Jasna i ta druga strona księży(ca)
Ksiądz czy nie ksiądz, ale czasami dzień, w którym chce się zrobić więcej niż to konieczne, zaczyna się kiepsko a kończy jeszcze gorzej.
Spodziewana pomoc z góry, czytaj od księży biskupów, póki co nie nadeszła. Rzekomo trwają prace nad przygotowaniem jakiejś katechezy przyparafialnej, a tymczasem Mateusz, podobnie jak inni księża musi się dodatkowo mierzyć z pytaniami rodziców próbujących zrozumieć czy posłać dzieci na nowy przedmiot zwany edukacją zdrowotną, czy też nie. Wprowadzony z wielkim pośpiechem i bez przygotowania merytorycznego nauczycieli przedmiot miał wiele dobrych i potrzebnych treści, ale też i furtkę do wprowadzania zagadnień niezgodnych z etyką chrześcijańską, a patrząc na całokształt postawy stojącej za nowością minister, ciężko było uwierzyć, że nie będzie nacisków, aby z owej furtki skorzystać. I w sumie całokształt dyskusji i szarpanki w Internecie przesunął się właśnie na ten nowy przedmiot, odsyłając w cień kwestię szkolnej religii i to nie było dobre, bo na religii powinno katolickiej społeczności zależeć najbardziej. No ale Mateusz był jedynie proboszczem niewielkiej parafii i nie miał żadnego wpływu na kierunki ogólnopolskich debat. Chciał jednak wiedzieć jak najwięcej, dlatego postanowił, że wybierze się na spotkanie z pewną panią pedagog, członkiem Komisji ds. wychowania przy Episkopacie, która miała mieć wykład na temat nowego przedmiotu, ale też miała przedstawić, jak dokładnie wyglądają kwestie takich spraw jak organizacja szkolnych rekolekcji, co się zmienia w pracy katechetów, a co pozostaje niezmienne. Interesowało go to, bo od katechetów dochodziły głosy, że w zależności od politycznego nastawienia gmin, czy też kuratoriów, podawano bardzo sprzeczne informacje, według niektórych przekazów, możliwości wychowawcze katechetów, zostały bardzo mocno zredukowane.
We wtorkowy poranek Mateusz szybko ogarnął sprawy parafialne w biurze i o 9.15 był gotów wyruszyć do kurii, gdzie o 10.00 miało się rozpocząć spotkanie z panią pedagog. Przy dość wzmożonym o tej porze ruchu potrzebował około 30 minut, aby dotrzeć na miejsce, więc uznał, że kwadrans tolerancji w zupełności wystarczy. Jednak kiedy zamykał drzwi od plebanii, na podwórko wjechał samochód osobowy, a kierująca nim pani już z daleka gwałtownie machała ręką, żeby na nią poczekał, bo najwyraźniej zorientowała się, że opuszczał probostwo. Mateusz spojrzał na zegarek, westchnął i pozostawił klucz w drzwiach nie przekręcając go i czekał na kobietę, której zajęło dobre dwie minuty wykaraskanie się z samochodu i podejście do Mateusza.
– Proszę księdza, niech będzie pochwalony! Mam naprawdę pilną sprawę, możemy wejść do kancelarii? – zapytała.
– Skoro to taka pilna sprawa, to oczywiście, proszę bardzo – powiedział Mateusz, przepuścił kobietę przodem i razem weszli do biura. – W czym mogę pomóc?
– Za tydzień mamy dwudziestą piątą rocznicę ślubu i chcieliśmy zamówić Mszę Świętą – powiedziała.
– Za tydzień? Ale pani chyba wie, jak my tutaj mamy dużo intencji mszalnych i grafik jest zajęty na wiele miesięcy do przodu – jęknął Mateusz.
– No dokładnie to za dziesięć dni, w sobotę, przecież mówiłam księdzu, że to pilna sprawa – kobieta, którą Mateusz znał z widzenia, ale nie z imienia, a to oznaczało, że nie należała do naprzykrzających się Bogu w każdą niedzielę, poprawiła się na krześle z taką miną, jakby chciała powiedzieć, że nie ruszy się stąd dopóki sprawy nie załatwi.
– Ale pani kochana, przecież ta rocznica to nie jest jakaś nagła sprawa, od dawna wiedzieliście dokładnie, kiedy przypadnie – kręcił głową Mateusz patrząc w grafik na sobotę, gdzie były już przyjęte dwa śluby, plus Msza parafialna niedzielna. – Naprawdę nie mam za bardzo miejsca w sobotę.
– No i co my teraz zrobimy? – zapytała kobieta z bezradnością, że Mateuszowi zrobiło się jej żal.
– Proszę pani mam śluby o 15.00 i 16.00, a o 18.00 Mszę parafialną. Skoro nie może być to w inny dzień, to ewentualnie mogę to wpisać na 17.00, może znajdę jakiegoś księdza, który mi odprawi jedną Mszę, bo ja czterech nie mogę…
– Nie nie, o 17.00 nie wchodzi w grę, bo my mamy kolację na 19.30 w restauracji tutaj bliziutko, co ja zrobię z gośćmi przez godzinę wolnego czasu? Musi być o 18.00 – kobieta znowu nabrała rezonu, a Mateuszowi przestało jej być żal, bo żeby zamówić restaurację to można było pomyśleć wcześniej, ale Mszę to już niekoniecznie. Oczywiście nie powiedział głośno, tego co pomyślał.
– To tym bardziej będę musiał znaleźć księdza, który odprawi ze mną w koncelebrze – powiedział starając się zachować spokój.
– Albo może ksiądz może przełożyć tę intencję, co tam jest na 18.00 – zaczęła mówić kobieta, ale spojrzenie jakie jej rzucił Mateusz sprawiło, że natychmiast przeszła jej ta myśl. – Ale to pewnie niemożliwe.
– Proszę pani, ja wam tutaj wpiszę tę Mszę na 18.00, poproszę o pani numer telefonu, bo to nie jest sprawa definitywna. Rozumie mnie pani? Naprawdę nie jest łatwo znaleźć wolnego księdza w sobotni wieczór. Jak będzie pewna sprawa to potwierdzę telefonicznie, dobrze? – Mateusz szybciutko dokonywał adnotacji w księdze intencji, bo miał coraz mniej czasu, aby zdążyć na spotkanie do kurii.
– No ale ja muszę mieć pewność – powiedziała kobieta.
– Niestety w tej chwili nie mogę pani dać takiej pewności – powiedział Mateusz wstając z krzesła.
– Ale ksiądz jest obrotny na pewno to załatwi, a ja na wszelki wypadek od razu złożę ofiarę za tę Mszę i bardzo księdzu dziękuję, że tyle wysiłku wkłada, żeby nam pójść na rękę – kobieta wyciągnęła portmonetkę z torebki i chcąc nie chcąc Mateusz widział, jak przekładała liczne banknoty stuzłotowe aż wreszcie znalazła jeden pięćdziesięciozłotowy i położyła go na biurku. - Proszę bardzo, to jest dla księdza! Nie na parafię, osobiście dla księdza! I proszę księdza, nich to będzie piękna ceremonia! Skrzypce będą, może i taka śpiewaczka operowa… Rozumie ksiądz, srebrny jubileusz!
- Rozumiem, ale już naprawdę musimy iść. Dziękuję za ofiarę i zadzwonię, jak będzie już wszystko wiadomo – powiedział Mateusz i pomijając zasady elegancji już pierwszy wyszedł z biura, bo było naprawdę późno.
– No i proszę księdza, jakby w sobotę nie miał ksiądz innych zajęć, to oczywiście zapraszamy do restauracji – powiedziała jeszcze kobieta. – Powinno być jeszcze dwóch księży, przyjaciół rodziny, ale oni też muszą potwierdzić.
– Zaraz, zaraz, a któryś z nich nie może tej Mszy ze mną odprawić? – Mateusza aż wryło w ziemię.
– Nie proszę księdza, oni są na dużych parafiach, nie dadzą rady – kobieta kręciła głową, jakby chciała powiedzieć, że to nie to co tutaj, tam u tych księży to jest co robić!
– Zadzwonię do pani – powiedział Mateusz i niemal pobiegł do samochodu. Była 9.30, jeśli się uda dojedzie na styk. Świadomość że może się spóźnić jednak go trochę podkręcała i jechał nieco szybciej niż pozwalały przepisy, ale naprawdę niewiele szybciej. Aż do chwili kiedy jadący przed nim samochód wlókł się niemiłosiernie i kiedy nadarzyła się okazja Mateusz mocno przyspieszył i go wyprzedził. I zanim jeszcze zdążył wyhamować zobaczył charakterystyczną sylwetkę policjanta w żółtej odblaskowej kamizelce, który gestem dłoni nakazywał mu zjechać na pobocze.
– Poważnie? – jęknął do siebie Mateusz. – Panie Jezu nie możesz mi tego robić… – pomyślał zatrzymując auto i opuszczając boczną szybę.
– Dzień dobry, proszę pana, nasza rozmowa jest nagrywana – powiedział policjant pokazując mu odczyt z radaru. – Przekroczył pan prędkość o 20 kilometrów, a to oznacza mandat w wysokości 200 zł i trzy punkty karne.
– Dzień dobry, a właściwie szczęść Boże – powiedziała policjantka, która właśnie dołączyła do kolegi. – Czy przyjmuje ksiądz mandat?
– Tak. Przekroczyłem przepisy, przyjmuję mandat – powiedział Mateusz, który chciał już tylko jak najszybciej pojechać dalej.
– Bo może się ksiądz odwołać – uśmiechnęła się policjantka.
– Nie, nie, jeśli tylko mogę, to poproszę o szybkie wypisanie mandatu, bo naprawdę się spieszę – powiedział Mateusz, a policjantka wzięła jego dowód osobisty i z kolegą odeszli do radiowozu. Bo kilku kolejnych minutach Mateusz jechał dalej i dotarł na miejsce z dziesięciominutowym opóźnieniem. Cały parking był zajęty, więc zaparkował gdzie się dało i pobiegł do sali konferencyjnej.
Czy to z powodu zdenerwowania, czy spóźnienia, a może z powodu braku konkretów w wypowiedzi pani pedagog, w każdym razie Mateusz wyszedł z tego spotkania głupszy niż na nie przyszedł. W dodatku pośród obecnych nie dostrzegł żadnego ze swoich bliższych kolegów, więc nawet nie było z kim wybrać się na obiad. Ze wzrokiem utkwionym w ziemię poszedł do swojego samochodu i już siedząc za kierownicą zobaczył, że pod wycieraczką na szybie włożony jest znajomo wyglądająca karteczka papieru. I raczej nie była to reklama.
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!