TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 09 Stycznia 2026, 02:24
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 418

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 418

– No ale przecież ksiądz mi obiecał – powiedziała pani Kornelia wpatrując się
w niego z wielką pretensją.

– To prawda, obiecałem, że zrobię co w mojej mocy, ale widocznie moje moce są zbyt słabe. A poza tym pani przecież umarła, dlaczego pani ze mną rozmawia? – zdziwił się Mateusz.

– Ha, ha! Ale mnie ksiądz rozśmieszył – pani Kornelia wybuchła dość histerycznym śmiechem. – Czyli jednak miała rację moja Michaśka, że wy księża tylko o tym gadacie, ale tak naprawdę w żadne życie po śmierci nie wierzycie.

– Ależ oczywiście, że wierzymy – żachnął się Mateusz. – Przynajmniej ja – dodał po chwili, bo jednak przypomniał mu się pewien świętej pamięci… no mniejsza o to kto. Ale on wierzył. – Tyle, że wedle mojej najlepszej wiedzy pani, pani Kornelio, powinna być w niebie, a stamtąd nikt do nas nie wraca. Więc może jest pani jakimś złym duchem…

– Żadnym złym duchem, co najwyżej wkurzonym… Bo ksiądz obiecał i nic nie robi – powiedziała pani Kornelia i spojrzała na Mateusza tak przenikliwie, że właściwie niemal się utopił w otchłani jej oczu. – I przez księdza ja nie mogę pójść do tego całego nieba, bo mi zmartwienie o córkę nie pozwala… Przez księdza! - wrzasnęła tak głośno, że Mateusz odruchowo się cofnął i przydzwonił głową w krawędź swojego łóżka, po czym się… obudził.

– Jasna Anielka, Boże Święty – głośno jęknął przecierając oczy. Odruchowo sięgnął po leżący na stoliku nocnym telefon, aby sprawdzić godzinę. Była prawie piąta trzydzieści, czyli dosłownie za chwilę miał wstawać, aby przygotować kościół na Roraty. Całe szczęście, że to już ostatnie w tym roku. Chyba żałował, że w ogóle to rozpoczął, bo ludzi było jak na lekarstwo, a dzieci dosłownie garstka. Nie potrafił sobie przypomnieć, co mu strzeliło do głowy, żeby nabywając materiały roratnie z „Gościa Niedzielnego" zdecydować się na pięćdziesiąt kompletów dla dzieci, mimo że były dostępne też pakiety po 25 sztuk. Chyba tylko jego durne przekonanie, że jak się postara, to na pewno dzieci przyjdą. Przyszły! Całe pięć dzieci, no w najlepszym wypadku, bo czasami ktoś chorował. Kiedy już przegalopowały mu przez myśl te wszystkie beznadziejne utyskiwania uśmiechnął się sam do siebie.

– A właśnie, że bardzo dobrze, że są te Roraty rano. Przynajmniej dla mnie. Wstaję sobie wcześnie, modlę się w ciemnościach i wyglądam Pana Jezusa. A potem mam fajny długi dzień, prawda… – w tym momencie rozległ się dźwięk alarmu w jego komórce, więc już nie kończył swojej myśli, bo jej Adresat wiedział do kogo się zwracał. Zresztą był jedynym, który mógł to usłyszeć. 

– Nie licząc pani Kornelii – dopowiedział głośno do swoich myśli Mateusz i mimo wszystko poczuł się trochę głupio. Od pogrzebu jego najwierniejszej parafianki minęły już prawie trzy tygodnie. Właściwie na łożu śmierci poprosiła go o dwie rzeczy: żeby się „zaopiekował” – cokolwiek by to słowo miało oznaczać – jej blisko czterdziestoletnią córką Michaliną, zatwardziałą singielką, która miała mieć dobre serce, ale ciągle się z wszystkimi kłóciła, no i od niedawna mieszkała na terenie Mateusza parafii, a drugie życzenie dotyczyło wnuczka pani Kornelii, Szymona, który – jej zdaniem – miał najczystsze powołanie do kapłaństwa, ale podczas pandemii jego własny ojciec, a syn pani Kornelii, Piotr tak się stosował z całą rodziną do przepisów sanitarnych, że całkiem ich z Kościoła wywiało, a z Szymona wywiało też jego ewentualne powołanie. Niestety, wbrew przewidywaniom pani Kornelii to nie Michalina przyszła załatwiać pogrzeb, no i nie pojawiła się na pierwszej Mszy Świętej za swoją mamę w kościele parafialnym. Szymon co prawda na Mszy był, ale kiedy Mateusz natychmiast po jej zakończeniu wybiegł na zewnątrz, nie spotkał już nikogo z rodziny pani Kornelii. Nie żeby potem podjął jakieś starania w tym kierunku, ale obiektywnie rzecz biorąc, nie miał żadnej innej sposobności, aby choćby spróbować zrobić coś w kierunku spełnienia ostatnich życzeń pani Kornelii. A ta go zaczęła nękać po nocach, to znaczy dzisiaj był pierwszy raz, ale kto wie, co będzie dalej. Mateusz zastanawiał się, co w ogóle mógłby zrobić. Dzisiaj miał tyle spraw do załatwienia: obrazki kolędowe odebrać z drukarni, spotkać się z paniami kwiaciarkami, które miały podobno jakąś „bombową” wizję dekoracji bożonarodzeniowej, potem spotkanie z młodzieżą przygotowującą się do bierzmowania, ostatnie przed Świętami, a wieczorem zbiórkę ministrantów – wyjątkowo w piątek, bo w sobotę mieli znowu mecz. Nie dość, że miał tych ministrantów garstkę, to jeszcze sami piłkarze i mowy nie było, żeby opuścili mecz. Mateusz nawet cieszył się, że te mecze są w sobotę, bo jakby były w niedzielę, to nawet by ich na Mszy nie było… I gdzie on miał tu znaleźć jakąś wolną chwilę dzisiaj, żeby się „opiekować” Michaliną albo szukać w Szymku powołania? I przede wszystkim jak miał do nich dotrzeć? Telepatycznie? 

Mimo wszystko podczas modlitwy jutrznią w ramach próśb dał to Panu Jezusowi pod rozwagę, żeby może jakoś mu pomógł w pozwoleniu pani Kornelii pójść już do nieba i nie martwić się tymi, którzy tu jeszcze pozostali na tym łez padole. Po Roratach, o! było aż siedmioro dzieci i ta nowa dwójka nawet nie chciała zaległych obrazków, Mateusz sprawnie pozamykał kościół i wsiadł w swojego wysłużonego volkswagena transportera i westchnął patrząc na trzy rzędy foteli, które już od dawna nie były w pełni wykorzystane. 

– Za mało się starasz – powiedział sam do siebie i wyruszył do drukarni po obrazki, które zamówił przed dwoma tygodniami i wczoraj dostał wiadomość, że są do odbioru. Po raz pierwszy korzystał z usług tej firmy, ponieważ ta, w której przez wiele lat drukował wszystko, co mu było potrzebne, zmieniła właściciela i wszystko stało się tam… dziwne. Przede wszystkim zwolniono człowieka, który był jego punktem odniesienia w sprawach poligraficznych. Z kolei ta nowa drukarnia była bardzo blisko jego plebanii, w sumie mógł pójść pieszo, no ale parę kartonów obrazków formatu A5 zdecydowanie lepiej było przetransportować samochodem.  

– Witam księdza proboszcza – z końca niewielkiej hali dobiegł go głos właściciela i od razu mu się miło zrobiło od takiego powitania. – Zaraz księdzu przyniosę obrazki, bo mam wszystko popakowane
i złożone na zapleczu.

– Szczęść Boże, kłaniam się – odpowiedział Mateusz. – Spokojnie, proszę się nie spieszyć, zaczekam.

– Będę za chwilę – odpowiedział właściciel, którego imienia Mateusz oczywiście nie pamiętał. Natomiast zauważył, że przy jednym z komputerów, siedzi ktoś jeszcze. Dyskretnie zrobił dwa kroki w bok i lekko się wychylił… ku swojemu zaskoczeniu zobaczył przy komputerze… Szymona, wnuka pani Kornelii. 

– Szymon! – zawołał. – A co ty tu robisz?

– Mam praktyki – odpowiedział chłopak takim tonem i nie odrywając oczu od ekranu, że równie dobrze mógłby powiedzieć „odwal się”, co trochę zmroziło Mateusza, który w duchu już dziękował Bogu, że tak błyskawicznie wysłuchał jego porannej prośby. 

– Myślałem, że chodzisz do liceum – Mateusz nie zrażał się postawą chłopaka. 

– Bo chodzę – tym samym co wcześniej chłodnym tonem oznajmił Szymon.

– Nie wiedziałem, że w liceach też są praktyki – nieopatrznie zauważył Mateusz i tym razem Szymon oderwał wzrok do ekranu, aby spojrzeć na niego z nieukrywanym politowaniem.

– To już nie są wasze czasy, że był tylko profil ogólny, mat-fiz i biol-chem. Jestem na profilu lingwistyczno - fotograficznym i tu, u pana Michała, mam właśnie praktyki z obróbki zdjęć. To ja księdzu obrabiałem ten obrazek Pana Jezusa Miłosiernego – powiedział Szymon, a Mateusz odetchnął z ulgą, że coś lekko się zmieniło w nastawieniu chłopka.

– A wiesz skąd jest ten obraz? – zapytał.

– Nie wiedziałem, ale już sobie wszystko wyguglałem. Ciekawa historia. Aha! Wstawiłem księdzu taką złotą ramkę, mam nadzieję, że się księdzu spodoba. Tyle tylko, że za złoty kolor jest chyba ekstra dopłata – Szymon przygryzł lekko wargę ze zdenerwowania. 

– Ach tak? No zobaczymy, jak to wygląda – odparł zaskoczony Mateusz, bo nikt z nim tego nie konsultował i tu już było widać różnicę z jego poprzednią drukarnią. Ale tak czy inaczej, bilans będzie pozytywny, bo przecież dzięki zmianie drukarni spotkał Szymona i ma jakiś punkt zahaczenia, aby spełnić prośbę pani Kornelii i może nieboszczka pozwoli mu spać spokojnie. 

– Już jestem – wysapał od drzwi właściciel drukarni, niosąc dwie paczki zapakowane w szary papier. Na jednej z nich był przyklejony obrazek z wizerunkiem, a na drugiej jego rewers z modlitwą. 

– Proszę księdza, jest taka sprawa, że nasz praktykant Szymon trochę się porządził i dodał taką rameczkę złotą – powiedział pan Michał patrząc na Szymona, który spuścił wzrok. – Nie mam w zwyczaju wprowadzać zmian w projektach bez zgody klienta, ale powiem księdzu, że kiedy zobaczyłem efekt końcowy, byłem święcie przekonany, że to ksiądz taki projekt przysłał, bo nie ukrywam, że mi się podoba. Ale dopiero po wydruku Szymon się przyznał, że pomajstrował samowolnie, więc jeśli ksiądz to zaakceptuje, to ten pierwszy produkt będzie całkowicie na koszt firmy. Jeśli nie, to wydrukujemy jeszcze raz, bez ramki – powiedział pan Michał i wbił wzrok w Mateusza przyglądającego się obrazkowi. 

– Szymon, chłopie, to wygląda niesamowicie! – z autentycznym zachwytem stwierdził Mateusz i usłyszał dwa głębokie oddechy ulgi. 

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!