TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 31 Sierpnia 2025, 20:04
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odc.352

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odc.352

- Naprawdę, na tydzień przed Pierwszą Komunią musiałem wkroczyć w akcję – opowiadał Mateusz, a Maciej słuchał go z rozbawieniem. Na zakończenie maja umówili się na jednodniowy odpoczynek w formule „wsiadamy w samochód i jedziemy tak długo aż napotkamy coś ciekawego” i po niespełna godzinie jazdy, tym razem na Wschód, zatrzymali się w gospodarstwie agroturystycznym, które oprócz domowej kuchni, której mieli dopiero skosztować, oferowało również leżaki rozłożone w cieniu drzew przy leniwie płynącej rzece. Maciej początkowo protestował, bo obawiał się komarów, ale właściciel zapewnił ich, że wydają masę pieniędzy na specjalne pochodnie odstraszające i że mogą być spokojni. Rzeczywiście okazało się, że pan miał rację: dobre pół godziny wylegiwali się nad rzeczką i nie pojawił się nawet jeden dokuczliwy owad. W spokojnej i leniwej atmosferze raczyli się bezalkoholowym piwem (Maciej prowadził, a Mateusz na znak solidarności również odmówił sobie procentów) i opowiadali ostatnie wydarzenia.

- Ja od lat nie wkraczam – odpowiedział Maciej. - Pozostawiam im pełną wolność, byle w ramach zasad liturgicznych.

- Wygląda na to, że mój poprzednik Piotr postępował podobnie i pewnie ja na ten pierwszy raz w nowej parafii zostawiłbym wszystko bez zmian, no prawie wszystko. Ale na dwa tygodnie przed, wpadłem na pomysł, że skoro nie mam żadnych ministrantów, to może poproszę paru chłopców spośród przystępujących do Komunii, żeby wzięli na siebie funkcje ministranckie. Kiedy zaproponowałem to katechetce, która wcześniej poinformowała mnie, że nie ma funkcji dla wszystkich dzieci i była tym wyraźnie przybita, usłyszałem, że zostali tylko sami „niegramotni”. Domyślasz się jakie okienko mi się w pamięci otworzyło? - Mateusz spojrzał na Macieja z przerysowanym rozbawieniem, bo jednak wspomnienie jeszcze trochę kuło go w sercu.

- Ależ oczywiście, że pamiętam. Przez jakiś czas nie pozwalałeś o tym zapomnieć nikomu, kto był blisko ciebie, ale byłem przekonany, że już sobie to przepracowałeś – Maciej przyjrzał mu się uważnie.

- Przepracowałem i to kilkanaście lat temu. Ale powiem ci, że za każdym razem kiedy słyszę, że ktoś traktuje kogoś, zwłaszcza dzieciaka, z taką formą „skreślenia z góry” to staram się tego nie zostawiać bez dyskretnej choćby interwencji. Jeśli ja w wieku dziewiętnastu lat mocno odczułem fakt, że mój własny proboszcz na wieść, że z dwoma kolegami wybieramy się do seminarium reaguje stwierdzeniem, że tamci dwaj to ok, ale ten Mateusz to taki niegramotny i nic z niego nie będzie, to pomyśl jaki to może mieć wpływ na dzieciaka, który ma 9 – 10 lat. Więc nawet pomijając mój pomysł wykorzystania chłopców jako ministrantów, po tej „etykietce” przyklejonej im przez katechetkę musiałem choćby sprawdzić, czy to były słowa tylko na mój użytek, czy dała to do zrozumienia samym chłopakom.

- Mam nadzieję, że katechetki nie zwolniłeś, bo w obecnej sytuacji chyba sam byś musiał powrócić pod szkolną tablicę – zauważył Maciej.

- Nic z tych rzeczy, w żaden sposób nie chciałem podważyć jej autorytetu. Ale kiedy pojawiłem się na jednej z prób, choć miałem przykazane, że mam asystować tylko przy próbie generalnej, wiesz, żebym wiedział co i kiedy mam robić – Mateusz mrugnął porozumiewawczo do Macieja, - okazało się, że nie tylko dzieciaki bez funkcji, ale wszyscy są jakby śnięci. Zacząłem podejrzewać, że to chyba taka strategia: tak dzieciaki wymęczyć podczas przygotowań, żeby na Pierwszą Komunię były totalnie spacyfikowane. Z tym też będę musiał coś zrobić od przyszłego roku, ale teraz nie chciałem robić zamieszania, bo było zbyt blisko ceremonii.

- No ale co z tymi „niegramotnymi”? Zrobiłeś z nich ministrantów? - dopytywał Maciej.

- I to jakich! - uśmiechnął się Mateusz.
- Okazało się, że katechetka wrzuciła do jednego wora trzy kategorie chłopców, bo dwóch było mocno nadpobudliwych, trzech, czterech lekkich rozrabiaków, no i z trzech takich, jakby to powiedzieć, którzy mają na wszystko czas, trochę flegmatyków, którym trzeba wszystko wytłumaczyć kilka razy. Wydaje mi się, że raczej im katechetka nie powiedziała nic przykrego, ale widziałem, że byli znudzeni podczas próby, no a ich mamy z przyczyn wówczas mi niewiadomych, tłumiły w sobie niezadowolenie, że ich dzieciom nie przyznano żadnej roli.

- A to ciekawe, bo u mnie od razu przylatują z pretensjami do mnie – wtrącił Maciej.

- Właśnie! Też się tego spodziewałem, ale początkowo nie pisnęły słowa. Dopiero kiedy zabrałem głos i powiedziałem, że niestety w naszej parafii na chwilę obecną nie mamy żadnych ministrantów w związku z czym chciałbym, aby niektóre ich funkcje spełnili chłopcy przystępujący do Komunii, sytuacja uległa zmianie. Najpierw zapadła głucha cisza. Katechetka skierowała ku zgromadzeniu spojrzenie, które mówiło „nie mam z tym nic wspólnego”, w sensie, że to nie jej pomysł, aby na tydzień przed ceremonią wprowadzać jakieś zmiany, kiedy wszystko jest super przećwiczone. A po jakichś piętnastu sekundach kilka mam nagle zerwało się z ławek, z trudem powstrzymywały się, żeby nie biec, ale ich szybkiego kroku nie powstydziłby się sam mistrz Korzeniowski, chyba tak się nazywał ten nasz najlepszy w historii chodziarz sportowy i otoczyły mnie wianuszkiem. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, że były to mamy „niegramotnych” - uśmiechnął się Mateusz.

- Tak bardzo chciały, żeby ich chłopcy dostali te funkcje? - domyślał się Maciej.

- Też tak myślałem. Ale tak naprawdę okazało się, że one owszem, domyśliły się, że ich synowie mogą dostać tę „fuchę” i były zadowolone, jednak nie dlatego przygnały do mnie z takim impetem, żeby o to prosić, ale ponieważ wystraszyły się, że potem chłopaki będą zmuszeni, żeby już na stałe zostać ministrantami – wyjaśnił Mateusz.

- A! O to chodziło – roześmiał się Maciej. - No tak... Jak tu wymagać od dzieciaków wzięcia odpowiedzialności za cokolwiek, skoro sami rodzice robią wiele, jeśli nie wszystko, aby ich tego nie nauczyć, a wręcz ich przed tym przestrzegać! No ale powiedz mi jak podzieliłeś funkcje pośród tych twoich ancymonów.

- Więc tak, powiedzmy rozrabiaków dałem do ognia, czyli kadzidło i łódka, nadpobudliwych do dzwonków, a flegmatyków do krzyża, pochodni i ampułek – wyjaśnił Mateusz.

- Nie mów mi, że takich nowicjuszy wykorzystałeś do kadzidła i to jeszcze rozrabiaków – zdumiał się Maciej, bo kadzidło było zawsze domeną najstarszych i najbardziej doświadczonych ministrantów.

- Chłopie, poradzili sobie z palcem w nosie. Ale najfajniejsze było to, że chrzestny jednego z nich jest szafarzem w swojej rodzinnej parafii i bardzo mu zależy, żeby jego chrześniak był ministrantem, więc jak się dowiedział, że ma na Komunii nieść kadzidło, to sam do mnie przyszedł kilka dni wcześniej i się zaoferował, że on w zakrystii wszystko ogarnie, rozpali węgielki i będzie chłopaków koordynował.

- Czyli poszło wszystko dobrze?

- Nadspodziewanie dobrze. Najlepiej było z procesją wejścia, bo flegmatycy szli z takim spokojem na czele z krzyżem, że wydawało się jakby jakaś liturgia watykańska – uśmiechnął się Mateusz.

- A zobowiązałeś się i podpisałeś krwią, że nigdy, przenigdy nie zmusisz chłopaków, żeby pozostali ministrantami na stałe? - zażartował Maciej.

- Nic nie podpisywałem. Powiedziałem mamom, że ja proszę tylko o liturgię pierwszokomunijną, ale jeśli chłopcy to polubią, to razem z mamami będą decydować, czy chcą się angażować.

- I co? Chcą?

- Na pewno im się podobało, a jeszcze paru innych im zazdrościło na koniec, więc zobaczymy. Na razie jest Biały Tydzień i cały czas służą. O! Codziennie z kadzidłem! – uśmiechnął się Mateusz.

- Na pewno przynajmniej kilku zostanie – skwitował Maciej. - Natomiast mnie w ostatnim czasie trochę poddenerwowała nasza matka kuria.

- Dostałeś propozycję zmiany? - zażartował Mateusz.

- Nie, jeszcze nie. Chodzi o w sumie drobną sprawę, ale która pokazuje, że wcale ich nie interesuje teren, chyba że dzieje się coś złego – powiedział Maciej.

- A czegóż takiego kuria nie dostrzegła swoim wszechwidzącym okiem? - próbował żartować Mateusz.

- Jak mówię, nic wielkiego. Ale fakt jest taki, że od wielu lat ode mnie z parafii organizujemy rowerową pielgrzymkę na odpust Nawiedzenia NMP. Jako jedyni. Kiedyś było to sanktuarium popularne jeśli chodzi o pielgrzymki, ale wszystko wygasło i tylko my podtrzymywaliśmy przez szereg lat tradycję, nawet podczas pandemii. I o tym wszyscy wiedzieli, że tylko my jeździmy co roku, włącznie z naszymi biskupami. I teraz wyobraź sobie, że ktoś tam na górze miał w sumie świetny pomysł, żeby zrobić taką rowerową promienistą pielgrzymkę diecezjalną z różnych miejsc w naszej diecezji. No i wydali komunikat, plakaty i...

- Niech zgadnę! - przerwał mu Mateusz. - I nie ujęli was w tym programie.

- Ano nie. Chyba postanowili tworzyć „rzeczy nowe”. Punkt zborny z naszego terenu jest w sąsiedniej parafii, a jej proboszcz wcale nie jest szczęśliwy z tego powodu.

- I tak cię to bardzo wkurzyło? Przecież wy i tak pojedziecie jak co roku... - zauważył Mateusz.

- Oczywiście, że pojedziemy. Ale ludzie zaraz zauważyli plakaty i teraz mi ciągle piszą albo dzwonią, czemu nas nie ma w programie, dlaczego proboszcz nas nie zapisał, czy będziemy musieli pojechać do innej parafii na start i takie tam. No i ja muszę tłumaczyć, że to nie o to chodzi, że nas nie zauważyli, tylko że my jeździmy od lat i dalej sobie jedziemy z naszej parafii, a chodzi o to żeby innych zdopingować. Rozumiesz, jeszcze muszę bronić tego, co nie pofatygował się, żeby wcześniej może zadzwonić i zapytać. Ale w sumie to już mi przeszło. Teraz bardziej się martwię czy ja sam dojadę, jestem zupełnie bez formy... To co idziemy zamówić obiadek? Dzisiaj ostatni dzień nie patrzę na kalorie!

Jeremiasz Uwiedziony

Książka: JASNA I TA DRUGA STRONA KSIĘŻY(CA) 

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!