Jasna i ta druga strona księży(ca) 
Nigdy nie wiadomo kiedy dopadnie cię jesienna chandra, zwłaszcza kiedy mieszkasz sam, ale jeśli masz przyjaciół, łatwo znaleźć właściwe remedium.
– Dostałeś propozycję grania gdzie indziej? – Mateusz nie potrafił ukryć niedowierzania i rozczarowania.
– No… można powiedzieć, że dostałem – przyznał Błażej.
– I przyjąłeś tę ofertę? – Mateusz dziwił się, bo zaledwie kilka miesięcy wcześniej umówił się z organistą na nową stawkę, podpisał umowę, płacił podatki i ZUSy.
– A co ksiądz by zrobił na moim miejscu? Nie wiem, na przykład gdyby księdzu zaproponowali parafię św. Jacka, gdzie na pewno miałby ksiądz znacznie większe pole do działania, to by ksiądz przyjął, czy nie? – Błażej patrzył mu prosto w oczy, a Mateusz próbował wytrzymać to spojrzenie gorączkowo się zastanawiając, co ma zrobić. Z jednej strony przecież zobowiązał się biskupowi do nierozpowszechniania propozycji, która przecież była już nieaktualna, a drugiej, właśnie dlatego, że była nieaktualna, być może powinien być szczery. Sekundy biegły nieubłaganie, a on wiedział, że mógłby się zastanawiać nad tym nawet cały dzień i na końcu byłby równie głupi, jak teraz.
– No właśnie tak się składa, że akurat dostałem propozycję objęcia parafii św. Jacka – powiedział w końcu i dopiero wtedy odwrócił oczy od swojego organisty.
– Co? – Błażej aż osłupiał z wrażania, bo pewnie traktował swoje pytanie czysto teoretycznie. – I zgodził się ksiądz?
Mateusz znowu odczuł lekką pokusę, aby powiedzieć, że się nie zgodził, niejako sugerując organiście, aby i on uczynił podobnie, ale odegnał tę myśl ze złością, że w ogóle mu coś takiego przeszło przez głowę. Postanowił być szczery do końca.
– W sumie to nie musiałem, bo zanim ja podjąłem decyzję, propozycja została wycofana z przyczyn, których nie mogę ci powiedzieć – i tak już powiedziałem ci za dużo, bo byłem proszony, aby nikomu nic nie mówić – więc tematu zupełnie nie ma, zostaję tutaj i pracuję z całych sił i z podobnym jak wcześniej entuzjazmem.
– Rozumiem…, ale czy ksiądz się skłaniał ku przyjęciu propozycji, czy raczej by odrzucił, jakby jej nie wycofano – Błażej niestety ciągnął temat dalej i Mateusz musiał być szczery do końca.
– Błażej, to zostaje absolutnie między nami, ok? No więc… przyjąłbym tę propozycję w duchu posłuszeństwa. Nigdy wcześniej nie powiedziałem biskupowi „nie” i teraz też bym nie powiedział. Ale sprawy już nie ma, więc…
– Aha, czyli jednak by ksiądz przyjął – Błażej uśmiechnął się.
– A ja, głupi, nie przyjąłem propozycji pracy w innej parafii.
– Nie przyjąłeś? – Mateusz po raz kolejny podczas tej rozmowy poczuł się oszołomiony i nie wiedział, czy bardziej się cieszyć, że Błażej zostaje, czy złościć, że go naciągnął na te wszystkie wyznania.
– Nie, ale sobie pomyślałem, że właśnie to o czym ksiądz mówi, może się zdarzyć, że mogą nam księdza zabrać z dnia na dzień i dlatego postanowiliśmy z Kinią już dłużej nie czekać, bo chcemy żeby nasz ślub pobłogosławił nasz proboszcz i żeby ksiądz był tym proboszczem. A ponieważ właśnie kupiliśmy działkę na terenie parafii, to już w innej nie będziemy mieszkać, więc rozumie ksiądz, nie? – Błażej chyba nie zdawał sobie sprawy, że trochę bełkocze, ale wyraźnie był podekscytowany z powodu tych decyzji.
– Rozumiem, Błażej bardzo się cieszę, naprawdę… i dziękuję ci. Ale jak ty z tej marnej organistowskiej pensji wybudujesz dom? Skoro tamten inny proboszcz proponował ci większe pieniądze, to pewnie ode mnie się też spodziewasz…
– Niczego się nie spodziewam poza tym, że ksiądz nam pobłogosławi ślub i będzie nas wspierał – zapewnił Mateusz. – Są w życiu ważniejsze aspekty niż pieniądze, a ja już się organizuję, aby znaleźć dodatkowe zatrudnienie, które przy poziomie zapotrzebowania na moje usługi będzie możliwe, a w tej innej parafii, powiedzmy, byłoby znacznie bardziej skomplikowane. A poza tym – Błażej się uśmiechnął – ta cała lepsza pensja, którą mi zaproponowano, wcale nie była aż tak dużo lepsza. Oczywiście, jeśli proboszcz znajdzie jakieś środki, aby w przyszłości podnieść moje uposażenie wcale nie będę się sprzeciwiał – roześmiał się na koniec Błażej, a Mateusz nic nie powiedział tylko mocno uścisnął swojego, na szczęście nadal swojego, organistę.
•••
Początki tegorocznej jesieni nie miały nic wspólnego z tzw. złotą polską jesienią i jakkolwiek Mateusz nigdy nie był szczególnie meteopatyczny, to tym razem wyjątkowo słabo znosił coraz dłuższe samotne i smętne wieczory. Tak się złożyło, że Maciej, który był pierwszą po Bogu instancją, na takie nastroje był dość zajęty, swoją drogą było to zastanawiające i Mateusz czekał na pierwszą okazję, aby się dowiedzieć, co go tak zajmuje i czy czasami kolega nie jest w jakiejś rozsypce, więc musiał sobie radzić sam. Na spacery nie było odpowiednich warunków, nawet możliwość obejrzenia filmu, miał przecież kilka serwisów streamingowych, nie pociągała go szczególnie, za to znalazł znowu przyjemność w czytaniu prawdziwych, papierowych książek. Na szczęście nie zaprzestał przez te wszystkie lata kupowania nowych książek, choć czasami sam się na siebie denerwował, że życia mu nie starczy, żeby to wszystko przeczytać, to teraz był zadowolony, bo się okazało, jego zbiory były olbrzymie i mógł swobodnie przebierać w literaturze lżejszej, jak i tej bardziej związanej z rozwojem osobistym, a nawet teologią. Więc czytał znowu dużo, może jeszcze nie tyle co w czasach przed internetowych, ale ciągle gdzieś ta nutka melancholii go dopadała i nawet zaczął się poważnie zastanawiać, czy jednak nie miał racji Maciej, kiedy go przestrzegał przed negatywnymi konsekwencjami tej całej sytuacji ze zmianą parafii, która później się nie dokonała. A jeśli rzeczywiście to jest powodem jego melancholii, to trzeba będzie dokonać w parafii jakiegoś szarpnięcia, wlać nową limfę we wspólnotę, pobudzić jej entuzjazm, a przy okazji i entuzjazm proboszcza. Trzeba to będzie dobrze rozeznać poprzez rozmowy z członkami Rady duszpasterskiej, może chociaż raz go zaskoczą i nie powiedzą: „księże tyle się u nas dzieje, nie ma co wymyślać, no chyba że ksiądz ma jakiś pomysł”. Ale najpierw trzeba pogadać z Maćkiem. Mateusz wybrał się w drogę bez zapowiedzi, bo akurat wieczór był bardzo przyjemny, co było rzadkością tej jesieni, więc nawet jeśli kolegi nie zastanie, albo ten będzie zajęty, to pospaceruje po parku, który był dokładnie w połowie drogi między ich parafiami. Punktualnie o 20.30 Mateusz zajechał pod plebanię i dokładnie w tym samym momencie na podwórko wjechał proboszcz, czyli Maciej we własnej osobie.
– A co ty mnie tak koleżko bez zapowiedzi nawiedzasz? – zapytał jakby się to nie zdarzało non stop, ale wyraźnie zadowolony, że widzi przyjaciela.
– Nie odzywasz się, dwa razy pocałowałem klamkę, więc się zmartwiłem, czy znowu cię ktoś nie prześladuje, albo sam siebie prześladujesz – zażartował Mateusz zamykając drzwi samochodu.
– Kurka, Mati, ale świetnie wygląda to twoje volvo, ty to masz naprawdę szczęście – powiedział Maciej nie kryjąc podziwu. – Spłaciłeś je już do końca?
– Szczerze mówiąc jeszcze nic nie dałem ponad to, co na samym początku. Mówię ci, jak ktoś ci mówi, że spłacisz, jak będziesz mógł, to ciągle ci się wydaje, że jeszcze nie możesz, ale jakbyś musiał ratę w banku płacić to na pewno byś znalazł pieniądze. Ale jeździ się naprawdę świetnie – uśmiechnął się Mateusz.
– A kiedy pocałowałeś klamkę? – zapytał Maciej, kiedy byli wewnątrz plebanii.
– Jeśli dobrze pamiętam, to w piątek ubiegłego tygodnia i chyba dwie niedziele temu – próbował sobie przypomnieć Mateusz. – Gdzie się szlajałeś?
– Tam gdzie i dzisiaj – odparł Maciej.
– Czyli? Nie żebym był wścibski, ale ktoś cię musi przypilnować.
– No precyzyjnie mówiąc, to nie dokładnie w tym samym miejscu, ale w tym samym celu – kluczył Maciej.
– Aha…, a ten cel to?
– Przygotowanie do I Komunii Świętej.
– Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś przygotowywał dzieci do I Komunii nie w kościele – zdziwił się Mateusz.
– No dobra. Posłuchaj. Wyczytałem, że jeden ksiądz wymyślił, że w ramach przygotowań do I Komunii Świętej musi się spotkać z każdą rodziną osobno, żeby ich poznać, pogadać itd. A ponieważ ja mam tu zaledwie piętnaście dzieciaków, to pomyślałem, że to jest niezły pomysł, bo wiesz jak jest. Co jak co, ale gdy chodzi o Komunię, to ci rodzice jeszcze jakoś się starają, a potem jest coraz gorzej. Więc postanowiłem zrobić to samo. Ogłosiłem im to podczas spotkania, no i poprosiłem, żeby zdeklarowali się kiedy mogą oboje ze swoim dzieckiem przyjść do mnie i poświęcić mi godzinkę. Jedna rodzina przyszła, spotkanie było takie sobie, ale wszyscy inni mi płakali, że praca, zmiany i im jest ciężko do mnie przyjść o jakiejś sensownej porze. Sytuacja robiła się patowa, aż kiedyś jedna rodzinka, na takim spotkaniu w kościele, zaproponowała, że oni mnie mogą zaprosić do siebie wieczorem, jeśli mi to nie przeszkadza. Wiesz, wszyscy na nich patrzyli zdziwieni, ja też, ale oczywiście się zgodziłem, tylko głośno przy wszystkich zastrzegłem, że broń Boże nie mają robić jakiejś kolacji. A oni, że spoko, że wypijemy herbatkę i pogadamy. No i tak się stało, tylko ja po drodze kupiłem pizzę i powiem ci, że to był świetny wieczór. W następną niedzielę chyba się wieść rozeszła i po spotkaniu wszyscy rodzice do mnie hurtem się rzucili, że oni też chcą to spotkanie odbyć w domu wieczorem. No i teraz tak dwa razy w tygodniu mam takie wieczory. Czasami pierniki oszukują i robią kolację…
– … a ty jesteś z tego powodu bardzo zły – Mateusz potakiwał z uśmiechem.
– Bardzo! – odpowiedział uśmiechem Maciej. – Ale powiem ci, że to są naprawdę świetne spotkania – powiedział poważnie, a Mateusz już wiedział, że nie będzie o nic więcej pytał.
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!