Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 434
Mateusz stał pod drzwiami okazałego domu państwa Zamorskich, a właściwie pana Macieja Zamorskiego, bo jego żonę Halinę pochowali blisko dwa tygodnie temu, i zastanawiał się gorączkowo, czy ta wizyta miała sens. Ale obietnica jest obietnicą i należy jej dotrzymać, więc wziął się w garść i wcisnął przycisk dzwonka. Po krótkiej chwili oczekiwania drzwi się uchyliły, ale zamiast Zamorskiego pojawił się w nich starszy syn, o ile dobrze pamiętał Tomasz.
– O! Ksiądz proboszcz! – nie bez zdziwienia zauważył mężczyzna, ale natychmiast się zreflektował. – Proszę, niech ksiądz wejdzie.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – powiedział Mateusz wchodząc do przedpokoju. – Właśnie skończyłem rozpisywać Msze pogrzebowe za mamę i pomyślałem, że podrzucę wam listę bezpośrednio do domu. Nawet zrobiłem kilka kopii, jeśli chcecie komuś z rodziny przekazać, to już są gotowe.
– Nie! To u nas w parafii nie ma takich usług! Nie tylko proboszcz nie rozpisuje nam Mszy bezpośrednio po pogrzebie, ale trzeba co tydzień sprawdzać, czy akurat nie ma wyznaczonej Mszy, którą się zamówiło, a co tu dopiero mówić o dostarczeniu listy do domu – śmiał się Tomasz, chyba, Mateusz ciągle nie był pewien czy dobrze pamięta imię, więc wolał nie ryzykować, zwracania się po imieniu.
– Trzeba przyznać, że w tej kwestii rzeczywiście nie ma jednolitości. Niektórzy koledzy się śmieją, że w ten sposób troszkę ludzi skłaniają, żeby chodzili do kościoła, chociażby po to, żeby usłyszeć kiedy będzie odprawiona Msza, którą zamówili, ale to oczywiście żart.
– No powiem księdzu, że chyba tak nie do końca żart, bo coś w tym jest. Co prawda myśmy w domu otrzymali dobre doświadczenie wiary i generalnie do kościoła zarówno moja rodzina, jak i rodzina siostry, chodzimy co niedziela, ale czasem w nowej rzeczywistości gorliwość trochę spada, więc taki mały trik może pomóc. Napije się ksiądz kawy?
– A taty nie zastałem? – zapytał Mateusz rozglądając się po domu.
– Powinien być w domu lada chwila, bo wyszedł po coś do sklepu. W sumie to nawet dobrze, że akurat wpadłem go odwiedzić, bo by ksiądz pocałował klamkę. Proszę usiąść, ja zrobię kawę, a tata zaraz będzie. Z ekspresu?
– Poproszę. Jeśli można to takie malutkie espresso – poprosił Mateusz i usiadł w fotelu w salonie, który zajmował niemal cały parter dużego domu. – Nie pamiętam dokładnie, pan jest pierwszym dzieckiem rodziców, czy siostra?
– Siostra. Jak to się mówi, wcześniak – uśmiechnął się mężczyzna puszczając oczko do Mateusza dając mu do zrozumienia, że dziecko zostało poczęte jeszcze przed ślubem. – Ja jestem o pięć lat młodszy, chociaż wszyscy twierdzą, że to ja wyglądam na starszego.
– Czyli teraz tata mieszka tutaj sam, bo wy oboje, jak rozumiem, już na swoim? – zapytał Mateusz stojącego przy kuchennym blacie i majstrującego przy ekspresie do kawy Tomasza.
– Tak, tak. Będzie już dobrych pięć lat jak ja się wyprowadziłem z domu rodzinnego, a Baśka trzy lata przede mną.
– I jak sobie tata teraz radzi sam? Bo przecież mama zmarła dość nagle..
– Jak sobie tata radzi? Wie ksiądz, to jest naprawdę dobre pytanie, ale bez jednoznacznej odpowiedzi. Ani tata ani mama nigdy nie byli zbyt wylewni w swoich uczuciach, ani wobec siebie ani wobec nas. Tak między nami mówiąc, to Baśka, znaczy się siostra, ma nawet o to żal, zwłaszcza do taty, że taki nam zimny chów zgotowali, ale ja uważam, że przesadza. Staruszkowie po prostu tacy są, znaczy się mama była, niezbyt wylewni, ale to nie znaczy, że nas nie kochali. Zresztą, wystarczy popatrzeć, jak my z siostrą jesteśmy urządzeni… I bynajmniej nie zawdzięczamy tego sobie, ale właśnie wielkiej pomocy rodziców – ostatnie słowa Tomasz mówił stawiając filiżanki espresso na ławie
i przysiadając się do Mateusza.
– Czyli tata jakoś szczególnie ciężko nie przeżywa rozstania, a przynajmniej tego nie okazuje, jeśli dobrze zrozumiałem – podtrzymywał wątek Mateusz, choć trochę się przestraszył, że może przeholował. Na szczęście Tomasz po chwili zastanowienia się uśmiechnął.
– Chyba można tak powiedzieć, że nie okazuje zbytnio uczuć, choć jestem przekonany, że mamy mu brakuje i będzie brakować coraz bardziej. Ksiądz sobie nie wyobraża, jak oni tutaj mieli podzielone obszary odpowiedzialności i jak bardzo się starali dobrze z nich wywiązywać, żeby związek i rodzina się umacniały. Teraz ojciec będzie się musiał wszystkim zająć sam – wyjaśniał Tomasz a Mateusz nie mógł się opędzić od myśli, że każde kolejne zdanie, które słyszy, potwierdza jak bardzo związkiem z rozsądku a jak mało z miłości, było małżeństwo Macieja i Haliny. Ale bronił się przed tą myślą, bo przecież zdawał sobie sprawę, że miał w głowie tezę i wszystko pod tę tezę interpretował. W każdym razie w Tomaszu widział miłość i do ojca i do matki i pełne zrozumienie niewylewnej miłości a także dużą dozę wdzięczności. Prawdopodobnie córka Barbara, sądząc po tym, co mu powiedział Tomasz, była bardziej krytyczna, no ale z nią nie mógł porozmawiać. Jego myśli przerwał hałas.
– O! Jest tata! – powiedział Tomasz i wyszedł do przedpokoju. – Tato, mamy gościa, ksiądz proboszcz się pofatygował i przyniósł nam całą listę z rozpisanymi Mszami za mamę. Cztery bite strony A4!
– Szczęść Boże księże proboszczu, ale przecież nie było potrzeby się fatygować – mówił Zamorski z uśmiechem, ale jego czoło było zmarszczone, jakby próbował doszukać się jakiegoś drugiego dna tej wizyty. Zanim Mateusz zdążył odpowiedzieć na powitanie Tomasz chwycił leżące na blacie w kuchni klucze i zaczął się żegnać.
– Tato, ja muszę lecieć odebrać młodego z treningu, a wy sobie z proboszczem spokojnie wypijcie kawę – powiedział.
– Ale się czasy zmieniają! – powiedział Zamorski. – Jakbym ja ciebie z treningu chciał odebrać to byś się ze wstydu przed kolegami spalił i jeszcze mi gorzkiej reprymendy udzielił.
– No, ale młody ma dalej do domu niż ja miałem – bronił syna Tomasz.
– Dobrze, idź już, idź, bo się młody zapłacze, jak się spóźnisz – zażartował Maciej Zamorski klepiąc syna po plecach i popychając w stronę drzwi.
– Naprawdę nie było potrzeby się fatygować, ale bardzo cieszę się, że ksiądz wpadł mnie odwiedzić, bo teraz zostałem całkiem sam w tym wielkim domu – powiedział Zamorski i widząc stojącą przed Mateuszem filiżankę skierował się do ekspresu. – Też sobie zrobię kawę i chwilę pogadamy, to się człowiek trochę „odsamotni”.
– Panie Macieju, muszę się do czegoś przyznać – niepewnie zaczął rozmowę Mateusz, kiedy Zamorski usiadł przed nim z filiżanką kawy z mlekiem.
– Od samego początku czułem, że nie chodzi proboszczowi tylko o listę mszy pogrzebowych – powiedział Zamorski siląc się na uśmiech, ale rysy jego twarzy wyraźnie się wyostrzyły.
– Widzi pan, byłem ostatnio w szpitalu odwiedzić naszego parafianina Rysia Marca, bo się trochę potłukł przy demontażu ołtarzy na Boże Ciało i zupełnie przypadkiem spotkałem tam też pewną kobietę, jak się okazało, też mieszkającą w naszej parafii, ale ja jej nie znałem. Szczerze panu powiem, że teraz mi głupio, bo ja się nawet nie zapytałem o jej nazwisko, ale ma na imię Małgorzata – Mateusz wpatrywał się w twarz Zamorskiego, ale ta ani nie drgnęła na dźwięk imienia. – Kobieta dość dziwna, bynajmniej nie ucieszyła się na mój widok, ale odniosłem wrażenie, że jest bardzo samotna i pielęgniarka przypadkiem utwierdziła mnie w przekonaniu, że nikt jej nie odwiedza. No więc wybrałem się do tego szpitala jeszcze raz, specjalnie do niej, a jej reakcja była taka sama: niechętna do rozmowy, sprawiała wrażenie, że nie może się doczekać kiedy sobie wreszcie pójdę. No i rzeczywiście już się zbierałem, do wyjścia, bo przecież nie będę nikogo uszczęśliwiał na siłę swoją obecnością, ale ponieważ coś tam jej przyniosłem i sobie o tym przypomniałem więc się wróciłem. No i wtedy ona się otworzyła. Opowiedziała mi o swojej wielkiej przyjaźni z… pana świętej pamięci żoną Halinką – wydukał Mateusz i zamilkł, bo w tym momencie przez twarz Macieja przebiegł błysk zrozumienia.
– Masza! – wyszeptał wreszcie. – Spotkał się ksiądz z Maszą…
– Mnie się wydaje, że ona ma jednak na imię Małgorzata…
– Tak, tak, ona rzeczywiście miała w dokumentach Małgorzata, ale my wszyscy nazywaliśmy ją Masza, dlatego jak ksiądz wspomniał o Małgorzacie, to żaden dzwonek mi nie zadzwonił, ale jeśli chodzi o Maszę, to święty Boże… Cała symfonia mi w głowie dzwoni… Ksiądz powiedział, że ona jest chora? Czy to coś poważnego?
– Tak naprawdę to nie wiem, bo nawet lekarze jeszcze nie wiedzą, ale w tym szpitalu, to już ją trochę trzymają, więc raczej nie jest to jakaś błaha rzecz – tłumaczył Mateusz.
– Rozumiem, że opowiedziała księdzu naszą historię i jej fatalne zakończenie, które dla mnie stało się hmmm… początkiem tego, co dało mi dwójkę dzieci, a co w pewnym sensie się skończyło ze śmiercią Haliny… To Masza księdza do mnie przysłała?
– Tak… – Mateusz pokiwał głową twierdząco i zamilkł.
– Chciała mi coś przekazać? Jakąś wiadomość? – gorączkował się Maciej.
– W pewnym sensie… – wił się Mateusz, bo jak miał powiedzieć, że pani Małgorzata przysłała go, aby powiedział Maciejowi, że teraz jak już nie ma Halinki, to ma się pocałować w d…?
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!