Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 426
Mateusz, zupełnie dla siebie niespodziewanie, po tym jak mu się rozkraczył na drodze jego stary volkswagen, wyjechał od Olka Mostowicza, nowiutkim, czarnym volvo. OK, nie nowiutkim, bo czteroletnim, ale wyglądał jak nowy, zwłaszcza w porównaniu z jego starym busem. Po zaparkowaniu przy plebani jeszcze przez kilka minut przyglądał się ekranom i funkcjom, które posiadało auto. Auto, które jeszcze do niego nie należało, ale mogło, wszystko zależało od niego. Co tu ukrywać, ten chłopczyk zafascynowany zabawkami ciągle w nim siedział, a takiej zabawki to on nigdy w życiu nie miał. Był naprawdę podekscytowany i kiedy w końcu wysiadł z samochodu, przez dłuższą chwilę nie mógł oderwać od niego wzroku.
– A Pan Jezus to na osiołku jeździł – usłyszał za plecami. Mateusz odwrócił się i zobaczył sąsiada. Natychmiast cała ekscytacja mu przeszła, bo jeśli kogokolwiek w tym momencie nie chciałby widzieć, to właśnie pana Jacka. Największego malkontenta, krytykanta i marudę jakiego znał. Temu człowiekowi nigdy nic nie pasowało. Ponieważ jego posesja graniczyła z posesją plebanii, regularnie przychodził z jakimiś pretensjami, jak nie na dzieciaki buszujące wokół plebanii czy grające w piłkę, to na spadające z drzew liście.
– Panie Jacku, ale przecież z pana drzew też spadają liście – usiłował mu wytłumaczyć, kiedy jesienią przyszedł z pretensjami, że to z proboszczowskich drzew mu te liście lecą na jego ogród.
– Ale u mnie orzechowca nie ma ani jednego, a widzę wyraźnie że pośród liści które zbieram są też liście orzechowca, skąd niby się tam wzięły? – odpowiedział wówczas pan Jacek i to była tylko mała, jedna z licznych próbka jego umiejętności. I akurat on musiał się teraz napatoczyć i zepsuć mu całą frajdę.
– Tak panie Jacku, dobry wieczór, rzeczywiście Pan Jezus wjechał do Jerozolimy na osiołku. W ten sposób wypełnił proroctwo z dziewiątego rozdziału Księgi Zachariasza: „Raduj się wielce, Córo Syjonu... Oto Król twój idzie do ciebie, pokorny, jedzie na osiołku” – powiedział Mateusz, któremu w ostatniej chwili przypomniały się fragmenty homilii, którą wygłosił w Niedzielę Palmową. Pan Jacek zbaraniał, bo najwyraźniej nie spodziewał się tak wyartykułowanej odpowiedzi.
– Ale o co księdzu chodzi? – zapytał.
– Mnie o nic, myślałem że pan chciał pogadać o tym Jezusowym osiołku. Bo powiem panu, że to jest naprawdę ciekawe zagadnienie. Nie wiem czy pan był na Mszy w Niedzielę Palmową – Mateusz trochę świrował, bo doskonale wiedział, że pan Jacek do kościoła chodzi raz w roku, razem z wnuczką w Wielką Sobotę na święcenie pokarmów – ale właśnie o tym mówiłem w kazaniu. Bo to ma głęboki sens, ten osiołek. Pan Jezus nie wybrał konia – symbolu wojny i władzy królewskiej – ale właśnie osiołka, który był zwierzęciem pociągowym, używanym przez prosty lud, symbolizującym pokorę i pokój. No, ale jak wspomniałem, było to wypełnienie proroctwa – zakończył swój wywód Mateusz i spoglądał na pana Jacka.
– No i rozumiem, że ksiądz też miał jakieś proroctwo, że będzie jeździł volvo – powiedział z przekąsem pan Jacek, który wreszcie odzyskał rezon.
– Dokładnie tak. Co prawda nie z Pisma Świętego, ale kiedyś mój kolega słuchając jak się zarzekam, że nigdy nie kupię chińskiego auta, przepowiedział mi, że jako pierwszy na roku kupię chińczyka. I kto wie, może się sprawdzi? – odparł Mateusz spoglądając na samochód.
– Aha, to teraz żeby jednak nie wyglądało to tak, jak wygląda, to będzie ksiądz zaniżał wartość tego SZWEDZKIEGO samochodu klasy premium, że to niby chińczyk – pan Jacek patrzył na niego z nieskrywanym niesmakiem kręcąc głową.
– A jak to niby wygląda?
– A tak, że paraduje ksiądz nowym autem za ciężkie pieniądze, a ludzie biedę klepią. Może by tak pomóc biednym?
– O pomaganiu biednym nie będziemy rozmawiać, bo „niech nie wie lewica co czyni prawica”. Co do auta, nie jest nowe, bo ma cztery lata i nie jest moje. Przynajmniej jeszcze nie. Zostało mi użyczone, bo mój samochód się rozkraczył. Nie sądzę żebym musiał się panu tłumaczyć, ale z drugiej strony, panie Jacku, ja nie mam nic do ukrycia, a zależy mi na naszych dobrosąsiedzkich relacjach – Mateusz pod koniec swojej wypowiedzi odzyskał spokój, również dlatego, że był już prawie pewien, że nie skorzysta ze świetnej propozycji pana Olka: jeśli potem miałby ciągle się z takimi zachowaniami spotykać, to szkoda nerwów.
– NA RAZIE nie jest księdza – krzywo uśmiechnął się pan Jacek.
– Mam propozycję, żeby go kupić, rozważam to, ale jak naprawią mojego volkswagena to pewnie się nie zdecyduję. Ale, och! Panie Jacku! Gdybym jednak kupił ten samochód, to jeśliby kiedykolwiek pana lexus się popsuł, choć wiem, że one się nie psują, to zawsze panu chętnie użyczę swojego, bez względu na to czy to będzie volkswagen czy volvo.
– Nie będzie takiej potrzeby, a poza tym samochodów się nie pożycza – uciął pan Jacek i ruszył w kierunku swojej posesji.
– A ja pożyczam – odparł Mateusz. – Dobranoc panie Jacku! – krzyknął w kierunku znikającego sąsiada, po czym raz jeszcze rzucił okiem na samochód i ciężko westchnął. – Szkoda, spodobałeś mi się od pierwszego wejrzenia.
Kiedy tylko wszedł do domu, rzucił się na fotel i natychmiast zadzwonił do Macieja.
– Volkswagen mi się rozkraczył – powiedział po przywitaniu kolegi.
– Alleluja! Chwała Panu, że nie gdzieś w dalszej trasie, tylko wkoło komina. Już dawno powinieneś się pozbyć tego grata. To że jeździsz takim złomem wcale nie znaczy, że ludzie postrzegają cię jako biednego księdza, tylko się zastanawiają: skoro takim gratem jeździ to pewnie sobie gdzieś chałupę buduje. Albo inwestuje w mieszkania. Albo hazard. Albo przepija. Albo musi łożyć na dziecko. Sam sobie wybierz wersję – Maciej nawijał niczym karabin maszynowy. – Ale nie martw się, coś ci znajdziemy. Mam znajomego…
– Szczerze mówiąc to tak się złożyło, że ewentualnie byłoby do wzięcia świetne auto. W rzeczywistości nawet przyjechałem nim dzisiaj do siebie…
– Jakie auto? – w głosie Maćka słychać było wyraźną ekscytację.
– Volvo xc60, czteroletnie, piękny czarny lakier, niecałe 40 000 km przejechane…
– No to bomba, bracie, ale taki wózek pewnie kosztuje z półtorej bomby…
– Parafianin chce mi je sprzedać za 99 tys. i w dodatku nie musiałbym zapłacić wszystkiego na raz – powiedział Mateusz.
– No nie mów mi, że przez 30 lat kapłaństwa, w tym chyba z 15 lat nauki w szkole i jeżdżenia 15 lat starym gratem, nie odłożyłeś takiej sumy na koncie?
– No akurat gdzieś tyle mam, ale po co wydać od razu wszystko na auto? W każdym razie i tak nie kupię tego auta.
– Jak to nie kupisz? – zdziwił się Maciej.
– Jak mam się potem tłumaczyć i kopać z takimi sytuacjami… – Mateusz westchnął i opowiedział przyjacielowi całą akcję z panem Jackiem.
– Aha rozumiem. Słuchaj, dasz mi numer telefonu tego twojego pana Olka?
– Mogę ci dać, ale po co ci?
– Bo ja kupię to volvo, głupku! Przecież taka okazja się nie powtórzy! A ten cały pan Jacek, to nie jest czasami ten sam, co raz wezwał policję, bo chłopaki pod plebanią grali w piłkę?
– Tak, dokładnie, patrz, nie pamiętałem już tamtej sytuacji, bo bym się go zapytał czy teraz też wezwie policję, żeby sprawdziła czy czasami auto nie kradzione – Mateusz mimo wszystko się roześmiał.
– Mateusz, ja się z tobą zgadzam, że ludzi trzeba szanować i ich uczucia, że trzeba być rozważnym. Wszystko się zgadza. Ale czymś przecież musisz jeździć. Masz dobrego parafianina, który złożył ci super ofertę. I nie przyjmiesz jej, bo największy malkontent w parafii się ciebie czepia?
– No niby masz rację. Ale jeszcze może się okazać i tak, że volkswagena się da naprawić i nie będzie dylematu…
– … do następnej awarii tego grata – przerwał mu Maciej. – A wtedy być może volvo już będzie sprzedane. Weź się chłopie ogarnij, bo poważnie ci mówię, że jak nie ty, to ja kupię ten samochód.
– Ale ta promocyjna cena była tylko dla mnie – uśmiechnął się Mateusz, który powoli zaczął znowu się oswajać z myślą, że może jednak weźmie to auto. – Zrobimy tak, jak zawsze. Poczekamy na znak. Jak mi powiedzą, że tego busa już nie ma co naprawiać, to będzie oznaczało, że nie ma innego wyjścia i muszę kupić inny samochód, więc dlaczego nie to volvo.
– Przecież znak już dostałeś, jak na talerzu. W ciągu godziny od zepsucia się twojego grata dostałeś propozycję, którą tylko głupek by odrzucił. No ale skoro potrzebujesz jeszcze jednego znaku, to mogę do ciebie przyjechać i walnąć cię w łeb – powiedział Maciej, a Mateusz jeszcze sobie przypomniał, że jego kwiaciarka Beata, też mu dzisiaj sugerowała, żeby nie pakować pieniędzy w starego grata. I – jakby nie było – to był kolejny głos „za”.
– Poczekam na ten ostatni. A póki co auto mam, więc jeśli chcesz, to w świąteczny poniedziałek wpadnę do ciebie i go obejrzysz. Tak że, bracie, pięknego Triduum i radosnego Alleluja – powiedział Mateusz, który uważał rozmowę za zakończoną, bo mimo wszystko uzyskał to, czego potrzebował: uspokoił się po stresującej konwersacji z panem Jackiem.
– Dla ciebie też Mati: pięknych Świąt! – powiedział Maciej. – A powiedz mi jeszcze gdzie masz tego grata na warsztacie?
– U Jacka Grzeszczyka, na Oporowej. Jutro pójdę zobaczyć, jak sprawa wygląda – wyjaśnił koledze Mateusz.
– OK, to z Bogiem – powiedział Maciej i przerwał połączenie. Pomyślał, że jutro z samego rana musi pojechać do tego mechanika i wyperswadować mu choćby najmniejszą próbę reperowania tego starego grata. Maciej był nawet gotów zapłacić mu pieniądze, które mechanik mógłby ewentualnie zarobić na naprawie. Byle tylko jego przyjaciel dostał swój znak.
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!