TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 26 Czerwca 2019, 22:50
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca)- odcinek 290

Jasna i ta druga strona księży(ca)- odcinek 290

- No powiem ci proboszcz, że szału nie ma – powiedział ks. Daniel patrząc na ostateczny wynik swoich obliczeń.
- Tyle to ja sam wiem, w końcu mam oczy i widzę, ale może mi jednak powiesz nieco konkretniej jak wyglądała ta nasza niedzielna frekwencja – nieco zniecierpliwił się Mateusz.
- A jak ci się, proboszcz, wydaje: było tyle co zwykle, mniej niż zwykle czy więcej niż zwykle? - Daniel czasami lubił się przekomarzać, ale Mateuszowi nie za bardzo chciało się wchodzić w te gierki słowne. Od rana był dziwnie rozdrażniony i sam nie wiedział dokładnie dlaczego. Może to andropauza? Mimo wszystko postanowił jednak zachować spokój i nie psuć najwyraźniej dobrego humoru wikariusza.
- No dobra! Moim zdaniem było mniej niż zwykle – odpowiedział bez większego przekonania.
- Taki jest zawsze punkt widzenia proboszcza. Jak się liczy wiernych w kościele i trzeba wysłać statystyki do kurii, to każdy proboszcz biadoli, że akurat w tę niedzielę było znacznie mniej niż zwykle. Ja na to odpowiadam, drogi proboszczu, że trzeba policzyć kilka razy i wyciągnąć średnią, no ale komu by się chciało? - zapytał retorycznie Daniel.
- Masz rację. Zobaczymy jak ty zostaniesz proboszczem ile razy będziesz liczył. To ile było tych ludzi w tą niedzielę? - Mateusz nie chciał wchodzić w dyskusję.
- Nagie liczby czy procentowo? - Daniel chyba naprawdę chciał go dzisiaj wyprowadzić z równowagi.
- Jak wolisz – sztucznie uśmiechnął się Mateusz.
- Mówisz i masz. 25,4% wszystkich mieszkańców parafii. Jeżeli odejmiemy mniej więcej liczbę małych dzieci oraz starszych i chorych obłożnie to możemy mówić o niespełna 30 %. Czyli jak mówiłem szału nie ma. W tamtym roku doliczyliśmy się prawie 27 %, czyli wygląda na mały spadek – powiedział Daniel.
- Czyli nawet efektu nowego proboszcza już nie ma. Albo właśnie jest, tylko zadziałał na niekorzyść – Mateusz westchnął głęboko i pochylił się nad stołem chowając twarz w dłoniach.
- Bez paniki, proboszcz, wyluzuj. Efekt proboszcza trwa kilka miesięcy, a nie lat. A poza tym chciałem ci przypomnieć, że w tamtym roku jak było liczenie mieliśmy pierwsze spotkanie dzieci i rodziców od bierzmowania i chyba cztery albo pięć chrztów. Nie pamiętasz? Na tych dwóch Mszach ciężko było przejść przez kościół – przypominał sobie Daniel. - Tak więc na moje oko, jakby tak odjąć nadzwyczajne wizyty z racji sakramentów to mamy lekki wzrost.
- Skoro poprzedni rok był nad reprezentatywny to warto byłoby zobaczyć statystyki z poprzednich lat – zauważył Mateusz.
- Nie ma statystyk z poprzednich lat, bo proboszcz Florek takich rzeczy w ogóle nie archiwizował tylko odwoził do kurii i – jak mówił – w pośpiechu je zapominał, żeby nie wpaść w depresję. Ja bym się też za bardzo tymi liczbami nie martwił, bo Pan Jezus nigdy Apostołów nie pytał o statystyki. Jeżeli robimy wszystko co możemy to resztę możemy spokojnie zostawić w rękach Boga, a liczenie ludzi i narzekanie nic tu nie zmieni. Można jedynie wpaść w zgryzotę – zakończył Daniel, a Mateusz aż się uśmiechnął, bo przecież to był dokładnie jego punkt widzenia.
- Tylko czy my naprawdę robimy tyle ile możemy? - zapytał jeszcze po chwili, ale nie oczekiwał odpowiedzi, bo miał na myśli głównie siebie. Mimo to jednak Daniel odpowiedział.
- Nie wiem jak ty, proboszcz, ale ja dużo więcej niż w tym ostatnim roku raczej z siebie nie wykrzeszę – powiedział całkiem poważnie i Mateusz przez chwilę zamyślił się nad tym, co powiedział jego wikariusz, ale też skonfrontował to z tym, co usłyszał kilka dni temu od Szymona, który był razem z Danielem w tej parafii zanim jeszcze on nastał jako proboszcz. I Szymon bardzo chwalił Daniela, że nigdy wcześniej tak się nie angażował.
- Nie wiem, czy to bliskość probostwa, czy może ksiądz proboszcz go tak zdopingował, ale chociaż go nie lubię za te jego durne żarciki, to naprawdę muszę go pochwalić – mówił Szymon. No i sam Mateusz też nie mógł złego słowa powiedzieć. Przez chwilę medytował jeszcze w sobie to twierdzenie, by odrzucić je ze wstrętem. „Nie mogę złego słowa powiedzieć” zakłada, że człowiek niczego dobrego się nie spodziewa, ale nie ma się czego czepić. A Daniela po prostu trzeba pochwalić, bo jest dobrym księdzem oddanym swojej posłudze. Kiedy to skonstatował natychmiast poczuł się lepiej i spojrzał z uśmiechem na wikariusza.
- Proboszcz mi nie wierzysz, co? - Daniel źle zinterpretował jego uśmiech. - A ja naprawdę dużo więcej nie potrafię...
- Ależ oczywiście, że ci wierzę, przecież mam oczy, już to dzisiaj mówiłem. Patrzę i wyciągam wnioski. I dziękuję ci – powiedział Mateusz.
- A to za co?
- Że jesteś dobrym przykładem dla młodszych wikariuszy – powiedział Mateusz patrząc mu w oczy.
- Nie ma za co – bąknął zmieszany Daniel, ale po chwili odzyskał rezon. - Jakieś motywacyjne do pensji mile widziane! A propos pieniędzy. Co prawda frekwencja w ostatnią niedzielę nie była rewelacyjna, ale taca będzie na pewno większa niż zwykle – Daniel cieszył się, że może zmienić temat, bo chyba rzadko w życiu słyszał komplementy.
- Naprawdę? Skąd taki wniosek? - dociekał Mateusz.
- Na wieczornej Mszy ktoś wrzucił na tacę zwitek banknotów, chyba 700 złotych – odpowiedział Daniel.
- Kurka wodna, 700 złotych? - Mateusz z niedowierzaniem kręcił głową. - No to na pewno pan Adam!
- Który Adam? - zdziwił się Daniel.
- No ten od lodów, u którego byliśmy tydzień temu na kolacji... Dokładnie 700 złotych mu oddałem za te lody, no i zakupy, co je zrobiłem w supermarkecie bez portfela. Coś takiego właśnie powiedział, jak mu oddawałem w kopercie, żebym NA RAZIE je położył na biurku. Teraz już wiem o co chodziło w tym „na razie”... Niesamowity facet. Cały czas się zastanawiałem, o którego księdza mu chodziło... - zamyślił się Mateusz.
- Mnie się wydaje, że to było w innej diecezji, ale mogę się mylić. Ale nie powiem, też się cieszę, że taki człowiek zamieszkał w naszej parafii – uśmiechnął się Daniel. - A skoro jesteśmy przy dobrych wiadomościach to mam dla proboszcza jeszcze jedną.
- Zaczynam się bać – zaśmiał się Mateusz. - Przy takim natłoku dobrych wiadomości zaraz będzie jakieś trzęsienie ziemi.
- Nic z tych rzeczy. Po prostu pogadaliśmy z chłopakami, że z całej naszej czwórki tylko proboszcz oboje rodziców ma już na cmentarzu, to znaczy na pewno w niebie, no ale doczesne szczątki mam na myśli, dlatego po Mszy na cmentarzu 1 listopada dajemy proboszczowi wolne do soboty – powiedział Daniel.
- Zawsze myślałem, że to proboszcz daje wolne wikariuszom, no ale ten jeden raz mogę się zgodzić na wyjątek – powiedział Mateusz zupełnie zaskoczony tą propozycją i z trudem ukrywał wzruszenie. Od wielu lat nie udawało mu się pojechać na groby rodziców w pierwszych dniach listopada, a przecież od dawien dawna była to również okazja do spotkania starych przyjaciół. Zawsze 1 listopada o 20.00 pod krzyżem na cmentarzu. Ostatni raz miał okazję stawić się na miejscu zbiórki chyba z 15 albo 20 lat temu. Zastanawiał się, czy zasada nadal obowiązywała i będzie miał wreszcie okazję sprawdzić.
***
Tak jak się spodziewał, grób rodziców był wysprzątany, świeże kwiaty, znicze, ale żywego ducha przy nim nie było. A to oznaczało, że znowu zwyciężyła opcja bratowej i brat z rodzinką pojechali na groby jej rodziny. Prawie zawsze tak było. Ale dobrze, że dbali, pewnie byli dzień wcześniej. Mateusz przypomniał sobie spracowane dłonie swojej mamy, jej głośny śpiew w kościele, który do szewskiej pasji doprowadzał jego brata, no i słowa ojca, który mówił: „Synu, będę pracował dzień i noc, żebyś ty został księdzem”. Za każdym razem starał się wyciągnąć z siebie inne wspomnienia, ale nic nie mógł poradzić, że właśnie te uporczywie wracały. Zresztą, czemu miał z nimi walczyć? Przecież były piękne. Prawdziwe. Nigdy nie płakał na grobie rodziców, miał w sobie taki spokój, właściwie pewność, że są w niebie, więc co tu płakać? Nad sobą by mógł, ale przecież nie tutaj. Jak za każdym razem kiedy bywał na grobie rodziców, nucił pod nosem piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa: „Jakby nigdy nic brodzę już w smudze cienia i widzę jak zachodzi słonko ojca i matki. Jakby nigdy nic przyjaciół paru na cmentarzach, jakby nigdy nic rosną na nich kwiatki”. A potem, jako że zbliżała się dwudziesta pomaszerował z rękami w kieszeniach i głową wtuloną w kołnierz w kierunku krzyża cmentarnego, od którego biła łuna płonących pod nim zniczy, która właściwie go oślepiła.
- Nie! Patrzcie kto idzie! Czy to jest Mateusz? - dobiegł go stłumiony okrzyk i już wiedział, że nic się nie zmieniło.

 

Tekst Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!