TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 04 Lutego 2026, 23:20
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 420

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 420

Mateusz skontrolował czas na ekranie smartfona. Była już prawie dwudziesta i został mu jeszcze jeden dom do kolędowych odwiedzin, a on właśnie na tę godzinę umówił się ze swoim przyjacielem Maciejem. Już dawno się nie widzieli i mimo, że obaj byli w trakcie wizyty duszpasterskiej, to jednak zdecydowali się na spotkanie dzisiejszego wieczora. Mateusz był przekonany, że spokojnie wyrobi się z trasą do Mszy o godz. 18.00, więc uznał godzinę 20.00 za bezpieczną. Tymczasem okazało się, że wcale się nie wyrobił i po Mszy musiał wrócić na kolędę. Szybko napisał esemesa do Macieja, żeby się nie spieszył, bo potrzebuje kilkunastu minut, po czym zadzwonił do drzwi. Przez dłuższą chwilę nie było słychać żadnego odgłosu i Mateusz pomyślał, że chyba aż tak bardzo się nie spóźni. Dla pewności jeszcze raz nacisnął dzwonek, ale już nie czekał, tylko ruszył w kierunku furtki. Ledwie jednak zdążył zamknąć za sobą furkę, kiedy usłyszał dobiegający od drzwi dźwięk otwieranego zamka i w drzwiach domu  pojawiła się starsza kobieta. 
– Ksiądz po kolędzie? – zapytała.
– Tak, proszę pani! Przychodzę z błogosławieństwem! – Mateusz usiłował wykrzesać z siebie entuzjazm, bo szczerze mówiąc to miał już nadzieję, że nikt nie otworzy i wróci do domu. Nawet na wszelki wypadek zatrzymał się przy furtce, oczekując na dalszy bieg wydarzeń. 
– A bo ja jestem nieprzygotowana – powiedziała po chwili kobieta, pani Stonek, jak sobie Mateusz przypomniał z oglądanej chwilę wcześniej kartoteki. 
– W sumie to nic nie szkodzi. Zawsze możemy się pomodlić razem – powiedział z uśmiechem Mateusz nie ruszając się z miejsca. Pani Stonek dobrych trzydzieści sekund biła się z myślami, aż wreszcie gestem dłoni zaprosiła go do środka. Mateusz stłumił westchnienie i ruszył w kierunku drzwi. Pani Stonek zaprowadziła go do dużego pokoju i kazała mu usiąść.
– Może najpierw się pomodlimy? – zapytał Mateusz. 
– No widzi ksiądz, że nic nie jest przygotowane… – powiedziała kobieta, wyszła z pokoju i zamknęła drzwi za sobą. 
– No to nieźle – Mateusz już nawet nie skrywał głębokiego westchnienia. Jeszcze raz rzucił okiem na kartotekę pani Stonek. Jadwiga. Wdowa. Troje dzieci, wszystkie już pożenione, ale obie córki śluby zawierały w innych parafiach, podobnie jak syn, co akurat w jego przypadku było normą, bo większość ślubów odbywa się w parafiach panny młodej. Któryś z poprzedników Mateusza uczynił dopisek, że pani Jadwiga jest „wrogo nastawiona”. Z kartoteki wynikało też, że kolędy za często pani Jadwiga nie przyjmowała. Odkąd Mateusz jest tu proboszczem, to dopiero w tym roku został pierwszy raz przyjęty. Postanowił nie wszczynać żadnych dyskusji. Po kilku minutach drzwi się otworzyły i weszła pani Jadwiga z białym obrusem w dłoniach.
– Mam biały obrus – powiedziała chyba do Mateusza, choć nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Przewiesiła obrus na krześle i zaczęła przenosić przedmioty leżące na stole w różne miejsca. Gazety na mały stoliczek pod oknem. Dwa kubki od herbaty zaniosła pewnie do kuchni. Kilka opakowań lekarstw wzięła do ręki i chyba się zastanawiała, co z nimi zrobić.
– Może mogę pani jakoś pomóc? – zapytał Mateusz lekko poirytowany tą sytuacją.
– Dam sobie radę – odpowiedziała pani Stonek nie ruszając się z miejsca. Po kolejnych kilkudziesięciu sekundach wysunęła małą szufladkę, która była pod blatem stołu i tam włożyła lekarstwa. Na stole w dalszym ciągu leżało wiele różnych przedmiotów i Mateusz pomyślał, że w tym tempie to pani będzie potrzebowała jeszcze przynajmniej pięciu minut, żeby wszystko poprzenosić. Jakże się mylił… To znaczy z przedmiotami pani poradziła sobie nadspodziewanie dobrze, bo w końcu przyniosła reklamówkę i przesypała tam wszystko co leżało na stole, ale kiedy rozłożyła obrus i Mateusz wstał, aby zacząć modlitwę, kazała mu usiąść i ponownie wyszła z pokoju zamykając drzwi za sobą. Telefon w kieszeni Mateusz zawibrował, więc wyciągnął go i odczytał wiadomość od Macieja.
„Kwitnę pod drzwiami. Długo jeszcze?” Mateusz odpisał, że jest w ostatnim domu i schował telefon do kieszeni. Z nudów zaczął oglądać zdjęcia rodzinne wiszące na ścianach i poustawiane po wszystkich meblach. Bez trudu rozpoznał córki pani Jadwigi, jak i syna. Wydało mu się dość dziwne, że żadne z nich na żadnym zdjęciu się nie uśmiechało. Na żadnym. Inne osoby jak najbardziej, ale Stonkowie absolutnie nie. Pani Jadwiga też nie. Był to swoisty paradoks, bo ewidentnie lubili się fotografować, przechowywali te fotografie i je eksponowali, ale wcale się nie uśmiechali. Pani Jadwigi nie było już dobrych kilka minut. Kiedy wreszcie się pojawiła stanęła w otwartych drzwiach i spojrzała na Mateusza tak, jakby się zastanawiała, co on tu w ogóle robi. Tak przynajmniej się poczuł Mateusz. 
– Proszę księdza no nie mogę znaleźć tych lichtarzyków – powiedziała wreszcie.
– Ależ pani Jadwigo, naprawdę możemy się pomodlić bez lichtarzyków – zapewnił Mateusz i szybko wstał, żeby czasami pani Jadwiga znowu mu nie uciekła.
– U Malinowskich księdza przyjęli? – zapytała zupełnie ignorując co mówił.
– Przyjęli, ale…
– Niech ksiądz siada – pani Stonek znowu zatrzasnęła drzwi za sobą i wyszła. 
– Poważnie? – jęknął Mateusz. Wyciągnął telefon, ekran wskazywał na 20.20. Przez chwilę chciał zadzwonić do Macieja, ale co by mu miał powiedzieć? Że pani Stonek poszła do Malinowskich po pasyjkę i nie wiadomo kiedy wróci? Nie pozostało mu nic innego jak tylko czekać.
– Mam! – pani Jadwiga niemal wparowała do pokoju z tryumfalnie uniesionymi do góry lichtarzykami i krzyżykiem, które nie należały do Malinowskich, bo oni mieli charakterystyczny zestaw, chyba zabytkowy i Mateusz go pamiętał, podczas gdy ten przyniesiony przez panią Stonek, to był zwykły komplet z poprzedniej epoki.
– Była pani u Malinowskich? – Mateusz, niestety, nie ugryzł się w język.
– W połowie drogi przypomniałam sobie gdzie schowałam swój, więc się wróciłam i całe szczęście, bo to przecież wstyd by był przed sąsiadami – odpowiedziała i kiedy Mateusz już miał zaczynać modlitwę, pani Jadwiga ponownie wyszła. Mateusz aż się pełną dłonią walnął w czoło.
– To się kurka nie dzieje – jęknął, ale w tym momencie dostrzegł na stoliku pod oknem zapalarkę gazową.
– Pani Jadwigo! – wrzasnął. – Jeśli pani szuka zapalarki do świeczek, to znalazłem! Już zapalam świeczki! Zapraszam do wspólnej modlitwy! – krzyczał, ale pani Jadwidze i tak zajęło kolejnych kilka minut zanim wróciła.
– Koperty szukałam, a nie zapalarki – powiedziała patrząc ze zdziwieniem. 
– A możemy się już pomodlić? – Mateusz spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
– Teraz tak – powiedziała pani Jadwiga i Mateusz uśmiechnął się do niej najszerzej jak potrafił, bez żadnej jednakże wzajemności. Rozpoczął więc modlitwę. Pani Jadwiga trochę poruszała ustami podczas „Ojcze nasz”, przeżegnała się kiedy wypowiadał słowa błogosławieństwa i to był cały jej udział we wspólnej modlitwie. Mateusz i tak w duchu dziękował Panu Bogu, że miał przy sobie takie małe kieszonkowe kropidełko, które mu sprezentował organista Błażej i dzięki temu pani Jadwiga nie musiała szukać wody święconej i kropidła, bo pewnie zajęło by to kolejnych dziesięć minut.
– No to dobrze, to teraz mamy chwilę żeby porozmawiać – zagaił Mateusz, kiedy po modlitwie usiadł na krześle. – Proszę usiąść ze mną na chwilę – zwrócił się do pani Jadwigi, która stała nad nimi, jakby czekała, że szybko sobie pójdzie, co było o tyle dziwne, że dobre 20 minut zajęło jej „przygotowanie się”. Ostatecznie usiadła po drugiej stronie stołu. 
– Wygląda na to, że dzieci się pani pożeniły i się powyprowadzały – powiedział spoglądając jeszcze raz w kartotekę.
– Tak wygląda – odparła pani Jadwiga.
– Ale chyba odwiedzają mamę? – próbował podtrzymać rozmowę Mateusz.
– No pewnie, że tak – powiedziała kobieta i otworzyła usta, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale się rozmyśliła i zamilkła. 
– Chciała pani o coś zapytać? Podczas kolędy jest zawsze okazja… – zachęcał Mateusz, chociaż szczerze miał nadzieję, że pani nie skorzysta.
– No byłoby coś do powiedzenia, ale to samo co zawsze.
– Ale ja jeszcze z panią nigdy nie rozmawiałem, więc nie wiem co ma pani na myśli, mówiąc to co zawsze.
– Dobrze ksiądz wie…
– Nie, no naprawdę, nie przypominam sobie, żebym z panią rozmawiał – zarzekał się Mateusz.
– No ale księdza poprzednik wie, o co chodzi. Nie napisał tam nic w tych aktach?
– Niestety nie – szczerze odparł Mateusz. 
– No to księdzu powiem, chociaż wydaje mi się, że szkoda gadać. Czemu moje córki musiały brać ślub gdzie indziej, a nie w swojej parafii? 
– Nie mam zielonego pojęcia… Ksiądz im nie chciał u nas ślubu pobłogosławić?
– Nie chciał. 
– Ciężko mi w to uwierzyć…
– No nie chciał. Kazał jakieś kursy robić, czy coś. No a inny ksiądz nic im nie utrudniał tylko bez problemu wszystko załatwił. Co to za jakieś różnice? – kobieta podniosła głos, a Mateusz zobaczył w kartotece parafię ślubu obu córek, zobaczył nazwę Cielątków i od razu wszystko zrozumiał. Tamtejszy proboszcz chyba się nawet doczekał kary kanonicznej za omijanie procedur, ale Mateusz nie miał ochoty teraz tego tłumaczyć i pewnie by sprawę załagodził tłumacząc się brakiem wiedzy, ale pani Jadwiga nie zamilkła.
– Ksiądz proboszcz – wskazała go palcem – też problemy robił z chrztem i też musiały córki chrzcić u tego fajnego księdza. 
– Nigdy nikomu nie odmówiłem chrztu – zapewnił Mateusz.
– No to ja księdzu przypomnę! 

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!