TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Października 2020, 21:04
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 239

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 239

Proszę księdza, to jest oczywiście bardzo ważna sprawa! - mężczyzna, choć nietrzeźwy, starał się przybrać poważny wygląd.
- Z całą pewnością - odpowiedział Mateusz z nieukrywaną ironią, której jednak niemal natychmiast pożałował, ponieważ nie powinien okazywać swojej frustracji. Jakby nie było, jako kapłan posłany jest do wszystkich, przede wszystkim do ludzi zmarginalizowanych i nie powinien się wyzłośliwiać na biednym człowieku tylko dlatego, że uniemożliwił mu rozmowę z dawno niewidzianą serdeczną przyjaciółką. Przy czym fakt, że jej dawno nie widział zależał w głównej mierze od niego samego.
- Czy ksiądz się ze mnie nabija? - zapytał mężczyzna, który jak na mocno wstawionego, wydawał się być mocno spostrzegawczy. - Jak se chciał ksiądz z tą niunią porozmawiać, to mógł rozmawiać, a mnie pogonić. Ale skoro już ksiądz uznał, że może mi poświęcić czas, to proszę o trochę szacunku! - mężczyzna ostentacyjnie odwrócił się do niego bokiem i zdawał się czekać na przeprosiny.
- Ma pan rację, przepraszam - powiedział Mateusz. - Nie chciałem panu okazać braku szacunku. Proszę mi powiedzieć, o co chodzi, tym bardziej, że naprawdę nie mamy za wiele czasu, bo za piętnaście minut Msza Święta, a jeszcze ktoś może przyjść do konfesjonału. Może usiądźmy tutaj - Mateusz wskazał na ławkę, z której mógł obserwować wejście do kościoła. Mężczyzna jeszcze chwilę eksponował nadąsaną minę, ale w końcu usiadł.
- Więc, jak mówiłem, sprawa jest bardzo poważna. Ciężko harowałem całe życie na rodzinę, ale jak tylko mi się noga trochę powinęła i trafiłem na dołek, to się mnie wszyscy wyparli - powiedział mężczyzna.
- Dołek psychiczny? - zapytał Mateusz, który pomimo usilnych starań nie był w stanie skupić się na tym, co mężczyzna mówił.
- Jaki psychiczny? Może to ksiądz jest psychiczny! Na dołek, czyli do kicia. Nie mylić z kicią - mężczyzna po lekkim zdenerwowaniu szybko przeszedł na tryb dowcipny. - I jak mnie wypuścili, to już się nie mam gdzie podziać. No i teraz mógłbym księdzu opowiadać wszystkie krzywdy, których doznałem od złych ludzi, ale jak ksiądz sam mówi, zaraz Msza i ja też chętnie z Mszy skorzystam, więc może przejdę od razu do sedna?
- Tak, tak będzie najlepiej, proszę od razu do sedna - zgodził się Mateusz.
- Nie pożyczyłby mi ksiądz z pięć dych? - mężczyzna wbił oczy w Mateusza i nerwowo zagryzał górną wargę. Mateusz w pierwszym odruchu chciał go pogonić, gdzie pieprz rośnie. W drugim chciał go zapytać, na co mu pieniądze i jeśli już, to kupić mu co potrzeba, bo prawdopodobieństwo, że i tak je przepije było wysokie. W trzecim odruchu natomiast sięgnął do kieszeni sutanny i wyciągnął z niej kopertę, którą dzień wcześniej jedna pani mu wręczyła jako stypendium mszalne. Zwykle ofiary w parafii były w wysokości 50 złotych, ale często zdarzało się i 40, a nawet 30 złotych. Mateusz nie miał pojęcia, ile jest w kopercie, ale chciał po prostu zakończyć już tę rozmowę. Mężczyzna był pijany i nie widział najmniejszego sensu w tej konwersacji. I co tu ukrywać, nadal mu nie przeszedł żal utraconej szansy na pogawędkę z Anią.
- Pan ma jakieś imię? - zapytał Mateusz. Mężczyzna nie potrafił oderwać wzroku od koperty w dłoniach księdza i odpowiedział nie patrząc na niego.
- No pewnie, że mam! I to od chrztu świętego! Wacław.
- A skąd pan jest, panie Wacławie?
- Teoretycznie ze Zgierza, ale praktycznie, jak mówiłem, jestem bez stałego adresu zamieszkania, ale jak się ksiądz obawia, że mu tej pięćdziesiątki nie oddam, to naprawdę nie ma co się martwić, bo ja się tutaj trochę zatrzymam, nawet mam na oku pewną robotę... - pan Wacław w dalszym ciągu nie był w stanie oderwać oczu od koperty w dłoniach Mateusza.
- Ja panu tych pieniędzy nie pożyczę. Ja je panu dam. Pierwszy i ostatni raz, dobrze? - zapytał Mateusz.
- Ja jestem człowiekiem honoru, ale skoro się ksiądz upiera, że nie muszę oddawać, to ja potem dam na jakiś zbożny cel - zastrzegał się pan Wacław, a kiedy wreszcie Mateusz wręczył mu kopertę, otworzył ją drżącymi rękami. - To wszystko dla mnie? Bóg zapłać! Bóg zapłać!
Mateusz nie mógł uwierzyć własnym oczom. Mężczyzna trzymał w dłoni pięć banknotów stuzłotowych. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby ktoś złożył stypendium mszalne wyższe niż sto złotych, a nawet sto złotych zdarzało się nader rzadko. Mateusz siedział, jak sparaliżowany i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna zerwał się i mamrocząc pod nosem: „Dzięki Ci Boże! Dzięki Ci Boże!” pobiegł w kierunku sklepu.
- I raczej nie po chleb... - westchnął sam do siebie Mateusz i jakby miał z dziesięć lat więcej z trudem podniósł się z ławki i ruszył do kościoła. Jednak z każdym krokiem coraz bardziej się uśmiechał aż wreszcie wybuchnął głośnym śmiechem, kiedy wchodził do ciągle pustego kościoła.
- Ty to Panie Jezu masz poczucie humoru - powiedział w kierunku tabernakulum, a potem spojrzał na Marię Magdalenę w głównym ołtarzu i zauważył, że Święta jest bardziej uśmiechnięta niż mu się do tej pory wydawało.
- Nie śmiej się ze mnie - szepnął w kierunku obrazu i poszedł do zakrystii.

***
- Jak ty to zrobiłeś, że w parę lat zgromadziłeś takie fundusze? - Mateusz nie mógł się nadziwić słuchając kwot, jakie wymieniał ks. Rafał wskazując poszczególne elementy nowiutkiego kościoła, do którego przyjechał, aby pobłogosławić ślub swojej dawnej uczennicy.
- Nie ukrywam, że trochę ucierpiało na tym duszpasterstwo, ale jeździłem z rekolekcjami no i trochę środków z zewnątrz udało się pozyskać. Ale większość sumy pochodzi z ofiar naszych parafian - powiedział Rafał.
- No ale twoja parafia jest mniejsza od mojej i nawet ja jestem tam dłużej proboszczem niż ty tutaj, nie wspominając o moim poprzedniku. I stoimy w miejscu od kilku miesięcy, bo tego, co zbierzemy wystarcza na spłacenie długów zaciągniętych na roboty dawno wykonane. I mamy surowy stan, a tutaj marmury, mozaiki... - Mateusz nie potrafił ukryć nutki zazdrości.
- No jest jeszcze urok osobisty proboszcza... Żartuję! - roześmiał się Rafał. - Szczerze ci powiem, że nieraz to wszystko graniczy z cudem. Zdarza się, że na przykład mówię w ogłoszeniach, że do spłaty mozaiki brakuje nam osiem tysięcy i po Mszy przychodzi jeden z parafian i mówi, że mozaikę mogę uważać za spłaconą.
- I daje ci osiem tysięcy za jednym zamachem? - nie dowierzał Mateusz.
- No nie od razu po Mszy, ale przynosi, albo przelewa, na drugi dzień. A raz wróciłem nie pamiętam skąd, a tu pod drzwiami koperta i 20 tys. złotych.
- Żartujesz!
- Nie żartuję, mówię całkiem poważnie - uśmiechał się Rafał. - Mam też parę rodzin, które z własnej woli się opodatkowały i pół jednej pensji co miesiąc wpłacają na budowę kościoła. I wiele innych sytuacji, o których naprawdę nie mogę powiedzieć, że to ja wymyśliłem coś ekstra i to chwyciło. Po prostu ludzie sami przychodzą z pomysłami i propozycjami i jedyne, co mogę sobie przypisać, to że ja ich nigdy nie gaszę. I w ten sposób jakoś to się kręci - zakończył Rafał szerokim gestem pokazując pięknie wykończone wnętrze kościoła. Mateusz usiłował sobie przypomnieć, kiedy na konto budowy jego kościoła w Strzywążu wpłynęła jakaś większa kwota, ale nie mógł. Też były fajne inicjatywy, jak ta rodzina, która płaciła skromne pensje bezrobotnym, aby pracowali przy budowie kościoła, ale przecież nie mogli tego czynić w nieskończoność. I teraz od wielu miesięcy koszty budowy pokrywali tylko z tacy inwestycyjnej. Jedyna większa kwota, jaka mu przychodziła do głowy z ostatnich miesięcy to było 500 złotych za Mszę św., które nieświadomie wręczył podpitemu Wackowi.
- Coś tak spochmurniał? - zapytał go Rafał.
- Daje się zauważyć, co? - roześmiał się Mateusz. - Nie, wszystko ok, po prostu jestem w szoku, jak słyszę o ofiarności twoich parafian. No i chciałbym być tak daleko z budową, jak ty, ale w tym tempie, jakie widzę u nas, to potrzebujemy jeszcze z dziesięć lat.
- Spokojnie, ja też byłem przerażony, ale jakoś to poszło znacznie lepiej i szybciej, niż się spodziewałem. Kiedyś to nawet myślałem, że pociągnę tę budowę kilka lat i poproszę o zmianę, ale jak teraz widzę ten coraz piękniejszy kościół, to wcale mi nie w głowie się stąd ruszać - powiedział Rafał.

***

Po powrocie do siebie Mateusz poszedł do nowego kościoła. Było w nim zimno i dość ponuro. Końca prac nie było widać. Pomyślał o słowach Rafała: „jak teraz widzę ten coraz piękniejszy kościół, to wcale mi nie w głowie się stąd ruszać” i chciał je uczynić swoimi, ale nie mógł. Nie było w tym szczerości. Wyszedł na zewnątrz i zobaczył jakąś plastikową skrzynkę, która nie wiadomo dlaczego tam leżała. Pokręcił głową i zabrał skrzynkę ze sobą. Właśnie w tym momencie zza kościoła wyłoniła się pani Gosia z pięcioletnią córeczką Basią. Miała w ręku różaniec.
- Cóż za cudowny widok! Mamusia z córeczką modlą się na różańcu! Witaj Basieńko! - wykrzyknął Mateusz i pochylił się, aby ucałować dziewczynkę w czółko, ale wypadły mu z ręki klucze. Kiedy się schylił, aby je podnieść, nieszczęśliwie uderzył dziewczynkę w czoło plastikową skrzynką. Dziewczynka prawie się rozpłakała.
- Ojejku! Przepraszam, Basieńko, co za niedobry proboszcz... Naprawdę nie chciałem - tłumaczył się zakłopotany głaskając dziewczynkę po główce.
- Nic się nie stało, księże proboszczu, prawda Basiu? - uśmiechnęła się pani Gosia, a dziewczynka już uśmiechnięta pokiwała głową. Jeszcze chwilę porozmawiali, a potem pani Gosia wzięła Basię za rękę i kontynuowały spacer. Mateusz odszedł kilka kroków, ale ciągle jeszcze słyszał rozmowę.
- Ale mnie ksiądz proboszcz przepraszał - mówiła Basia ze śmiechem.
- No bo ksiądz proboszcz nie chciał, żebyś się na niego gniewała - tłumaczyła córce pani Gosia.
- Ale mamusiu, ja bym się nie mogła gniewać na księdza proboszcza! - odparła zdecydowanie Basia, a Mateusz słysząc to uśmiechnął się i bez cienia wątpliwości pomyślał „jak widzę ten coraz piękniejszy Kościół, to wcale mi nie w głowie się stąd ruszać”.    

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!