Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 436
– Księże Mateuszu, jak bardzo jest ksiądz zajęty w najbliższe dni? – zapytał ks. Marcin, sekretarz biskupa diecezjalnego, a Mateusz mimo że już od dawna nie uginały mu się kolana na głos biskupa, czy też jego kapelana, poczuł się trochę nieswojo.
– Akurat najbliższe dni to jest gęsto, bo jutro mam pogrzeb, a pojutrze zaplanowany wyjazd do Wrocławia – próbował sobie przypomnieć z pamięci swoje zobowiązania.
– A dzisiaj? – zapytał ks. Marcin.
– No z dzisiaj to już za wiele nie zostało – zauważył Mateusz spoglądając na zegar wiszący nad stołem i wskazujący 18.30.
– Ale jakby może ksiądz był na miejscu, to my akurat jesteśmy niedaleko i za jakieś dwadzieścia minut moglibyśmy na chwilę księdza odwiedzić – ks. Marcin najwyraźniej był w samochodzie i jakoś tam się konsultował z księdzem biskupem.
– Owszem, jestem na plebanii, więc zapraszam, ale mam nadzieję, że się nie nastawiacie na kolację, bo lodówka pusta – Mateusz wysilił się na beztroskę, ale jego niepokój wzrastał. Taki nagły przyjazd nie wróżył nic dobrego.
– To do zobaczenia księże Mateuszu – powiedział ks. Marcin i zakończył połączenie. Mateusz natychmiast wybrał numer do swojego przyjaciela Macieja.
– No co tam młody? – Maciej odebrał prawie natychmiast.
– Wyobraź sobie, że właśnie jedzie do mnie biskup – powiedział Mateusz.
– Tak? A po co? – zdziwił się Maciej.
– No właśnie też się zastanawiam – cierpko zauważył Mateusz i pokrótce opowiedział koledze przebieg rozmowy z sekretarzem. – Wygląda na sprawę, która nie może czekać.
– Może się dorobiłeś jakichś wrogów w parafii? Z tymi wszystkimi białogłowami, które szukają u ciebie porady, wcale bym się nie zdziwił...
– Z tego co widzę, to chyba ty mi zazdrościsz, no ale ciebie bym nie podejrzewał, że się posuniesz do takiej podłości, chociaż… – Mateusz udawał przez chwilę zamyślenie. – Czy ja wiem?
– No musiałbym chyba z byka spaść, żeby ci zazdrościć tego, że ciągle musisz jakieś babskie meandry, których sam nie rozumiesz, próbować rozwiązywać – zaśmiał się Maciej.
– Ty mi lepiej pomóż rozwiązać meandry wizyty księdza biskupa na mojej plebanii, która zbliża się wielkimi krokami. Lada chwila będzie dzwonek u drzwi – gorączkował się Mateusz.
– No dobra, żarty na bok. Na pewno nie chodzi o jakiś ochrzan, bo z tym by się nie fatygował do ciebie, tylko by cię wezwał na tak zwany dywanik – trzeźwo zauważył Maciej, a Mateusz nie mógł nie przyznać mu racji. – Jak długo jesteś u św. Pawła?
– Trzy lata chyba... co ja mówię? Cztery lata mi stuknęło 13 sierpnia – odpowiedział Mateusz.
– No to raczej na zmianę za wcześnie, a poza tym chyba już wszystkie puzzle poukładali…– głośno myślał Maciej. – Proboszcz z katedry w pełnym zdrowiu, więc raczej tam nic nagłego się nie mogło wydarzyć, a to chyba jest taka ranga parafii, jakiej możesz się spodziewać przy kolejnej zmianie.
– No chyba sobie żarty ze mnie stroisz – roześmiał się Mateusz. – Ranga parafii! Aleś odpalił teraz…
– Mateusz, możemy sobie żartować i głupków udawać, ale dobrze sam wiesz, że powiedzieć, że twój potencjał jest trochę marnowany to jest eufemizm, to jak nic nie powiedzieć. I ja uważam, że dzieje się tak tylko dlatego, że póki co żadna z parafii, które byłyby dla ciebie prawdziwym wyzwaniem po prostu się nie zwalnia. I z tego powodu na razie tak się szwendasz tu i tam.
– Aha, czyli według ciebie ja się szwendam? – Mateusz z niedowierzaniem kręcił głową.
– Tak. Podobna sytuacja jest z Pawłem, którego teraz posłali do Antonówka. Przecież to jest facet na inne wyzwania, ale ponieważ na razie takie placówki się nie otwierają, to go zaparkowali w Antonówku. Chyba nie sądzisz, że zostanie tam do emerytury jak jego poprzednik?
– To po co go parkowali? Mogli się jeszcze wstrzymać, przecież prałat gotów był zostać jeszcze choćby z rok…
– Prałat był może gotów, ale jakbyś może trochę popytał…
– Maciej! – Mateusz musiał przerwać wywód kolegi, który i tak mu nie pomagał. – Przyjechali! Na razie! – Mateusz rozłączył się, bo też sobie uzmysłowił, że nawet nie ma na sobie koszuli z koloratką, ale było już za późno na zmianę garderoby. Odłożył więc telefon po uprzednim wybraniu „samolocika”, aby odciąć się od sieci i świata zewnętrznego. Spokojnie zaczekał, aż rozlegnie się dzwonek u drzwi. Po jego usłyszeniu spokojnie skierował się do korytarza i otworzył drzwi.
– Szczęść Boże ojcze! – biskup Adrian przywitał go w swoim stylu.
– Szczęść Boże księże biskupie, proszę bardzo, proszę wejść… A ksiądz Marcin?
– A chciał się trochę przespacerować po świeżym powietrzu – uśmiechnął się ksiądz biskup przechodząc obok Mateusza w kierunku salonu.
– Czy mogę zaproponować coś do picia, na zimno albo na gorąco? – zapytał Mateusz stojąc w drzwiach salonu.
– To może kawkę, ale taką malutką – odpowiedział biskup.
– Espresso? Takie prawdziwe? – dopytywał się Mateusz.
– O właśnie, espresso będzie w porządku – zgodził się biskup rozglądając się dyskretnie po salonie. – Całkiem ładnie tu ksiądz się urządził – zauważył.
– Księże biskupie, wszystko co ksiądz widzi to zasługa mojego poprzednika, księdza Piotra, ja jedynie fotele wstawiłem, no i gramofon – uśmiechnął się Mateusz. – Zaraz wracam – powiedział jeszcze i skierował się do kuchni, gdzie przygotował dwie malutkie filiżanki i zaczął przyrządzać kawę. Gdy robił drugą kawę z salonu dobiegły go ciche dźwięki jednej z piosenek Franka Sinatry. Ewidentnie biskup uruchomił gramofon, co Mateusza mile zaskoczyło.
– Świetny wybór – powiedział wchodząc z tacą z filiżankami. – Tylko się zastanawiam, czy to My way to będzie bardziej moja droga czy księdza biskupa – zażartował, ale biskup nie zrozumiał.
– Jaka droga? – zapytał.
– Ta piosenka Sinatry to I did it my way, zrobiłem to po swojemu, czy też „poszedłem moją drogą”, i tak sobie zażartowałem…
– A tak, oczywiście, przepraszam, zupełnie nie zwróciłem uwagi na słowa piosenki, bo mam spory problem na głowie, proszę usiąść na chwilę księże Mateuszu – powiedział biskup, a Mateusz szybko postawił filiżanki na stole i usiadł naprzeciw swojego zwierzchnika.
– Co to za problemy? – zapytał.
– Dobrze, że ksiądz użył liczby mnogiej, bo rzeczywiście nie chodzi o jeden problem. Sporo mamy takich trudnych spraw nawet między kapłanami. Wie ksiądz, jak do mnie docierają sygnały, że proboszcz sobie ze swoim wikariuszem nie przekazują znaku pokoju, to ja naprawdę nie wiem, o czym my mówimy. Albo że proboszcz nie otwiera ani kościoła ani plebanii dla współbraci kapłanów, którzy idą w pieszej pielgrzymce. I to nie są sprawy, które można jakoś naprostować upomnieniami czy innymi krokami dyscyplinarnymi, to są sprawy jakiejś elementarnej formacji ludzkiej, ja nie wiem, czy my jesteśmy w stanie takiej formacji jeszcze dokonać, naprawdę.
– W sumie to się cieszę, że te sprawy do księdza biskupa docierają, bo chyba trzeba sobie powiedzieć, że niektórzy współbracia, nawet będąc wybitnymi, jednak się do współpracy nie nadają i raczej nie powinni mieć placówek z wikariuszami – powiedział Mateusz i sam był zaskoczony, że to powiedział.
– Nie tylko o wybitnych chodzi – westchnął biskup. – No ale ja nie o tym chciałem z księdzem rozmawiać dzisiaj. Chodzi o naszego drogiego księdza kustosza Sanktuarium Świętego Jacka, księdza Zbigniewa. Niestety ma pewne problemy zdrowotne, które okazały się być znacznie poważniejsze, niż się wcześniej wydawało. Musi się poddać operacji, ciężkiej operacji, a potem długotrwałej rekonwalescencji i przede wszystkim musi bardzo uważać na stres, który może być dla niego wręcz zabójczy. To wszystko oznacza, że co najmniej rok będzie zupełnie poza duszpasterstwem. Początkowo, jak mówiłem, wydawało się, że cała terapia będzie znacznie krótsza i nastawialiśmy się na powrót księdza Zbigniewa do prowadzenia parafii i sanktuarium, daliśmy tam bardzo zdolnego i obrotnego wikariusza, który miał przez te kilka miesięcy wszystko pociągnąć. Ale na chwilę obecną wiemy już, że nasze prognozy, zresztą nie tyle nasze co lekarzy, były zbyt optymistyczne i co najważniejsze, sam ksiądz Zbigniew naciska, aby już teraz wyznaczyć nowego proboszcza, bo on wie, że nigdy już nie będzie mógł dać z siebie wszystkiego, jak dotychczas. A ponieważ on naprawdę kocha św. Jacka, więc chce jak najlepiej dla sanktuarium. Twierdzi, że jak Bóg mu da trochę sił po zabiegu i rekonwalescencji, to on chętnie pomoże, ale już jako senior i emeryt.
– Nie miałem zielonego pojęcia, że ks. Zbyszek jest tak poważnie chory… – Mateusz był absolutnie zaskoczony wiadomością.
– Wszystkich nas to zaskoczyło, chociaż akurat jego chyba nie. Albo przyjął to po prostu z wielką pogodą ducha. W każdym razie, księże Mateuszu, od jakiegoś czasu myśleliśmy, że ksiądz może być naturalnym następcą księdza Zbyszka, kiedy będzie przechodził na emeryturę. Więc teraz, kiedy ta sytuacja pojawiła się z kilkuletnim wyprzedzeniem, nie widzą powodu, żeby szukać gdzie indziej… Dlatego zapytam: czy ksiądz by się podjął tego wyzwania?
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!