TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Sierpnia 2025, 08:25
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 400

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 400

- Normalnie ksiądz wymiótł! - powiedziała Ania Niezguła, a Mateusz nie bardzo wiedział o czym ona mówi, bo co tu ukrywać, patrzył na nią i myślał, że to jest naprawdę piękna kobieta. Nie żeby nie walczył z tą myślą, bo walczył, ale od tej walki pani Ania wcale nie stawała się brzydsza. Ani trochę! Postanowił, żeby pomyśleć o jej mężu, że to musiał być jakiś straszny bęcwał, aby taką kobietę zostawić. Potem szybko zrozumiał, że to też nie jest dobry tok myślenia, więc spróbował zrozumieć, jak to się dzieje, że Pan Bóg stawia mu na drodze wiele kobiet o imieniu Anna, które są pięknymi kobietami z problemami z mężczyznami. W myślach stanęła przed nim TA Ania, której ślub błogosławił, a której mąż poszedł w alkoholowe tango, i w świat, i Bóg jeden wiedział, gdzie się podziewał, a ona nie przestawała mu być wierna. A w Mateuszu szukała duchowego przewodnika, którym był dla nich od początku, ale od kilku lat nie pojawiła się i nawet on nie wiedział co się u niej dzieje. Przy czym zawsze okazywało się, że to bardziej Ania jemu pomaga niż on Ani. A teraz kolejna Anna, z problemami. I z propozycjami. Jak najbardziej szczytnymi, prawowiernymi i duszpasterskimi. Nigdy nawet jednego słowa dwuznacznego. I ten zapał!
- A co konkretnie ma pani na myśli? - wydukał wreszcie Mateusz.
- No z tymi relikwiami świętej Rity - wyjaśniła z uśmiechem. - To chyba nie jest taka norma, że tam się jedzie, a siostry czekają na skrzyżowaniu i zachęcają przybyszów, aby pobrać relikwie.
- No faktycznie, to nie jest norma - uśmiechnął się Mateusz przypominając sobie, jak stał w tej rozmównicy w Casci niczym dziecko, które w sklepie z zabawkami stoi i tupie nogami wrzeszcząc, że nie wyjdzie stąd dopóki nie kupią mu jakiejś zabawki. Jednocześnie uzmysłowił sobie, że Anna była jedyną osobą w parafii, która choć trochę rozumiała wyjątkowość tej sytuacji, bo wszyscy inni przyjęli wprowadzenie relikwii w taki sposób, jakby Mateusz przywiózł jakaś nową figurę z hurtowni dewocjonaliów od Jakubczaka z Częstochowy. - Najwyraźniej święta Rita chciała być w naszej parafii w takim znaku. Ale niech mi pani powie, jak pani ocenia nasz kurs lektorski, którego była pani pomysłodawczynią?
- Wie ksiądz proboszcz co? Mam taką prośbę: czy może mi ksiądz mówić po imieniu? - Anna wpatrywała się w niego uważnie. A Mateusz pomyślał, że dopiero co tak ją chwalił w myślach, że żadnych dwuznaczności, a teraz chce przechodzić „na ty”. Ewidentnie musiał to mieć w swoich baranich oczach, bo pani Ania natychmiast dodała. - Oczywiście tylko ksiądz do mnie po imieniu, a ja do księdza - jak Pan Bóg przykazał - z pełnym szacunkiem na „księże proboszczu”.
- Jeśli pani... jeśli pani tak woli…
- Wolę, czy nie, ale ksiądz i tak do mnie raz na pani raz na ty, więc może warto ujednolicić - wypaliła Anna, a Mateusz z całą pewnością spłonął rumieńcem, bo wiedział, że kobieta miała rację. Zawsze miał ten problem, również z wikariuszami na poprzedniej parafii, niby się starał mówić zawsze per ksiądz, ale jednak lata we Włoszech wyrobiły w nim nawyk zwracania się do wszystkich po imieniu i tak naprawdę nigdy tego do końca nie wykorzenił. 
- No to dobrze Aniu, niech będzie, więc jak się udał ten kurs? - zapytał.
- Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że udało się zgromadzić sporą liczbę uczestników, chyba ponad trzydziestu, więc niech sobie ksiądz pomyśli w ilu parafiach sąsiednich w Wigilię Paschalną nie będą się powtarzać lektorzy - powiedziała Anna, a Mateusz pomyślał, że to jakiś fenomen: kobieta lata całe nie chodziła do kościoła, a wcześniej też pewnie niezbyt się Bogu narzucała, a teraz zachwyca się, że liturgia Słowa Wigilii Paschalnej będzie dobrze obsadzona. A on bardziej by się spodziewał, że będzie jedną z tych, co marudzą, że po co tyle tych czytań… 
- No właśnie, Aniu, w sąsiednich parafiach, bo w naszej tylko pani, znaczy się tylko ty i Łukasz - skomentował z pewnym smutkiem, bo rzeczywiście ostatecznie było znacznie więcej chętnych z innych parafii, niż od nich.
- Proboszcz! Nie wybrzydzaj, bo w tych innych parafiach to do pięciu, dziesięciu, piętnastu lektorów dołączyło pięciu czy sześciu nowych, a u nas jest 200 % więcej, bo nie było ani jednego - powiedziała Anna znowu zaskakując Mateusza, bo myślał, że jej też będzie przykro, a tymczasem widziała wszystko w znacznie bardziej adekwatnej perspektywie niż on. 
- W sumie masz rację - uśmiechnął się.
- Czyli uważasz kurs za udany?
- Szczerze? Bez pompowania i podlizywania się, proboszcz był jedynym wykładowcą, który wykrzesał z siebie trochę zapału, natomiast koledzy to albo wyglądali, jakby łaskę robili, albo uważali się za Ratzingerów, a wcale nim nie byli - wypaliła Anna i Mateusz miał wielką ochotę poprosić ją, aby kolegów przypisała do pierwszej bądź drugiej kategorii, ale ostatecznie stłumił w sobie tę małostkową ciekawość.
- Na pewno przesadzasz, ale jestem ci naprawdę wdzięczny za tę inicjatywę. Być może będzie to początek innych pomysłów na poziomie dekanalnym i papież Franciszek byłby naprawdę dumny, że wszystko zaczęło się od świeckiej osoby - powiedział zupełnie szczerze Mateusz i zauważył, że tym razem to Anna spłonęła rumieńcem.
- Synodalność w domu i w zagrodzie - zażartowała Anna. - Niech ksiądz da spokój… Sporo czasu zmarnowałam… dziecko pewnie zaniedbałam… może i małżeństwo położyłam… najwyższy czas, aby dać coś od siebie - powiedziała patrząc w podłogę.  
- Wydawało mi się, że bardziej obwiniałaś męża za rozpad związku małżeńskiego - zauważył Mateusz.
- Oczywiście, jego się absolutnie nie da pozbawić podstawowych zasług w tej sprawie, ale nie sądzę, żebym ja była bez winy, choć w tym momencie nie mam zielonego pojęcia w czym nawaliłam. No ale wie ksiądz, jak mówią: że wina nigdy nie jest po jednej stronie i ja nie chcę z tym dyskutować. Tylko jeszcze muszę dobrze namierzyć te moje „zasługi”. 
- Uczciwe podejście  - zgodził się Mateusz a Anna nie powiedziała nic więcej. - No dobrze, ale chyba nie przyszłaś dzisiaj po to, aby mnie chwalić za przywiezienie relikwii św. Rity albo obwiniać się za rozpad małżeństwa?
- W sumie to nie - przyznała Ania.
- No to słucham cię uważnie.
- Hmm, nie chciałabym nikomu wchodzić w paradę, ale mam fajny pomysł na Boży Grób w kościele - wypaliła Anna.
- Super, że masz jakiś pomysł i że w ogóle o tym pomyślałaś, ale słuszna jest też uwaga, że dobrze jest nie wchodzić innym w paradę - zauważył ostrożnie Mateusz intensywnie myśląc.
- Dlatego tu jestem. I jeśli robota jest obstawiona, to zapomnijmy o całej sprawie. I naprawdę, podkreślam, naprawdę nie będę miała żalu. Przypuszczalnie za rok będę nadal w tej parafii i może wtedy spróbujemy - powiedziała Anna i Mateusz był skłonny jej uwierzyć. 
- Spokojnie - powiedział Mateusz  i wyciągnął z kieszeni telefon. - Utnijmy od razu łeb końskiej sprawie. 
- Końskiej sprawie? - zdziwiła się Anna.
- Takie powiedzenie, ale wiesz co? Nie wyjaśnię ci genezy, bo sam już nie pamiętam skąd się wzięło - wyznał szczerze Mateusz i wybrał numer do swojego organisty, który zwykle zajmował się dekorowaniem kościoła razem ze swoją dziewczyną Amelią. 
- Błażeju witaj! - powiedział Mateusz, kiedy usłyszał w słuchawce głos organisty dając jednocześnie Annie znak ręką, aby poczekała. - Słuchaj, chciałem cię zapytać, jaką masz koncepcję na Boży Grób, bo wiesz, późno już jest, więc jeśli trzeba zrobić jakieś zakupy, to chciałbym się za to zabrać… 
- No właśnie miałem do proboszcza dzwonić, bo Amelka choruje, ja trochę się zakręciłem z budową domu i powiem księdzu szczerze, że w tym roku mam jakieś zaćmienie mózgu. Nie mam pomysłu, nie mam czasu, no po prostu nie wiem co mam robić. Amelka zawsze coś wymyśliła, ale teraz… no nie wiem. Kurczę! Jakby tak proboszcz miał kogoś innego do pomocy, tylko w tym roku! Albo coś ze starych dekoracji…
- Dobra Błażej, nic się nie martw! Zajmij się Amelką, a ja zajmę się grobem - powiedział szybko Mateusz.
- Na pewno? Sam proboszcz zrobi? - Błażej doskonale wiedział, że chętnych - oprócz florystek - nigdy nie było.
- Na pewno! Mam kogoś chętnego - zdradził Mateusz uśmiechając się do Anny. - Trzymaj się Błażej!
- Czyli co? Mam zielone światło dla mojego pomysłu? - ucieszyła się Anna.
- Tak, ale bardzo cię proszę, abyś skontaktowała się z dziewczynami, które układają kwiaty. No i ja rownież chciałbym wiedzieć, jaka jest koncepcja - uśmiechnął się Mateusz.
- A tego akurat wolałabym nie zdradzać na razie - spoważniała Anna.
- No ale przecież muszę zrobić zakupy, na pewno potrzebujesz jakichś materiałów czy kwiatów do dekoracji…
- Ja sobie wszystko obgadam z dziewczynami od kwiatów, pieniądze założę, obiecuję że nie będę szaleć…
- Tyle bez jakichś dziwactw proszę - powiedział Mateusz.
- No przecież może mi ksiądz chyba zaufać - uśmiechnęła się Anna.
- Na pewno? - Mateusz nagle poczuł się nieswojo a uśmiech, zresztą piękny, na twarzy Ani wcale go nie uspokajał. 

Jeremiasz Uwiedziony

 

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!