Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 430
– Jak się ten gość nazywał? – dopytywał Maciej, któremu Mateusz zdawał relację ze swojego parafialnego spotkania synodalnego, podczas którego pojawił się jakiś dziwny gość z pretensjami.
– Maciej Parka, coś ci to mówi?
– No właśnie wydaje mi się, że gdzieś to nazwisko słyszałem – Maciej pocierał czoło, jakby chciał pobudzić do lepszej pracy swoje szare komórki. – Jak wyglądał?
– Bo ja wiem? Normalnie wyglądał, facet około czterdziestki myślę, ciemny blondyn z dość bujną jeszcze czupryną…
– A nie miał może takiego dziwnego tiku nerwowego?
– Wiesz co? Jak o tym wspomniałeś to właśnie mi się przypomniało, że jak go zapytałem, po co on w ogóle przyszedł na spotkanie w naszej parafii, to mu tak lekko wykrzywiło twarz, jakby go coś uwierało w szyję…
– No to jesteśmy w domu! Przypominam go sobie. Ale powiedz mi najpierw co on odpowiedział – poprosił Maciej.
– W sumie to nic konkretnego, ale coś tam ściemniał, że on to traktuje jako swoją misję, bo wielu księży, a nawet biskupów lekceważy temat synodalności, więc on wszędzie gdzie może to się pojawia, aby pomagać i tłumaczyć. Ale wiesz, u mnie trochę ludzie na niego naskoczyli, bo go nikt nie znał, więc oskarżył nas wszystkich o brak inkluzywności i ducha prawdziwej wspólnoty, a oczywiście za głównego winnego uznał mnie, bo przykład idzie z góry. A ty skąd go kojarzysz?
– Zaraz ci powiem. Ale najpierw dokończ jak to się wszystko skończyło u was na tym spotkaniu.
– No skończyło się tak, że jeden z moich, Karol, bardzo grzecznie odprowadził go do drzwi z zachętą, żeby jednak się realizował w swojej parafii, chociaż gość tak naprawdę nawet nam nie powiedział skąd jest.
– Rozumiem. Czyli nic innego, dziwnego, nie rzuciło ci się w oczy? – dociekał jeszcze Maciej.
– No chyba już nic… Chociaż… kurczę! Gdyby ktoś taki politycznie poprawny nas teraz podsłuchiwał, to by mnie pewnie nazwał homofobem, ale…
– Nic już więcej nie musisz mówić – wszedł mu w słowo Maciej, – jesteśmy w domu. Teraz mogę ci powiedzieć, skąd kojarzę człowieka. To było chyba z pięć lat temu, czyli jeszcze przed synodalnością, zgłosił się do mnie ów pan, z propozycją, że on mi pomoże prowadzić grupę młodzieżową. Na moje pytanie skąd taki nagły zapał odpowiedział, że jest świeżo po rekolekcjach, pełen ducha i rozpiera go energia. Powiem ci, że początkowo nawet się ucieszyłem, bo wiesz, że ja to jestem duszpasterz tradycyjny i te nowe formy sprawiają mi nieco trudności, ale – na szczęście – mam też wrodzoną ostrożność. Powiedziałem mu więc, że muszę się trochę namyśleć, a w rzeczywistości chciałem go trochę zweryfikować, bo nie miałem zamiaru pakować się w czyjś słomiany zapał, albo w coś jeszcze gorszego. No a on, że oczywiście, że doskonale rozumie, ba! Pochwala taką ostrożność. Poczeka bez problemu. Powiedziałem, że się odezwę, jak sam do projektu dojrzeję. A potem poprosiłem Jacka, kojarzysz go? Kiedyś pracowaliśmy razem na moim pierwszym wikariacie i on jest naprawdę obcykany w Internetach. No więc poprosiłem Jacka, żeby mi tego pana Macieja trochę prześwietlił, no i wyszło szydło z worka: gejowski aktywista, który akurat w środowiskach kościelnych szuka samorealizacji – tłumaczył Maciej.
– A to dopiero! Ty, a u mnie on się czepiał, że nie mamy ministrantek! – zauważył Mateusz.
– Może z góry chciał uniknąć podejrzeń… W każdym razie, kiedy się u mnie znowu pojawił zagrałem z nim w otwarte karty…
– Czyli? – zapytał Mateusz.
– Zadzwoniłem po Edka.
– TEGO Edka? – Mateusz pamiętał parafianina Macieja z poprzedniej parafii, który był szczególnie przeczulony na punkcie grzechu sodomskiego i właściwie nie było takiej okazji, żeby o tym nie wspomniał, a sylwetkę miał ogromną, niczym Pudzianowski albo Schwarzenegger, choć tak naprawdę muchy by nie skrzywdził.
– Tak, tego Edka – potwierdził Maciej. – No i zostawiłem ich samych na jakiś kwadrans. Jak wróciłem, to po Macieju nie było śladu. Ja nawet potem w kurii zgłosiłem, że taki typ próbuje się wkręcać do pracy przy młodzieży, chociaż potem już o nim nie słyszałem. Ale jak się okazuje teraz, z synodalnością, ponownie złapał wiatr w żagle…
– A propos całej tej synodalności, zrobiłeś te spotkania wdrażające? – zapytał przyjaciela Mateusz.
– Oczywiście, że tak. Bułka z masłem – odpowiedział Maciej.
– To opowiedz mi trochę więcej – uśmiechnął się Mateusz.
– O czym tu gadać? Ogłosiłem, że jeśli ktoś ma ochotę do współodpowiedzialności za parafię i dodałem, że akurat nadeszły rachunki za prąd i gaz, to zapraszam na spotkanie.
– Rozumiem, że nikt nie przyszedł…
– Nawet nie wiem, bo nie sprawdzałem - powiedział Maciej.
– Jak to? Nie sprawdzałeś czy ktoś przyszedł? – zdziwił się Mateusz.
– Bo w sumie to zapomniałem podać datę i godzinę, ale nikt, podkreślę raz jeszcze, NIKT się o takie szczegóły nie dopytywał. No więc logicznie rozumując, skoro nikt nie zapytał: „Proboszczu, to kiedy to spotkanie, bo się wybieram” to oznacza, że całą odpowiedzialność pozostawiają mówiącemu te słowa – Maciej rozłożył ręce w teatralnym geście bezradności. – A na dodatek w kolejną niedzielę była zauważalnie obfitsza niż zwykle składka na tacę, więc w sumie ta próba synodalności wyszła parafii na dobre.
– No, nie powiem, masz dość osobliwy sposób wcielania synodalności, być może mógłbyś to opatentować i znaleźć wielu naśladowców – kręcił głową z niedowierzaniem Mateusz.
– Ile głów, tyle pomysłów, ale ja wolę zajmować się realnymi problemami, a nie wymyślać sobie jakieś na siłę.
– To z czym się teraz mierzysz? – zaciekawił się Mateusz, bo zauważył, że Maciej spoważniał. A ponieważ niewiele minęło czasu od sytuacji, kiedy jego przyjaciel na poprzedniej parafii prawie się wykończył nerwowo przez administrację cmentarza, tym razem nie zamierzał puścić koło ucha żadnego niepokojącego sygnału.
– Tylko się nie nabijaj – Maciej spojrzał na Mateusza kątem oka, a potem odwrócił wzrok w drugą stronę. – Martwię się, wiesz? Minął już nieco ponad rok jak jestem w tej parafii, trochę więcej niż rok i wszystko wygląda jakby się nagle coś zapadło… Wiesz, że ja się nigdy jakoś nie przejmowałem liczbami, ale też nie mogę udawać, że ich nie widzę. Odkąd tu jestem stosunek chrztów do pogrzebów mam jeden do trzech, rozumiesz? Ślubów miałem dwa. Dwa! Z lekcji religii w tym czasie wypisało się jakieś 25 % uczniów w szkole średniej, w podstawówce jeszcze nie wiem, bo katechetka coś zwleka z informacjami – Maciej pewnie miał zamiar dalej kontynuować wyliczankę swoich problemów, ale Mateusz, który w sumie się ucieszył, że nie chodzi o jakieś problemy kolegi z depresją, ale o duszpasterstwo, postanowił mu przerwać.
– Maciej, przecież to nie ty uczysz w szkołach, a statystyki mamy wszyscy podobne – próbował tłumaczyć koledze.
– No właśnie że nie mamy wszyscy podobnych, a właściwie chodzi mi o to, że za poprzednika, czyli zaledwie półtora roku temu stosunek chrztów do pogrzebów trzymał się na poziomie trzy do czterech. A przecież była pandemia i więcej ludzi umierało, oczywiście nie z powodu pandemii, ale szaleństwa służby zdrowia, ale mniejsza o to.
– Aha, czyli obwiniasz się za to, że się rodzi mniej dzieci, hmm, nie wiem jak byś mógł tu pomóc poprawić statystyki – próbował żartować Mateusz.
– I tu się mylisz, bo owszem, trochę mniej się dzieci urodziło, ale jednak tym co mnie zastanawia i niepoki jest fakt, że coraz więcej nie jest chrzczonych – sprecyzował Maciej.
– Sprawdzałeś w USC liczbę urodzeń? – zdumiał się Mateusz.
– Chłopie, wszystko jest w Internecie dzisiaj… W niedzielę mam na Mszy jakieś 18 % parafian, znaczy się normalnie, bo jak bym miał liczyć teraz w maju, to by wyszło z 12 %, no ale możemy to położyć na karb Pierwszych Komunii w rodzinach. A dwa lata temu w protokole było 32 %. I to było już po pandemii. Ty byś się nie martwił?
– Może poprzednik trochę „koloryzował” statystyki… – próbował jeszcze tłumaczyć Mateusz, ale był też szczerze wzruszony, że jego przyjaciel wydawał się być autentycznie poruszony sytuacją, bo jak sam mówił, wcześniej nigdy się nie przejmował statystykami, które dotyczyły jego parafii.
– Już sam nie wiem, ale powiem ci, że ja bym się tak nie zaczął tym numerkom przyglądać, gdybym nie wyczuł, wręcz w atmosferze, jakiejś takiej… jakby ci to powiedzieć… demobilizacji? Zdeprymowania? Jakby naprawdę wszyscy uwierzyli tym idiotycznym straszeniom, że będzie jakaś wojna, tylko że o ile kiedyś to było: jak trwoga to do Boga, to teraz jest: jak trwoga to pieprzyć to wszystko, pardon my French. Powiem ci, że po prostu jeszcze czekam na Boże Ciało, bo to zawsze była taka kwintesencja katolickości w najlepszym znaczeniu tego słowa. Zobaczymy, może po prostu mam jakiegoś doła i wszystko widzę czarno, albo znowu uwierzyłem, że jestem świętym Franciszkiem i jak ja tego Kościoła nie podtrzymam to się zawali. Nie wiem. Zobaczymy po Bożym Ciele.
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!