Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 415
Niczym na rollercoasterze:od odnowionej po latach znajomości do nagłej potrzeby pożegnania kogoś na wieczność, wszystko niemal w jednej chwili, to chleb powszedni każdego księdza.
Maciej i Mateusz szybko pożegnali się z Paulą i wyruszyli w trasę. Do parafii mieli około 45 minut drogi, a umierająca pani Kornelia Kozłowicz mieszkała bardzo blisko kościoła.
– Czyli najpierw jedziemy do kościoła, weźmiesz bursę z Najświętszym Sakramentem i olejami i potem do tej pani? – zapytał Maciej, który był kierowcą, bo to przecież on zabrał Mateusza z plebanii na tajemniczą wizytę, jak się okazało do starej znajomej z czasów młodzieżowej wspólnoty w pierwszej parafii na Malinowym Osiedlu.
– Tak, tak. Nie wiem czy będzie jeszcze w stanie przyjąć Komunię Świętą, ale i tak nie mamy olejów, więc siłą rzeczy najpierw na plebanię… Ciekawe, czy zdążymy… Nie znam chyba innej osoby, której by tak zależało, żeby nie umrzeć bez księdza, a z drugiej strony nie wiem czy znam osobę, która byłaby lepiej od niej przygotowana na śmierć.
– No niestety taki mamy paradoks, że ludzie, którzy może i by nie potrzebowali tego księdza, bo byli w stanie łaski, ale bardzo tego pragną, a inni, którzy naprawdę powinni zrobić wszystko, żeby zdążyć, wcale o to nie zabiegają. Ile to razy jeździliśmy do nieboszczyków, a rodzina się upierała, że kiedy dzwonili to jeszcze żył, czy żyła – powiedział gorzko Maciej. – Pamiętasz, jak za taki wyjazd do rzekomej umierającej zapłaciłem odebraniem prawa jazdy na trzy miesiące za nadmierną prędkość, a kiedy – fakt, że z powodu „miłej” rozmowy z policjantami, tych kilkanaście minut więcej minęło – dotarłem na miejsce pani była zimniutka, jakby leżała w kostnicy minimum kilka godzin. A kiedy do mnie dzwonili, zaklinali się na wszystkie świętości, że jeszcze żyje i żebym się pospieszył. No i ja się spieszyłem, a babcia już dawno na łonie Abrahama. Myślę, że zmarła przynajmniej kilka godzin wcześniej, przyjechał ktoś z rodziny i zrobił raban, że księdza nie wezwali i pewnie dopiero wtedy po mnie zadzwonili – opowiadał Maciej.
– Pamiętam coś z tym twoim prawem jazdy, ale nie kojarzyłem szczegółów – odparł z roztargnieniem Mateusz, który w duchu modlił się, żeby pani Kornelia dotrwała do ich przyjazdu.
– I jak dotarłem na miejsce, to minąłem się w drzwiach z lekarzem, który już potwierdził zgon. No więc wchodzę i mówię, że ta pani już nie potrzebuje namaszczenia, ale modlitwy, a oni wszyscy na mnie, że jak to? Że przecież muszę ją namaścić, po to po mnie dzwonili, bo im tak zależy, że jeszcze przed chwilą była ciepła, no i w ogóle co ze mnie za ksiądz, co nie chce udzielać sakramentów. Na co odparłem grzecznie, choć mi się wszystko w środku gotowało, bo straciłem prawko na trzy miesiące, że sakramenty są dla żywych, a nie dla umarłych. A wtedy jeden z tam obecnych mężczyzn wypalił: „Kto wierzy we Mnie, nie umrze na wieki - powiedział Jezus”. Nie chciałem już dłużej dyskutować i uległem. Namaściłem tę nieszczęsną kobietę i wszyscy odetchnęli z ulgą. Podziękowali mi i chcieli odprowadzić do drzwi. I nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło, bo zwykle w takich momentach proponowałem krewnym, że jeśli chcą możemy razem pomodlić się za zmarłą Koronką do Bożego Miłosierdzia.
– Ja też tak zawsze robię, znaczy proponuję – wtrącił Mateusz.
– No ale wtedy zachowałem się nieładnie. Nie zaproponowałem, ale oświadczyłem, że teraz pomodlimy się za zmarłą i nie Koronką, ale na Różańcu. „Dziesiątkę?” – ktoś zapytał, a ja rozłożyłem ręce w geście niezrozumienia i odparłem, że całą jedną część bolesną, czyli pięć dziesiątek, no i wyciągnąłem z kieszeni różaniec i robię znak krzyża. A oni mówią, że zaraz przyjadą z biura pogrzebowego zabrać mamę do kostnicy. A ja na to, że jak przyjadą, to przerwiemy. I pięknie się pomodliliśmy, jakieś trzydzieści minut i nikt się z biura nie pojawił. W czasie tej modlitwy mnie zupełni przeszło zdenerwowanie, a ci wszyscy ludzie, powiem ci jakoś tak skruszeli. I pod koniec modlitwy miałem wrażenie, że modlili się już bardziej świadomie. A odprowadzając mnie do samochodu syn bardzo mi dziękował właśnie za modlitwę i przeprosił, że nie zadbali o mamę wcześniej.
– Powiedziałeś mu, że zabrali ci prawo jazdy, bo tak się spieszyłeś myśląc, że jeszcze żyje? – zapytał Mateusz.
– Nie. W końcu chcieli tylko, żebym się pospieszył z posługą, a nie żebym łamał przepisy – odparł Maciej.
– No ale teraz też ryzykujesz – zauważył Mateusz patrząc na licznik prędkościomierza, który wskazywał 100 km/h.
– Umiarkowanie. No i przynajmniej wiemy, że ta twoja babinka jeszcze żyje.
– Wiesz co? Na pewno zdążymy. Przecież ona odprawiła dziewięć pierwszych piątków miesiąca przynajmniej kilkadziesiąt razy w życiu. Pan Jezus na pewno da jej tę łaskę – powiedział Mateusz.
– Jeśli ona co dzień chodziła do kościoła i przyjmowała Komunię w stanie łaski, to przecież już się spełniła obietnica Pana Jezusa – trzeźwo zauważył Maciej,
– Oczywiście. Dla niej. Ale dla rodziny to byłoby pewnie trudno przyjąć i mieliby do siebie pretensje, że nie spełnili ostatniej woli mamy.
– Jak to się modlił Pan Jezus, dziękując Ojcu, że Go wysłuchał, przy wskrzeszeniu Łazarza. „Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał”. - Chyba tak to dokładnie jest napisane i dla rodziny będzie znakiem, że tyle się modliła i ksiądz zdążył dojechać – dopełnił myśli Maciej.
Gdy dojechali pod plebanię i nie było żadnego telefonu od córki pani Kornelii Mateusz był już pewien, że zdążą. Szybko pobiegł prosto do kościoła, a Maciej w międzyczasie otworzył drzwi plebanii i poszedł po sutannę Mateusza. Po przygotowaniu bursy Mateusz wziął konsekrowaną Hostię z tabernakulum, przełożył sobie komże przez ramię i wyszedł z zakrystii. Kiedy doszedł do plebanii, zauważył Macieja wychodzącego z jego sutanną na ramieniu, ale ku jego zdziwieniu kolega też był w sutannie.
– A skąd ty wziąłeś tę sutannę? Przecież chyba nie miałeś ze sobą…
– Założyłem twoją głuptasie. Dwie wisiały na wieszaku, przymierzyłem i leży jak ulał – uśmiechnął się Maciej, bo doskonale wiedział, co w tym momencie myślał jego przyjaciel.
– Nie mogę uwierzyć, że tak się spasłem, że ty wchodzisz w moją sutannę – jęknął Mateusz. Następnie wręczył Maciejowi bursę z Najświętszym Sakramentem, ubrał sutannę i komżę, przejął bursę i szybko wsiedli do samochodu. Dosłownie po minucie byli na miejscu i nie zdążyli nawet zapukać do drzwi, kiedy córka pani Kornelii, pani Julia, którą Mateusz poznał podczas rozmowy telefonicznej, otworzyła drzwi z gromnicą w dłoni.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedziała.
– Na wieki wieków. Amen. Zdążyliśmy? – zapytał Mateusz.
– Tak, proszę księdza, znaczy się proszę księży – powiedziała pani Julia nieco zdziwiona obecnością aż dwóch kapłanów. – Ale mama jest już właściwie nieprzytomna. – Proszę za mną.
Księża ruszyli dużym korytarzem starego mieszkania wypełnionym obrazami różnych Świętych i fotografiami rodzinnymi. W pokoju, gdzie w łóżku leżała pani Kornelia ciężko oddychając było kilka osób. Zapewne wszystkie trzy córki, syn i ktoś z wnucząt i chyba sąsiadka, którą Mateusz też znał z kościoła.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – głośno powiedział Mateusz.
– Na wieki wieków, amen – niemal szeptem odpowiedziała większość z obecnych, którzy na chwilę skierowali wzrok ku wchodzącym księżom. I właśnie wtedy, kiedy oni patrzyli na księży z łóżka dobiegły ciche z trudem wypowiadane słowa.
– Na wieki wieków – powiedziała pani Kornelia z otwartymi oczami.
– Mamusiu! Już myśleliśmy, że straciłaś przytomność – jedna z córek ze łzami w oczach rzuciła się na kolana i chwyciła dłoń pani Kornelii.
– Nie straciłam przytomności, tylko czekałam na księdza… – powiedziała staruszka, a w jej oczach szkliły się łzy.
– Ale byle jak jest ze mną, bo mi się ksiądz w oczach dwoi…
– Pani Kornelio, nic się pani nie dwoi, tylko jest nas dwóch, to mój przyjaciel ksiądz Maciej, który bardzo chciał poznać jedyną moją parafiankę, która codziennie przychodzi na Mszą Świętą – Mateusz też przyklęknął przy łóżku.
– Przychodziła, przychodziła… Teraz już raczej więcej nie pójdę, ale nie żałuję, bo idę do Jezusa – powiedziała babcia, a wszystkie obecne kobiety zaczęły szlochać.
– Niech mama tak nie mówi – powiedziała pani Julia.
– Mogę nie mówić, ale to niczego nie zmieni – odpowiedziała kobieta. – I nie ma co płakać nade mną, bo miałam piękne życie. Mam piękne dzieci. I Pan Jezus na koniec nie jednego księdza mi przysłał, ale dwóch! – kobieta nawet się lekko uśmiechnęła.
– Pani Kornelio, za te wszystkie pierwsze piątki miesiąca, które pani ofiarowała w intencjach wynagradzających, powinno nas tu być przynajmniej pięćdziesięciu – powiedział Mateusz.
– Nawet tylko jeden jest niewyobrażalną łaską – powiedziała Pani Kornelia i przymknęła oczy.
– Pani Kornelio, to teraz się za panią pomodlimy i udzielę sakramentów – powiedział Mateusz.
– Tak proboszczu, tak – powiedziała staruszka z zamkniętymi oczami. – Ale najpierw spowiedź. Są sprawy, które muszą być wyznane…
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!