TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Lutego 2026, 23:21
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Kiedyś się chciało być dorosłym

Kiedyś się chciało być dorosłym

„Masz dziewczynę?”- pytam nieraz ucznia szkoły średniej. „Jestem jeszcze młody, dziewczyny mnie nie interesują”. Ja w ogólniaku interesowałem się głównie dziewczynami… Czy to ja byłem jakiś dziwny, czy dzisiejsi młodzi?

Podczas pewnej parafialnej wycieczki, jedna z moich znajomych, patrząc na swoją córeczkę, która miała wówczas może z pięć lat, uśmiechnęła się i powiedziała, że chciałaby, żeby dziewczynka zawsze już taka pozostała. Czasami nam się marzy, aby zatrzymać nasze dzieci w pewnym stadium, które wydaje nam się najpiękniejsze i najbezpieczniejsze, ale niestety, a właściwie na szczęście, tak się nie da. Tak się nie da nawet z kociętami, czy szczeniakami, które są takie milusie, a co dopiero z dzieckiem, które Bóg nam powierzył na jakiś czas, a które ma się stać w pełni samodzielnym, dojrzałym i szczęśliwym dorosłym – i jako chrześcijanie dodajmy – odkryć Boży plan na swoje życie.

Witam was, moi drodzy na kolejnym naszym spotkaniu, podczas których próbujemy zrozumieć, co zrobić, aby ten proces, o którym wyżej, dokonał się w jak najlepszy sposób. Tak przy okazji, gorąco polecam świetny felieton profesora psychiatrii Łukasza Święcickiego, który znajdziecie tuż obok i świetnie dopełnia tego, o czym tu mówimy.

Dlaczego dzieci nie dorośleją?

Posiłkując się w dalszym ciągu książką „Niespokojne pokolenie” Jonathana Haidta idźmy dalej w naszych rozważaniach. Jakkolwiek moja znajoma wspomniana na początku tekstu oczywiście nie powstrzymała fizycznego i psychicznego rozwoju swojej córeczki (dzisiaj ma 15 lat i całkiem nieźle dojrzewa do dorosłości stawiając na swoim jeśli chodzi o plany i marzenia), to jednak coraz częściej, pewnie nieświadomie i z jak najlepszymi intencjami, przyczyniamy się do blokowania wchodzenia dzieci w dorosłość. Spróbujmy wyodrębnić „blokery”, które według naukowców przeszkadzają dzieciom w tym procesie.

Najpierw potrzebujemy jeszcze raz przyjrzeć się ludzkiemu mózgowi. Okazuje się, że już w wieku pięciu lat osiąga on 90 % swojego rozmiaru i ma znacznie więcej komórek nerwowych (neuronów) i połączeń między nimi (synapsy), niż będzie miał u dorosłego człowieka. Dalszy rozwój mózgu nie polega na wzroście, ale mówiąc obrazowo na selektywnym przycinaniu połączeń. Zostaną tylko te, które są często używane. Jeśli w okresie dojrzewania dziecko często powtarza jakieś czynności (np. maluje, strzela z łuku, gra w gry komputerowe) i to mu daje satysfakcję, to powoduje to trwałe zmiany w mózgu.

Jest jeszcze drugi proces, który zachodzi w mózgach dzieci, polegający na pokrywaniu się neuronów izolującą tkanką tłuszczową, co przyspiesza przekazywanie impulsów nawet na duże odległości między neuronami. Te dwa procesy powoli „konfigurują” mózg dziecka w mózg dorosłego. Nie jest to proces równomierny, różne części mózgu przestawiają się w różnym czasie, ale w każdej następuje koniec wrażliwego etapu. Haidt obrazowo porównuje to do cementu: jeśli zapiszesz swoje imię na zbyt mokrym cemencie, szybko zaniknie. Jeśli poczekasz aż cement stwardnieje, nie uda ci się zostawić śladu. Ale jeśli trafisz we właściwy moment, w którym mokry cement staje się suchy, twoje imię zostanie zapisane na zawsze.

Ponieważ wspomniane wyżej dwa procesy przyspieszają na początku okresu dojrzewania, zmiany w doświadczeniach dzieci z tego okresu mogą mieć trwałe skutki. I to oznacza, że musimy być szczególnie zainteresowani tym, czego nasze dzieci doświadczają w okresie dojrzewania.
Bezpieczeństwo über alles!

Wrócimy teraz na chwilę do tego co mówiliśmy poprzednio: ponieważ dzieci są „antykruche”, potrzebują przeróżnych doświadczeń, w tym pewnej dozy stresu, strachu, konfliktu, a nawet wykluczenia (bardzo ostrożnie z tym ostatnim). Dzisiaj coraz częściej mamy doświadczenia z sejfityzmem (od angielskiego save – fonetycznie sejf – co oznacza „bezpieczny”) – który jest pierwszym blokerem doświadczeń. Przesadna troska o bezpieczeństwo dzieci pozbawia je doznawania wielu różnych rzeczywistych doświadczeń oraz wyzwań, które są im potrzebne. A tymczasem społeczeństwa rozwinięte próbują usunąć wszelkie przeszkody i sytuacje stresujące z drogi dzieci.

Osobiście sobie nie wyobrażam, żeby moja mama (o tacie nie wspomnę) wypisała mi zwolnienie ze szkoły na moją prośbę, bo się nie przygotowałem do sprawdzianu, a dzisiaj jest to nagminne. W jakiekolwiek tarapaty się wpakowałem, sam musiałem się z nich „wypakować”, bo rodzice na pewno by mi nie dali żadnego alibi, i zawsze wzięliby stronę nauczyciela, czy kogokolwiek innego po drugiej stronie barykady. Jak na koloniach za szybko wydałem pieniądze, to musiałem z kory strugać łódeczki i próbować sprzedać turystom, bo nikt by mi nie przysłał pieniędzy (również z przyczyn technicznych). Dzisiaj doładowuje się kasę na telefon dziecka w kilka sekund. Zero stresów, zero problemów, zero ryzyka, zero realnego niebezpieczeństwa. Sejfityzm. Bezpieczeństwo ponad wszystko.

Kukułcze jajo - czyli smartfon

Nieciekawe konsekwencje sejfityzmu katastrofalnymi uczynił drugi bloker doświadczeń: smartfon. Po 2010 r. problemy zdrowia psychicznego nastolatków wystrzeliły w górę. Pośród wielu niewątpliwie korzystnych doświadczeń, jakie daje używanie smartfona, niestety jest jeden bardzo poważny problem: redukują one zainteresowanie wszelkimi formami doświadczenia, które nie skupiają się na ekranie. Haidt wręcz nazywa smartfon podrzuconym kukułczym jajem, z którego pisklę wykluwa się najszybciej i wypycha wszystkie inne jaja z gniazda. Kiedy w życiu dziecka pojawia się smartfon, albo konsola do gier video, wypycha wszystko inne z jego życia. A doświadczenia na ekranie są absolutnie mniej wartościowe dla dziecka niż te cielesne. Nie można oczekiwać, że dzieci nauczą się kompetencji społecznych i rozwiną swoje mózgi, jeśli jakaś emocja będzie im komunikowana za pomocą ikonki na ekranie, bez wyrazu twarzy, bez zmian w tonie głosu, bez kontaktu wzrokowego i widoku mowy ciała.
O krzywdach jakie prowokują smartfony i media społecznościowe opowiemy sobie w następnym artykule, natomiast już tu warto wyraźnie postawić przed sobą zadanie: musimy usunąć blokery doświadczeń, jeśli chcemy, aby dzieci były dobrze przygotowane do stawienia czoła dorosłości i miały szczęśliwe życie.

Obrzędy przejścia

Haidt mówi o jeszcze jednym czynniku, którego pozbawiliśmy się w naszych zeświecczonych czasach, a mianowicie o obrzędach przejścia, czy też inicjacji do dorosłości, które zawsze były obecne w ewolucji człowieka bez względu na różnorodność kultur. I nasz autor sugeruje, że pozbawiliśmy się w ten sposób czegoś bardzo ważnego, gdyż dziecko nie przekształca się w dorosłego wyłącznie za sprawą biologicznego dojrzewania. Potrzebuje ono innych niż rodzice wzorców, wyzwań i publicznego uznania swojego nowego statusu. Wystarczy popatrzeć choćby na nastolatków, którzy spontanicznie tworzą własne obrzędy inicjacyjne (czasami niebezpieczne) i według antropologów dzieje się tak dlatego, że społeczeństwo im tego nie zapewniło. Wygląda więc na to, że młodzi ludzie mają głęboką potrzebę takich obrzędów i rytuałów i Haidt pyta, czy potrafimy to wykorzystać. A ja myślę choćby o naszym przygotowaniu do bierzmowania, które coraz częściej jest farsą i udawaniem.

Jak sobie z tymi blokerami doświadczeń, trudnością z wchodzeniem w dorosłość naszych dzieci, brakiem obrzędów przejścia poradzić? Przede wszystkim trzeba przenieść ciężar doświadczeń na świat realny. W świecie realnym ważne jest ile masz lat (choćby żeby zobaczyć jakiś film, kupić papierosy czy prowadzić pojazd) w świecie online ma to coraz mniejsze znaczenie. Szokującym doświadczeniem jest obserwacja statystyk, jak bardzo spała ilość przypadków dokonywania czynności „dorosłych”, typu prowadzenie samochodu, spożywanie alkoholu, czy stosunek seksualny, przed osiągnięciem odpowiedniego wieku. Niby powinniśmy się cieszyć, ale prawda jest taka, że większość niedozwolonych rzeczy dzieci robią w sieci absolutnie poza naszą kontrolą. I fatalnie kształtując swoje chłonne mózgi. Ktoś powie, że przynajmniej dzieci z tego nie będzie, ale to marna pociecha, a wręcz ostrzeżenie! Bo czy oni będą w stanie żyć w realu i mieć dzieci? Wydaje się, że odpowiedź już widzimy i nie jest ona uspokajająca.
Haidt proponuje swoją drabinę łączącą dzieciństwo z dorosłością i właśnie od niej rozpoczniemy nasze kolejne spotkanie. 

Ks. Paweł

 

 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!