Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 399
Z krótką przerwą na makaron cały czas spędził przy grobie Świętej Rity solennie ją zapewniając, że bez relikwii pierwszego stopnia nie rusza się z Cascii. Wreszcie o 15.30 znowu był w rozmównicy, by spotkać się z przełożoną. Siostry nie odpowiedziały na pierwszy dzwonek. Ani na drugi. „No nieźle” - pomyślał, ale trzeci dzwonek był skuteczny. Siostra, która się pojawiła, musiała być poinformowana o sprawie, bo od razu chciała go pozbawić złudzeń.– Proszę księdza, my tu nikomu nie dajemy takich relikwii. Jedynie w przypadku, gdy w nowym świecie, czyli w Amerykach budują jakiś nowy kościół pod wezwaniem św. Rity, to wtedy otrzymują, ale i tak nie od nas, ale od domu generalnego w Rzymie. Nic nie mogę zrobić - mówiła, a Mateusz wpatrywał się w nią błagalnym wzrokiem. - Księże, ja jestem z Kalabrii, mamy w parafii kult Świętej Rity i nawet mi nie dali.
– A siostra jest matką generalną? - zapytał Mateusz, a siostra pokręciła przecząco głową. - To ja bardzo proszę o możliwość rozmowy z matką przełożoną, bo powiedziano mi rano, że będę rozmawiał z matką i czekałem na to ponad cztery godziny - chwycił się ostatniej deski ratunku.
– Proszę zaczekać - powiedziała siostra, a Mateusz zamknął oczy i zaczął się modlić do św. Rity. - Twoja kolej.
Minęło kolejnych pięć minut i wreszcie pojawiła się kolejna, trzecia już siostra augustianka i po raz trzeci próbowała mu wytłumaczyć, że NIE DAJĄ NIKOMU relikwii św. Rity pierwszego stopnia, a nawet gdyby, to trzeba się udać do domu generalnego w Rzymie, gdzie w sumie i tak mu nie dadzą, bo nie dają poza wyjątkowymi sytuacjami.
– Rozumiem, że siostra jest tutaj przełożoną? - chciał się jeszcze upewnić Mateusz, a siostra skinęła głową. - No więc droga matko, ja wszystko rozumiem, ale gdybyście od razu przez telefon mi odpowiedziały, że trzeba się udać do Domu Generalnego w Rzymie, to przecież ja bym nie wynajmował samochodu i jechał taki kawał, bo przecież wylądowałem w Rzymie. Albo jakbyście chociaż odpowiedziały na moje pismo…
– Księże, ale tyle pism przychodzi…
– To po co sugerować wysyłanie pisma, jak się nie ma zamiaru odpowiedzieć…
– A ma ksiądz to pismo? - zapytała pewnie już nieco zirytowana siostra przełożona i Mateusz pomyślał, że może jakaś furteczka się otwiera.
– Proszę bardzo! - przekazał siostrze przez kratę napisane po włosku pismo opieczętowane trzema pieczęciami, co prawda wszystkie parafialne, ale poważnie wyglądały.
– Proszę chwilę zaczekać - powiedziała siostra i z pismem w ręku wyszła z rozmównicy. Mateusz znowu przypuścił szturm do św. Rity i w duchu powtarzał słowa modlitwy i prośbę, aby Święta zechciała zaistnieć w jego parafii w takim najcięższym gatunkowo znaku. Siostry długi nie było, a Mateusz był przekonany, że im dłużej jej nie ma tym lepiej, bo ewidentnie próbują coś zdziałać. Nie wiedział co, ale ufał. Wreszcie siostra pojawiła się znowu
i oddala mu jego pismo.
– Proszę księdza, a gdzie tu jest podpis i pieczęć biskupa? - zapytała, a Mateusz pomyślał, że zaraz zemdleje. Wziął pismo w rękę i przyglądał mu się bacznie, ale czuł się jak Miś Puchatek, „który im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Dokładnie tak samo było z podpisem biskupa na podaniu o relikwię: im bardziej Mateusz patrzył na tę kartkę, tym bardziej podpisu na niej nie było. A przecież dzień wcześniej był w kurii, podanie o relikwie miał w teczce, nawet spotkał się z biskupem, ale poprosił jedynie kanclerza o podbicie nieważnej już legitymacji kapłańskiej. Wystarczyło wtedy poprosić, nawet o tym myślał, ale ponieważ niedawno prosił o taki podpis na piśmie o inne relikwie, wmówił sobie, że biskup coś sobie o nim pomyśli, że jest jakimś „łowcą relikwii” i nie poprosił. Nie poprosił! A teraz matka przełożona pyta się gdzie jest podpis biskupa! Było już tak blisko!
– O tym chyba księdzu powiedziały siostry przez telefon, że pismo musi być podpisane przez biskupa - nie bez nutki satysfakcji zauważyła siostra widząc jego głupią minę.
– Szczerze mówiąc nie wspominały o tym, ale miałem taką wiedzę wcześniej, że taki podpis jest absolutnie konieczny - cicho powiedział Mateusz myśląc, że gdyby siostry przed nim nie było, to z rozpaczy waliłby łbem o ścianę, czy raczej o kratę w tym przypadku. „Gdybym zamiast tej legitymacji załatwił wtedy ten podpis…”, pomyślał wbijając wzrok w podanie z efektem „puchatkowym”.
– Ja to jestem naprawdę przypadek beznadziejny, w sam raz dla Świętej Rity - powiedział ze skruchą kręcąc głową.
- Jak mogłem zapomnieć o tym podpisie i wybierać się w taką podróż nadaremnie? I to tylko z mojej winy.
– A ma ksiądz chociaż ważny celebret? - zapytała po chwili siostra i miała na myśli legitymację kapłańską.
– Ależ oczywiście że mam! - niemal wykrzyknął Mateusz. Z wrażenia podanie wypadło z ręki, ale szybko je podniósł, ponownie przekazał siostrze, po czym wyciągnął z portfela dokument wielkości karty kredytowej i z nabożną czcią godną najkulturalniejszych Japończyków, którzy każdy nawet najmniejszy przedmiot podają zawsze obiema dłońmi, przekazał swoją „ostatnią deskę ratunku” ze świeżutkim hologramem, wczoraj wklejonym, potwierdzającym jej ważność.
– Proszę poczekać - powiedziała siostra, uśmiechnęła się i wyszła. Mateusz mało co nie wyszedł z siebie. Wszystko w nim się rwało do radości, ale przecież jeszcze nie było wiadomo o co chodzi. Może go odeślą z jakimś kwitem do tego domu generalnego w Rzymie? Nieważne. Co będzie to będzie, ze swojej strony był tak natarczywy, jak tylko mógł, chyba bardziej niż ta ewangeliczna wdowa, która nachodziła sędziego, aby wziął ją w obronę, ale obiektywnie musiał przyznać, że wszystkie jego argumenty były rozbrojone przez brak podpisu księdza biskupa. Siostry miały wszelkie prawo nie dać mu tych relikwii, nawet jeśli je miały. Ale coś mu mówiło, że wszystko będzie dobrze. Może to nie coś, ale Święta Rita mu to mówiła, sam już nie wiedział. Siostry nie było pewnie z pięć minut, ale jemu się wydawało, że z godzinę przynajmniej. Wreszcie wróciła. Z białą kopertą.
– Proszę księdza, niech ksiądz o tym głośno w Polsce nie mówi - powiedziała z uśmiechem, po czym z koperty wyciągnęła kapsułkę z maleńkim kwiatuszkiem w środku z mikroskopijnej wielkości brązową kropeczką i podpisem Santa Rita da Cascia. Następnie z tej samej koperty wyciągnęła certyfikat, z wytłoczoną pieczęcią biskupa miejsca (tu nawet Puchatek by ją dojrzał :) potwierdzającym, że kapsułka zawiera fragment mięśnia św. Rity pobrany w 1968 roku. Mateusz prawie się rozpłakał i głos mu odebrało.
– Widzi ksiądz? - uśmiechała się dalej siostra, a Mateusz skinieniem głowy potwierdził, że widzi i bardzo docenia.
– Proszę siostry - powiedział wreszcie, kiedy wróciła mu mowa. - Nie mam słów wdzięczności…, nawet bez podpisu księdza biskupa…, a jeszcze upierałem się, jak osioł…, proszę mi wybaczyć, ale ja już taki jestem…
– Inaczej by ksiądz nie dostał - uśmiechnęła się siostra ponownie.
– Czy ja mogę się jakoś odwdzięczyć, nie wiem, może siostry mają jakiś specjalny dedykowany relikwiarz, ja bym bardzo chętnie taki nabył u sióstr…
– Nie, proszę księdza, nic takiego nie mamy i nawet ofiar nie przyjmujemy przy takiej okazji. Prosimy tylko o modlitwę i niech się szerzy kult Świętej Rity. Buonasera e buon viaggio in Polonia - powiedziała siostra i zanim Mateusz zdążył coś jeszcze dodać, już jej nie było. Oszołomiony usiadł na krześle i dłuższą chwilę wpatrywał się w relikwię.
– Wygląda na to, że ty też chciałaś być w naszej parafii - powiedział i w tym momencie przypomniał sobie, że przecież ma jeszcze jedną relikwię drugiego stopnia w teczce, którą otrzymał na samym początku. Najpierw pomyślał, że może powinien ją oddać, ale potem przyszedł mu jeszcze lepszy pomysł. Zawsze chciał, aby relikwie nie były tylko zamknięte w kościele, ale żeby były znakiem pośród ludzi. I w tym sensie dodatkowa relikwia drugiego stopnia doskonale się do tego nadawała. Święta Rita będzie towarzyszyć ludziom wszędzie tam, gdzie będą czuć beznadziejność swojej sytuacji i ją będą chcieli prosić o pomoc. Mateusz spojrzał na zegarek. Był najwyższy czas, aby wsiąść w samochód i wracać na lotnisko do Rzymu, jeśli nie chciał spóźnić się na samolot. Ale przecież nie mógł stąd wyjechać bez wstąpienia raz jeszcze do sanktuarium. W międzyczasie na zewnątrz rozpadał się deszcz, ale Mateuszowi wcale nie przeszkadzał, zresztą do sanktuarium było dosłownie kilka kroków. Wszedł do bazyliki i skierował się do lewej nawy, uklęknął przed grobem św. Rity i bez słowa wpatrywał się w sarkofag. W 1968 roku pewnie po raz ostatni go otwarto i właśnie wtedy z ciała św. Rity pobrano parę skrawków tkanki i umieszczono w kapsułkach. Jego, Mateusza, jeszcze wtedy nie było na świecie. No ale teraz jest tutaj. I zabiera ze sobą ten szczególny znak Świętej Rity. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak totalnie szaloną była jego wyprawa i jak beznadziejną była jego nadzieja, że uda mu się przywieźć relikwie. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Przecież Rita nie była osobą żyjącą w naszych czasach, gdzie można sobie jakoś wyobrażać, że o relikwie nie jest tak trudno, w tylu kościołach mamy je i św. Jana Pawła II, i św. Faustyny, ostatnio bł. Rodziny Ulmów… Ale nie Świętej Rity, która umarła w 1457 roku! Totalne szaleństwo, a jednak je uzyskał… Kiedy wstawał z klęczek zauważył dwie Włoszki, które mu się przyglądały i po cichu rozmawiały. Mimo woli Mateusz nadstawił ucha i kiedy wychodził przeszedł obok nich.
– Proszę, jak się modlił? Mówię ci, że musiał jakąś wielką łaskę od Świętej Rity otrzymać…, nawet mu łzy lecą…, ale widać, że zadowolony. Mówiłam ci, Święta Rita wszystko może? Powiedz jej i zobaczysz. Sama się przekonasz. Ja bym ciebie nie urodziła, gdyby nie Święta Rita.
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!