzieciństwie był pełen religijnych lęków – w dorosłym życiu stał się wolnomyślicielem i zmarł kiedy syn miał zaledwie cztery lata, podczas gdy matka dwa lata wcześniej. Osieroconym chłopcem zajęli się dziadkowie, a największy wpływ na jego rozwój miała babcia, którą później nazywał „śmiercionośnym koszmarem”. Już mniejsza w tej chwili jakiego wyznania protestanckiego była ta babcia, dość powiedzieć, że była z pewnością purytanką, a atmosferę domu, w którym się wychował Bertrand, cechowała – w jego własnym opisie – „żałobna chrześcijańska pokora”. Jak piszą biografowie Russel bardzo szybko odrzucił religię, a dokładnie trzeba powiedzieć religię swojej babci. Posłuchajcie słów, jakie napisze później jego córka Katherine: „Była to jedyna forma chrześcijaństwa, jaką ojciec dobrze znał, taka, w której życie na tym świecie nie było niczym więcej niż ponurym poligonem doświadczalnym dla przyszłej szczęśliwości. Ojciec wyrzucił tę wiarę przez okno”.
I teraz moi drodzy, z całą pewnością pośród was nie ma żadnych purytan i nie traktujecie życia doczesnego jako li tylko ponurego poligonu przed wieczną szczęśliwością, ale wydaje mi się, że pytanie o to, czy wizja naszej wiary, religijności, kontaktu z Bogiem, kontaktu z Kościołem nie jest czasem smutna i ponura, jest zasadne. W sumie chodzi z jednej strony o to, jak przeżywamy własną wiarę i jaką wiarą emanujemy. A z drugiej – pamiętając że wierzymy w Boga obietnice – co obiecujemy naszym dzieciom w zamian za pójście tą samą drogą wiary co my. W sumie, czego dziecko może oczekiwać pozostając razem z wami w Kościele? Wiem, że to może zabrzmieć nieco merkantylnie, ale myślę że wiecie o co mi chodzi. Gdybyście na chwilę znaleźli się w skórze własnych dzieci, jakie perspektywy byście dostrzegli dla swojej wiary, patrząc na was jako rodziców. Po pierwsze, czy patrząc na siebie z boku i na poziomie percepcji właściwej dla wieku waszego dziecka, dostrzeglibyście kogoś żyjącego pełnią pięknego życia opartego na zaufaniu Bogu? Czy dostrzeglibyście radość związaną z praktykowaniem wiary? Czy dostrzeglibyście miłość do Kościoła, jako wspólnoty, której jestem niezbędną częścią? Czy dostrzeglibyście jak wiara pomaga w codziennym kochaniu siebie, przebaczaniu sobie i noszeniu jedni drugich brzemion?
A może – niestety – tym co fundujemy naszym dzieciom jest, jeśli nie smutna i ponura, to pełna nerwowości i wzajemnych pretensji atmosfera dotycząca każdego wspólnego wyjścia do kościoła? A może uczymy je systemu zmianowego: ktoś z nim musi pójść do kościoła, bo ten czy inny sakrament trzeba zaliczyć, więc ostatnio ja się poświęciłam, dzisiaj ojciec idź ty? A może w najbardziej prozaiczny sposób tłumaczymy: dziecko pomęcz się jeszcze ten rok do bierzmowania i potem będziesz mieć święty spokój? A może chowamy się za tradycyjnym „dopóki mieszkasz pod moim dachem będziesz robił to, co ci każę”? Jest dużo różnych opcji, aby skutecznie doprowadzić dziecko, aby waszą wiarę wyrzuciło przez okno. Zauważcie, że w żadnej z nich nie ma choćby krzty radości. W żadnej z nich nie ma przekonania, że Jezus pragnie, by każdy z nas był „większym” od Jana Chrzciciela, największego spośród narodzonych z niewiasty. Większym, bo przez chrzest i łaskę uświęcającą jesteśmy częścią Kościoła, który jest Oblubienicą Chrystusa, co do której pragnie On, aby jej radość była pełna. A bycie Oblubienicą to coś znacznie większego, niż bycie poprzednikiem, kuzynem, czy nawet przyjacielem…
ks. Paweł
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!