Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.367
Niestety, mimo poszukiwań do samego końca, nie udało mu się znaleźć nikogo na zastępstwo i ostatecznie nic nie wyszło z wyjazdu do Rzymu na rekolekcje dla kapelanów Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Nie ma co ukrywać, był bardzo rozczarowany.
Po pierwsze dlatego, że ten plan wyglądał na klasyczny przypadek sytuacji, które przecież tak często mu się zdarzały, kiedy on o nic nie zabiegał, a coś pięknego stawało się jego udziałem. Bo przecież wcale nie myślał o założeniu w parafii oddziału KSM, a nawet był dość sceptyczny wobec struktury, która trochę mu wyglądała na wskrzeszanie przedwojennego trupa, ale trzeźwe podejście Majki i Pauli, zwłaszcza Majki, uświadomiły mu, że jednak lepiej mieć jakieś ramy, niż nie mieć żadnych. I coś zaczęło się w tym kierunku rozwijać. I to nawet nie jego siłami i czasem, ale właśnie staraniem dziewczyn. Plus Krystiana. Pomysł wyjazdu na rekolekcje do Rzymu to też nie był jego pomysł, ale rzeczywiście okazja do spotkania kilkudziesięciu księży działających z młodzieżą w jednym miejscu, to skarbnica doświadczenia niedostępna w żaden inny sposób, a do tego możliwość zjedzenia carbonary jak Pan Bóg przykazał, a nie ze śmietaną – bezcenna. Więc naprawdę myślał, że to klasyczny przykład woli Bożej, która tyle razy prowadziła go do wspaniałych doświadczeń. A tymczasem wszystko wzięło w łeb.
Ale był też i drugi powód jego wielkiego rozczarowania: po raz pierwszy w życiu zdarzyło mu się, że nie znalazł księdza, czy kilku księży, na zastępstwo. I tutaj były dwa możliwe wyjaśnienia: albo rzeczywiście drastycznie zmniejszyła się ilość księży – i to była opcja gorsza z punktu widzenia eklezjalnego, albo jego grono przyjaciół czy choćby znajomych księży, na których mógł liczyć stopniała – i to była opcja zdecydowanie gorsza z jego osobistego punktu widzenia. Jako człowiek Kościoła oczywiście wolał, aby prawdziwa okazała się opcja gorsza dla niego osobiście, ale tak czy inaczej nie miał powodów do śmiechu. I zaczął się poważnie zastanawiać nad swoimi kapłańskimi relacjami. Z jednej strony wyszło mu na to, że księża, z którymi przyjaźnił się najbardziej dziwnym trafem byli zawsze zarobieni, nigdy nie spoczywali na laurach i ciągle coś (Pan Bóg oczywiście, który ich powołał) gnało ich do stawiania sobie nowych wyzwań. Rzeczywiście, jeśli o nich chodzi raczej nigdy nie mógł liczyć na zastępstwo z ich strony, ale to akurat było pozytywne. Natomiast zdał sobie sprawę, że mocno osłabły jego relacje z innymi kolegami, mówiąc łagodnie, dysponującymi większą ilością czasu. Albo jeszcze łagodniej – rozsądnie szafującymi swoimi siłami. Oprócz tego okazało się, że kilku z nich wręcz postanowiło poszukać zajęcia poza Kościołem i to było bardzo smutne. Dość smutne było również to, że w swoim nowym dekanacie jeszcze się z nikim nie zaprzyjaźnił. I tutaj raczej musiał szukać winy w samym sobie. Postanowił sobie mocno, że kiedy skończy się czas kolędowania, popracuje nad tymi relacjami. A póki co musiał znosić codzienne docinki Majki, która za każdym razem, jak go widziała, robiła okrągłe oczy ze zdumienia.
- A ksiądz nie w Rzymie? - pytała udając zaskoczoną, ale Mateusz widział w niej też nutkę rozczarowania i z tego powodu też było mu przykro.
- No widzisz Majciu, nie ma jeszcze u nas kapłaństwa kobiet, a ty byłaś jedyną, która mogłaby mnie zastąpić w parafii na czas ewentualnego pobytu w Rzymie – odgryzał się z uśmiechem, ale sam też nie potrafił ukryć nuty rozczarowania. I niestety to rozczarowanie nałożyło się na cały jego Adwent i Święta. Trochę mu osłodził sytuację fakt, że Romek, skruszony mąż Dominiki zaczął zbierać tacę w kościele i osobiście wciągnął w tę posługę jeszcze dwóch innych mężczyzn.
- Wiesz Romek – w międzyczasie Roman uparł się, aby Mateusz nie mówił mu „per pan”, - zawsze miałem takie marzenie, aby na każdej Mszy mieć ośmiu mężczyzn, którzy równocześnie ruszą do zbierania składki w taki sposób, że w kilkadziesiąt sekund, maksymalnie w półtorej, dwie minuty zbiorą tacę i będzie można ją wnieść od razu w procesji z darami do ołtarza – powiedział do niego Mateusz, kiedy Roman przedstawił mu trzeciego „składkowego”.
- Mamy cztery Msze, czyli potrzeba 24 facetów, a nawet 28, bo przynajmniej jeden rezerwowy na każdą godzinę musi być – zaczął głośno się zastanawiać Roman. - Trochę to zajmie, ale myślę, że damy radę.
- I taka postawa mi się podoba! - ucieszył się Mateusz. - A co z Dominiką, ona się nie chcę bardziej zaangażować? - zapytał i chyba się lekko zarumienił, ale Roman niczego nie zauważył.
- Domcia jeszcze nie widzi tu nic dla siebie, więc w tej sprawie to proboszcz musi zadziałać – uśmiechnął się Roman. - Ale, nie od razu Rzym zbudowano, prawda?
- Prawda. Będę musiał kiedyś z nią pogadać, może po Świętach – zgodził się Mateusz, a podczas Świąt przyglądał się uważnie swojej wspólnocie. I jeśli miałby sobie wziąć do serca słowa arcybiskupa Rysia o tym, po czym poznać, że wspólnota parafialna jest żywa i synodalna, to mógł zauważyć pewne zwiastuny, że idzie lepsze: świeccy układali kwiaty, świeccy zbierali tacę, świeccy – dziewczyna organisty – prowadzili małą scholkę i wreszcie świeccy – Majka, Paula, Krystian i jeszcze z dziesięć innych licealistów – zorganizowali rozprowadzanie opłatków, świec Caritas i sianka na wigilijny stół. Majka wymyśliła, że jak najszybciej muszą zorganizować jakąś małą wyprawę, trochę wypoczynkową, trochę integracyjną i trochę ewangelizacyjną i sami rozpoczęli gromadzenie środków. Można więc powiedzieć, że w te Święta ludzie mogli zobaczyć, że ksiądz nie jest sam, że nie chce być sam i że każdy kto tylko zechce, jest mile widziany ze swoim zaangażowaniem. Nawet ktoś po przejściach, jak Romek. A że Romek był po przejściach, niestety ujawniło się z powodu dziewczyny, dla której na jakiś czas stracił głowę i rozum, a ona jednak postanowiła o niego zawalczyć poprzez media społecznościowe i niestety sprawa się rozniosła. Mateusz był nawet zdumiony, jak rozsądnie zareagował na to Roman.
- Proszę księdza, jak człowiek robi głupoty, to musi być gotowy na konsekwencje. Trzeba swoje odpokutować – krótko skwitował sytuację Roman, a z Dominiką Mateusz nie miał okazji tego obgadać, więc nie wiedział, jak ona to przeżywa. Natomiast od ludzi początkowo pojawiło się parę głosów, że jak taki rozpustnik śmie zbierać tacę w kościele i proboszcz na to pozwala, ale bardzo szybko takie osądy się skończyły, natomiast zaczęła brać górę narracja, że proboszcz nikogo nie skreśla. I to chyba właśnie na tej fali pojawił się u niego Zbyszek. Już po Świętach, kiedy Mateusz był w centrum swoich zmagań z programem kolędy, przyszedł pewnego wieczoru, nawet można powiedzieć późnego wieczoru, niemal jak ewangeliczny Nikodem w nocy.
- Czy ksiądz proboszcz się nie pogniewa, że ktoś przychodzi o tej porze? - zapytał.
- Pewnie nie ma pan na imię Nikodem, ale sytuacja podobna – uśmiechnął się Mateusz wskazując gościowi drogę do kancelarii.
- Nie znam żadnego Nikodema, jestem Zbyszek – powiedział nieco zmieszany mężczyzna.
- Oczywiście rozumiem, proszę się nie przejmować, po prostu w Ewangelii jest taka sytuacja, kiedy do Jezusa przychodzi pewien mężczyzna właśnie w nocy, bo trochę się wstydził, a trochę bał, co inni powiedzą i miał na imię Nikodem, ale oczywiście ani ja Jezus, ani pan Nikodem – wyjaśnił spokojnie Mateusz.
- A to w sumie trochę nawet do mnie podobne, bo ja też bym się wstydził przyjść całkiem za dnia – powiedział Zbyszek.
- A to ciekawe... Dlaczego miałby się pan wstydzić przyjść do mnie za dnia? - zapytał Mateusz.
- A ten Nikodem dlaczego się wstydził?
- Bo był człowiekiem wykształconym, zamożnym, szanownym i wpływowym, należał do Sanhedrynu, do elity żydowskiej i chyba nie chciał, żeby go widzieli z jakimś samozwańczym nauczycielem, który się zadawał z prostytutkami i ze znienawidzonymi przez wszystkich celnikami, ale w jakiś sposób Nikodema fascynował. Dlatego przyszedł nocą – wyjaśnił Mateusz.
- Aha. To ja jednak jestem ze zupełnie innej bajki, raczej nieszanowany, żadna elita, trzeźwy alkoholik – Zbyszek lekko się ukłonił.
- Jak długo trzeźwy? - zapytał Mateusz.
- 23 lata – odparł Zbigniew.
- Wielkie osiągnięcie, naprawdę gratuluję, wnioskuję, że już dłużej trwa abstynencja niż trwał problem...
- Dłużej, ale co z tego, skoro w najważniejszym momencie trzeźwy nie byłem – powiedział Zbyszek i się zamyślił.
- Czego dotyczył ten najważniejszy moment? - zapytał po dłuższej chwili milczenia Mateusz.
- Wychowania mojego syna, jego pierwszych lat w seminarium duchownym...
- Ma pan syna księdza?
- Jakby to powiedzieć... Tak, jestem biologicznym ojcem księdza, ale z powodu alkoholu, moja żona, a jego matka, rozwiodła się ze mną, kiedy syn był na drugim roku, wyszła ponownie za mąż i według mojego syna, to ten drugi mąż jego matki jest jego ojcem. Co prawda dwa lata po rozwodzie przestałem pić i podczas święceń i prymicji syna byłem od dwóch lat trzeźwym alkoholikiem, to jednak nie zostałem zaproszony na te uroczystości. Oczywiście byłem obecny i w katedrze podczas święceń i tutaj u nas podczas prymicji, ale na takiej zasadzie jak każdy może sobie wejść do kościoła na liturgię. Na przyjęcie nie byłem zaproszony. Więc jeszcze raz, mam syna księdza, ale mój syn nie uważa mnie za swojego ojca – zakończył Zbigniew.
- I cały czas tak jest? Pomimo, że pan nie pije od 23 lat? - chciał się upewnić Mateusz.
- Cały czas – odparł Zbyszek patrząc w czubki swoich butów.
- Przepraszam, ale czy może mi pan powiedzieć, jak się nazywa pana syn? - Mateuszowi nie mieściło się w głowie, że ksiądz może tak traktować swojego ojca, bez względu na wszystko.
- Nie chciałbym, żeby się proboszcz jakoś uprzedzał, bo to jest dobry ksiądz. Przynajmniej takie słuchy do mnie docierają – powiedział niepewnie Zbyszek.
- Wie pan, że mogę to sobie sam sprawdzić, ale przecież może mi pan oszczędzić czasu – zauważył Mateusz.
- OK. Draszak. To moje nazwisko – powiedział Zbyszek, a Mateusz zamarł w bezruchu.
Jeremiasz Uwiedziony
Książka: JASNA I TA DRUGA STRONA KSIĘŻY(CA)
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!