Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 351
- Jako niewierzącej nie może mi ksiądz zaszkodzić? To chciał ksiądz powiedzieć? - florystka Beata wyprostowała się i spojrzała Mateuszowi prosto w oczy oczekując odpowiedzi.
Przez chwilę zmieszanie wzięło w nim górę, ale nie opuścił wzroku i im dłużej patrzył jej w oczy tym bardziej widział w nich tylko spokój i ciekawość i ani cienia wrogości, więc i sam się uspokoił. Nie tak sobie wyobrażał okoliczności pierwszej poważniejszej rozmowy z jedną ze swoich dwóch kwiaciarek, które na każdą niedzielę przygotowywały dekoracje kwiatowe w kościele. Od Małgosi wiedział, że pani Beata była niewierząca, więc jej pytanie go nie zaskoczyło.
- Nie do końca to miałem na myśli – powiedział w końcu i uśmiechnął się. - Ale ponieważ zawsze widzę was razem z Małgosią a oboje wiemy, że Małgosia kiedy pracuje nie chce rozproszeń, a jeśli już jest jakaś rozmowa, to ona jest protagonistką, więc tak naprawdę z panią nigdy nie rozmawiałem. A o pani relacji z wiarą wspomniała mi właśnie ona, bo zastanawiała się, czy będzie to stanowić dla mnie jakiś problem, jeśli będzie jej pani pomagać przy kwiatach w kościele – wyjaśnił Mateusz.
- Okay. Cieszę się, że ksiądz się zgodził. Na całe szczęście do robienia kwiatów w kościele nie trzeba jeszcze mieć zaświadczenia od swojego proboszcza – dodała tonem, w którym Mateusz wyczul jakiś resentyment.
- Czyżby miała pani jakieś problemy tego typu? - zapytał, choć w duchu zastanawiał się, po co osoba niewierząca miałaby prosić o zaświadczenie o swojej wierze.
- Nie, ja nie. Ale trochę się nasłuchałam od różnych ludzi. To ciekawe, ale wszyscy moi znajomi, którzy są wierzący, akurat do mnie przychodzą z żalami na swoich proboszczów, choć wiedzą, że trzymam się z daleka od Kościoła – wyjaśniła, a Mateusz przypomniał sobie słowa św. Pawła, który wyrzucał Koryntianom, że brat oskarża brata przed niewierzącymi.
- No cóż, ja oczywiście nie znam tych wszystkich przypadków i powodów, dla których ludzie się skarżą na swoich proboszczów, ale myślę, że czasami przychodzą do pani właśnie dlatego, że jest pani poza tym wszystkim, więc są przekonani, że nie będzie pani dochodzić, czy mają racje czy nie. A może nawet ich pani pochwali, że wreszcie przejrzeli na oczy co do swoich przewodników w wierze. Nie wiem. Jeśli z jakiegoś powodu przyjdzie pani i mnie poprosi o poświadczenie, że w każdą sobotę między 9.00 i 12.00 jest pani w moim kościele to chętnie to podpiszę i przyłożę trzy pieczątki. Ale jeśli pani mnie poprosi o poświadczenie, że jest tu pani w każdy czwartek, to powiem, że mi przykro, ale nigdy nie widziałem tu pani w czwartek i nie mogę poświadczyć nieprawdy. To jest naprawdę proste. I nie jest to bynajmniej ocenianie czyjejś wiary czy jakości człowieczeństwa, czy jest dobrym czy złym człowiekiem, bo tego się nie potwierdza żadnym zaświadczeniem.
- No właśnie, nawet papież stwierdził, że kim on jest, aby osądzać innych – zauważyła Beata, a jej spojrzenie nabrało raczej roztargnionego wyrazu.
- Śledzi pani to co mówi papież?
- Czasami wręcz nie da się tego nie zauważyć, bo wszystkie media o tym trąbią – odpowiedziała. - Zwykle nie nasłuchuję wypowiedzi hierarchów, ale jak coś wpadnie w ucho, co trochę uspokoi sumienie, to potem zostaje w pamięci – powiedziała z lekkim uśmiechem, jakby zachęcając go do pociągnięcia wątku.
- Pani Beato, czy to jest dobry moment, abyśmy porozmawiali, dlaczego jest pani poza tym wszystkim? - Mateusz gestem wskazał wnętrze kościoła i tabernakulum.
- Czy ja wiem? To długa historia, a ja tu mam jeszcze trochę roboty, więc raczej to nie jest ten moment – w jej głosie było wahanie, ale ostatnie słowa wypowiedziała z przekonaniem, więc Mateusz nie miał zamiaru naciskać.
- Rozumiem. Ale proszę pamiętać, że jestem do dyspozycji i chętnie posłucham, kiedy tylko pani się zdecyduje – powiedział i odwrócił się, aby pozwolić kobiecie zająć się kwiatami.
- Jasne. Ale wydawało mi się, że to ksiądz chciał mi coś powiedzieć – Beata przypomniała mu o pani Ramonie, Pierwszej Komunii Świętej i dekoracjach.
- No tak! - Mateusz dłonią puknął się w czoło. - Zupełnie zapomniałem. Mam taką dość trudną sprawę. Nawet nie wiem, jak to powiedzieć, tak mi głupio. Chodzi o to, że razem z panią Małgosią robicie nam tutaj świetną robotę, nie mam nawet słów, aby wyrazić, jak bardzo doceniam wasze talenty i bezinteresowność i generalnie wiem, że właściwie wszyscy parafianie są zachwyceni. Ale... no właśnie. Mamy teraz Pierwszą Komunię i rodzice dzieci, właściwie bez konsultacji ze mną, zaangażowali jakąś inną florystkę, ja nawet nie wiem kogo. I jest mi bardzo przykro, bo wy tutaj cały rok się produkujecie, a ktoś inny – i to pewnie za niemałe pieniądze – będzie błyszczał podczas tak ważnej uroczystości. Naprawdę strasznie mi głupio z tego powodu – Mateusz rozłożył ręce w geście bezradności.
- Naprawdę niemałe pieniądze – powiedziała Beata i wybuchnęła głośnym śmiechem.
- Nie rozumiem – Mateusz patrzył na nią pytającym wzrokiem.
- Już wyjaśniam. Kilka tygodni temu poproszono nas o dekoracje na ślub w innym kościele, przepraszam, ale nawet nie wiem jakie ma wezwanie, chyba Matki Bożej, tutaj w Jaroszynie. No i zrobiłyśmy te dekoracje i najwyraźniej bardzo się podobały gościom, bo jakaś kuzynka panny młodej uparła się, żebyśmy się podjęły dekoracji pierwszokomunijnej w jej parafii. W oparciu o zdjęcia z tamtej ceremonii przekonała pozostałych rodziców i zaproponowała budżet dla nas w wysokości trzech tysięcy. Wszystko to przez pośredników, więc nie miałyśmy pojęcia, że chodzi o nasz kościół, ale oczywiście zgodziłyśmy się. Miałyśmy niezły ubaw, kiedy się okazało, że chodzi o nasz kościół, zwłaszcza że ta mama wyraziła nadzieję, że... jak ona to powiedziała? Niech się i u nas czegoś nauczą, czy coś takiego. Myślałam, że Gosia już o tym księdzu wspomniała – pani Beata w dalszym ciągu nie mogła powstrzymać rozbawienia.
- Słyszała pani jak coś gruchnęło? - zapytał Mateusz.
- Nie – zdziwiła się. - Co takiego?
- A nic, po prostu kamień spadł mi z serca. Myślałem, że było słychać – uśmiechnął się Mateusz.
- Aha. Ale powiem księdzu, że to miło, że się ksiądz tym przejął. Chyba naprawdę będę musiała kiedyś opowiedzieć księdzu moją historię.
- Koniecznie. A wracając jeszcze do sytuacji, nie wyobraża pani sobie ile razy przytrafiały mi się podobne historie. Na przykład w niedzielę podchodzi do mnie jedna parafianka i mówi, że była na nabożeństwie Drogi krzyżowej w innej parafii i jest zachwycona, bo tak pięknie było. Mówię więc, że cieszę się, że przeżyła poruszające nabożeństwo, ale pytam też, co takiego pięknego było w tej Drodze krzyżowej w innej parafii. A ona na to, że dwie osoby czytały rozważania, mężczyzna i pani. A nie, że wszystko tylko ksiądz. Więc ja pytam jej, czy była kiedyś u nas na Drodze krzyżowej, na co oczywiście się obruszyła: „A bo to koniecznie trzeba do nas chodzić? Już nie można gdzie indziej, gdzie jest o wiele ciekawiej?” No to ja odpowiadam, że oczywiście może chodzić gdzie chce, ale pytam, bo u nas akurat była Droga krzyżowa inscenizowana z podkładem muzycznym i ze slajdami, w której brało udział minimum dziesięć osób. A nie tylko sam ksiądz. A ta pani wówczas z oczami okrągłymi ze zdziwienia: „U nas???” Nie wspomnę, ile razy ktoś do mnie przychodził, w różnych parafiach, w których byłem, z propozycją, abyśmy WRESZCIE zrobili to czy tamto w naszym kościele, a ja byłem zmuszony odpowiedzieć, że właśnie to się odbyło na przykład w zeszłym tygodniu.
- Klasyczne „cudze chwalicie...” - podsumowała pani Beata.
- Właśnie. Pani Beato, bardzo się cieszę, że będziecie robić kwiaty na naszą Pierwszą Komunię, a teraz znikam i nie przeszkadzam. I czekam na naszą rozmowę – Mateusz uśmiechnął się i powrócił na plebanię.
Kolejny problem rozwiązał się sam. Ale w dalszym ciągu przejmował się ceremonią Pierwszej Komunii Świętej. W przebieg liturgii przygotowany przez katechetkę nie chciał ingerować, chociaż na przyszły rok miał już kilka rzeczy do zmiany, ale ten pierwszy raz musiał zdać się na to, co było do tej pory. Najbardziej martwił go brak ministrantów. Święta wielkanocne w sumie przebiegły bardzo ładnie, ale brakowało służby ołtarza. Choć momentami ta samotność w prezbiterium pomagała mu może nawet odczuć samotność porzuconego przez niemal wszystkich Chrystusa i w Triduum Paschalne to miało wielką wartość, to jednak na co dzień stawało się męczące. Od kilku dni chodził mu po głowie pomysł, ale bił się z myślami, a szczerze mówiąc trochę się obawiał reakcji pani katechetki. W parafii wszyscy byli przyzwyczajeni, że jego poprzednik ks. Piotr delegował pewne rzeczy i nie ingerował w nic, co na pewno było dobre poprzez zaangażowanie świeckich, ale trochę potworzyły się udzielne księstwa i ludzie reagowali nerwowo, jeśli Mateusz o coś pytał, a co dopiero coś zmieniać. Ale sytuacja z kwiatami wprawiła go w dobry nastrój, więc postanowił iść za ciosem i wybrał numer do pani katechetki.
- Szczęść Boże, pani Agnieszko, ja w sprawie Pierwszej Komunii – powiedział od razu.
- Szczęść Boże, proboszczu, co do Komunii to mamy wszystko ogarnięte, oprócz daru dla parafii – odpowiedziała.
- O darze to jeszcze pomyślimy. Chodzi mi o ministrantów. Pomyślałem, że może po prostu chłopcy przystępujący do Komunii podejmą niektóre funkcje ministranckie...
- Księże proboszczu! Na dwie próby przed ceremonią???
- Ale sama pani mówiła, że ma kilka osób beż żadnych funkcji...
- No tak, ale zostali sami niegramotni...
- Ja się tym zajmę. I biorę pełną odpowiedzialność na siebie.
- To nie jest dobry pomysł..
- Zobaczymy się na próbie. Będzie dobrze! - Mateusz zakończył połączenie i przypomniał sobie, jak pewien ksiądz określił jego samego niegramotnym, kiedy usłyszał, że wstąpił do seminarium.
Jeremiasz Uwiedziony
Książka: JASNA I TA DRUGA STRONA KSIĘŻY(CA)
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!