Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 424
Mateusz siedział w kancelarii i jak to często bywa, cieszył się niemal absolutnym spokojem. Czasem nawet myślał, że jego parafianie robią to specjalnie: kiedy są godziny urzędowania praktycznie się nie pojawiają, natomiast przychodzą ze swoimi papierkowymi potrzebami, bo przecież nie z potrzeby ducha, kiedy on ma zupełnie co innego do roboty. Dzisiejsze popołudnie wydawało się potwierdzać tę prawidłowość, podobnie jak potwierdził ją poranek, kiedy Mateusz sprzątał garaż i co chwilę musiał przechodzić do biura, bo akurat ktoś przechodził i mu się przypominało, że powinien zamówić Mszę albo pozwolenie na Komunię dziecka w innej parafii.
Tak więc było spokojnie, ale przez okno Mateusz widział, że jakiś młodzieniec kręcił się nieopodal plebanii, co jakiś czas nerwowo zerkając w tym kierunku. Jednak nie podchodził, więc Mateusz otworzył brewiarz, aby pomodlić się nieszporami. Nie zdążył nawet zakończyć hymnu, kiedy drzwi kancelarii się uchyliły i pojawiła się w nich głowa, a potem cała reszta cielesności chłopaka, którego wcześniej obserwował przez okno.
– Ja ciebie skądś pamiętam – powiedział Mateusz marszcząc czoło w wyraźnym wysiłku uruchomienia pamięci
– No… na pewno, przecież byliśmy umówieni – nerwowo odpowiedział chłopak i Mateusz dopiero teraz zauważył, że ściskał on w dłoni zwiniętą w rulon broszurę „Youcat. Bierzmowanie”
– Kurczę, wiesz, ja już jestem starszy pan ze sklerozą, szczerze się przyznaję, że nie pamiętam, musisz mi się odświeżyć. Zacznijmy od imienia – uśmiechnął się Mateusz.
– Miłosz – powiedział chłopak.
– Fajnie, ale żaden dzwonek nie dzwoni.
– No bo to było tak. Moja siostra ma dziecko. I miał być inny chrzestny, ale to nie wyszło, no i ja miałem być chrzestnym…
– …ale nie byłeś u bierzmowania – dopowiedział Mateusz, który wyciągnął wnioski z broszury ściskanej w dłoni przez Miłosza.
– No właśnie – Miłosz odetchnął z ulgą.
– Tego się domyśliłem, ale dalej nie przypominam sobie tej sytuacji – szczerze przyznał Mateusz, a oczy chłopaka znowu stały się ołowiane.
– No bo ksiądz się zgodził, że mnie przygotuje tak… no indywidualnie, miałem czytać tę książeczkę i potem dostać skierowanie na bierzmowanie do katedry – tłumaczył.
– Pamiętam! – powiedział Mateusz, któremu wszystko się przypomniało.
Rzeczywiście przyszła do niego rodzinka razem z tym delikwentem i prosili go, żeby pomógł im z tym bierzmowaniem. Z jednej strony nawet się ucieszył, że nic nie kombinowali, tylko chcieli to wszystko załatwić zgodnie z zasadami, nawet jeśli w takim awaryjnym trybie. Już kilka razy tak przygotowywał indywidualnie do bierzmowania i potem kierował do katedry. O ile dobrze kojarzył, bo było to już za jego proboszczowania, ten cały Miłoszek to było niezłe ziółko w ósmej klasie i odpuścił sobie wówczas formację w sposób ostentacyjny, a nawet śmiał się z kolegów, którzy chodzili na spotkania. I pamiętał, jak wtedy przed tym chrztem się zarzekał, że na pewno przyjdzie na te cztery spotkania, ale… nie przyszedł chyba ani razu.
– Miłosz, kiedy my się umówiliśmy na tę indywidualną formację do bierzmowania w katedrze, bo coś mi się tutaj nie kalkuluje - powiedział.
– No w tamtym roku – odparł Miłosz.
– Dokładnie! I co się stało? Był ten chrzest, czy nie? – zapytał Mateusz.
– No właśnie chrzest został przełożony z powodu choroby dzieciaka – wyjaśnił niemrawo Miłosz.
– Ale mam nadzieję, że z małym wszystko w porządku – zatroskał się Mateusz.
– Tak, tak, no właśnie chrzest jest znowu ustalony za miesiąc…
– Aha! Czyli jak chrzest został przełożony, to ty sobie też odpuściłeś przygotowanie do bierzmowania – Mateuszowi wreszcie wszystkie kawałki układanki trafiły na właściwe miejsce.
– Niby tak, no ale ponieważ ten chrzest znowu jest, no i tak jak wtedy jest jeszcze miesiąc, no to… – Miłosz chrząkał nerwowo – pomyślałem, że wrócimy do tematu – Miłosz mówił, a jego oczy krążyły po wszystkich ścianach kancelarii, byle tylko nie spotkać się ze spojrzeniem Mateusza.
– Niestety jednak sytuacja nie jest taka sama – powiedział kręcąc głową.
– Taka sama – bez przekonania sugerował Miłosz.
– Już pomijam fakt, że bardzo niefajnie jest, że po raz drugi – przepraszam za wyrażenie, ale myślę, że dobrze oddaje sytuację – „olałeś” bierzmowanie. Ale o ile dobrze pamiętam, to wtedy układ był taki, że ja cię miałem przygotować a bierzmowanie w katedrze było w sobotę, natomiast tydzień później miał być chrzest a ty chrzestnym. Dobrze pamiętam? - pytał Mateusz.
– Dokładnie – ochoczo przytakiwał Miłosz jakby nieco pewniejszy siebie.
– A teraz chrzest jest za miesiąc, tak?
– No w niedzielę, 19 kwietnia.
– Właśnie, a najbliższe bierzmowanie dla dorosłych w katedrze jest w drugą sobotę maja – powiedział Mateusz sprawdzając jeszcze informację na ten temat w poczcie elektronicznej. Tak właśnie było.
– Kurczę – Miłosz nerwowo zagryzł wargę i Mateuszowi wydawało się, że z trudem hamował łzy. – A nie da się, że ja po prostu będę tym chrzestnym najpierw, a potem ja księdzu przysięgam na wszystko, że pójdę do tego bierzmowania?
– Miłosz, powiedz mi szczerze, na moim miejscu byś sobie uwierzył? – zapytał Mateusz, a chłopak tylko zacisnął usta i zaprzeczył gestem głowy.
– No sam widzisz, jak jest. Raczej nie widzę możliwości takiego układu. Czy jest coś jeszcze, co chciałbyś powiedzieć? – Mateusz jakoś z tyłu głowy miał myśl, że może powinien jednak dać mu szansę, ale potrzebował jakiegoś znaku.
– Już nic – Miłosz wyraźnie miał problem z powstrzymaniem łez, a jako mniej więcej dwudziestolatek pewnie nie chciał wyjść na mazgaja i szybko wyszedł. Mateuszowi żal go było i nawet wybiegł za nim, ale chłopak właściwie sprintem oddalał się coraz bardziej, a bieganie w sutannie za nim w okolicy plebanii jakoś Mateuszowi nie wydawało się stosowne. Wrócił więc do biura i chciał podjąć przerwane nieszpory, ale zamiast tego sięgnął po koronkę różańca, odnalazł drugi paciorek, który w modlitwach wstępnych oznacza nadzieję i zaczął w kółko odmawiać „zdrowaśki” na tym jednym paciorku. Za Miłosza. O nadzieję dla Miłosza. Chyba przy szóstej „zdrowaśce” drzwi kancelarii uchyliły się.
– Coś jeszcze jednak chciałbym powiedzieć – zaczął Miłosz.
– Siadaj. Słucham.
– Proszę księdza, przede wszystkim Julka, moja siostra, ta co ma dziecko, to jest naprawdę dobry człowiek. Może nie jest co niedzielę w kościele, ale dla mnie jest jak mama, lepsza niż mama, chociaż starsza tylko o cztery lata. Zawsze się o mnie troszczyła i zawsze mi wszystko wybaczała, a ja już ją tyle razy zawiodłem. Kredyt mi podżyrowała, a ja zawaliłem i sama musiała go spłacić, mało brakowało, a właśnie z tego powodu mąż by ją zostawił, bo on nie chciał odpowiadać za mój bajzel. A to tylko jeden z przykładów, bo ona zawsze ratuje mi tyłek… I jak przełożyli ten chrzest, to ona mnie błagała, żebym ja to bierzmowanie mimo wszystko wtedy zrobił, bo przecież chrzest był tylko przełożony, a nie odwołany i ja jej obiecałem, że zrobię zgodnie z planem. Potem kłamałem, że normalnie chodziłem na spotkania z księdzem i wreszcie, to chyba najgorsze, powiedziałem że wszystko ok, że już przyjąłem bierzmowanie, więc chrzestnego ma jak w banku. Kłamałem, kłamałem, kłamałem! Ona mi już tego nie wybaczy, a ja nie mam nic na swoje wytłumaczenie. To chciałem powiedzieć. Powinienem to powiedzieć od razu, jak tylko przeszedłem do księdza, ale myślałem, że może się uda, że to bierzmowanie znowu będzie przed chrztem i ja to wszystko teraz zrobię i nie będę musiał mówić, że przez te parę miesięcy ją oszukiwałem. Nie chciałem, żeby wszyscy się dowiedzieli, jaki że mnie palant. Ale teraz mi już na tym nie zależy, wszyscy mogą wiedzieć, kim jestem, a chodzi tylko jedynie o to, żebym ja mógł być tym chrzestnym. Chociaż nie wiem po co dziecku taki chrzestny palant.
– Palant to może zbyt mocno, ale godny zaufania to ty raczej nie jesteś. A przynajmniej nie byłeś. Ale szczerość to dobry początek. Oto moja propozycja. Odpowiedź na szczerość, a także na słowo mojego Mistrza, który mówi, że trzeba przebaczać 77 razy. Wiesz może o kim mowa? - zapytał Mateusz.
– A ja go znam? – zapytał Miłosz, a Mateusz odruchowo się roześmiał.
– Znasz. A poznasz jeszcze lepiej. Z tej książeczki – Mateusz wskazał zmaltretowaną broszurkę w spoconej dłoni Miłosza. – I zrobisz to przed chrztem twojego siostrzeńca. Pięć spotkań ze mną. Trzy rozdziały z książeczki na każde spotkanie do zaliczenia. Msza niedzielna, nawet nie wspomnę. Jak wystarczająco poznasz Gościa, o którym mowa, pozwolę ci być chrzestnym i zaufam ci, że w maju przyjmiesz bierzmowanie. Czy taki deal ci pasuje?
– Jasne! Księże dziękuję i przepraszam, że nie kapnąłem się, że to chodzi o Jezusa…
– Nie szkodzi. Kiedy pierwsze spotkanie?
– Szczerze mówiąc to trzy pierwsze rozdziały znam już prawie na pamięć, więc możemy zacząć nawet teraz.
– Bardzo chętnie, ale ja za pięć minut mam Mszę – odparł Mateusz spoglądając na zegarek.
– To ja chętnie zaczekam… Znaczy się na Mszę pójdę i jak ksiądz ma czas później to możemy te trzy rozdziały obgadać.
– Dobra, ale i tak będzie jeszcze pięć spotkań – zaznaczył Mateusz.
– Jasne! Deal to deal! – od razu ochoczo zgodził się Miłosz.
– Żartowałem, pozostaną jeszcze cztery. Mój czas też jest jednak ograniczony. Idziemy na Mszę!
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!