Jasna i ta druga strona księżyca - odcinek 192
A może zaprosimy pozostałych gości do wspólnej modlitwy? - zapytał Mateusz przyglądając się naprędce ustawionemu na biurku lichtarzykowi i dość mocnemu makijażowi pani domu.
- Jakich gości? - zapytał czerwieniąc się mężczyzna.
- Bartek! - Mateusz zwrócił się do ministrantów. - Wyjdźcie, proszę, jeszcze na chwilę do przedpokoju, a jak będzie modlitwa to was zawołam, dobra? - ministranci kiwnęli głowami i wycofali się z pokoiku należącego z pewnością do któregoś z dzieci gospodarzy.
- Przepraszam, może nie powinienem tego mówić - zagaił ponownie Mateusz - ale przecież sam zawsze proszę moich parafian, aby nigdy nie obawiali się wyznać tego, co myślą o mnie i o mojej posłudze w parafii, nawet jeśli ich opinie są bardzo niepochlebne. Będzie więc chyba uczciwie jeśli powiem, co myślałem zbliżając się do waszego domu. Odległość od waszych sąsiadów jest dość spora, więc nie można było nie zauważyć zjeżdżających się pod waszym domem aut i rozświetlonych okien. A potem, kiedy ministranci zadzwonili, część świateł nagle pogasła, no i potem kiedy już się oddalaliśmy, pan, panie Adamie, wybiegł za nami i zaprosił nas tutaj do tego pokoiku, niech zgadnę - Mateusz spojrzał w kartotekę - pewnie należącego do waszego syna Jakuba, bo nie wygląda mi na pokój Wiktorii - zakończył Mateusz uśmiechając się szeroko z życzliwością, aby gospodarze nie odebrali jego słów jako ataku.
- Pudło! - powiedział gospodarz ze spuszczoną głową.
- Naprawdę nie macie gości? - zdziwił się Mateusz.
- Nie, nie! Gości mamy, ale nie trafił ksiądz z tym pokojem. Należy akurat do Wiktorii. Nigdy nie lubiła dziewczęcych kolorów, a z zabawek szybko wyrosła, nawet jej koleżanki się dziwią... - wytłumaczyła szybko pani domu. - Proszę, niech ksiądz usiądzie - powiedziała.
- A goście? - zapytał Mateusz.
- Dobrze się bawią, poczekają - odparła kobieta.
- A nie kazaliście im być cicho? - zapytał Mateusz.
- Skąd ksiądz wie? - zdziwił się pan Adam, ale po chwili rozejrzał się po naprędce przygotowanym do kolędy pokoiku, stojących przed domem samochodach widocznych przez okno, westchnął głęboko i opuścił wzrok. - No tak, przecież głupi ksiądz nie jest. Za to my jesteśmy...
- Bo to było tak, proszę księdza. Dzisiaj jest nasza 25. rocznica ślubu - zaczęła kobieta.
- Dokładnie dzisiaj? - przerwał jej Mateusz. - To fantastycznie! Że też nie spojrzałem wcześniej w kartotekę, przyniósłbym jakiś prezent, pani... Renato - dokończył sprawdzając kątem oka imię gospodyni.
- No i jeszcze w święta ustalaliśmy, kiedy zaprosimy krewnych i przyjaciół na... - pani Renata szukała właściwego słowa.
- Na imprezę, kotku, na imprezę - podpowiedział jej mąż z lekkim uśmiechem na twarzy, wyraźnie już rozluźnionej.
- Bardziej poczęstunek, bym powiedziała, bo proszę księdza, nawet każdy z gości przyniósł coś do jedzenia ze sobą, trochę tak dla wspomnienia dawnych prywatek - tłumaczyła pani Renata.
- Bardzo fajnie, też pamiętam takie prywatki - uśmiechnął się Mateusz.
- No i wszystkim pasował tylko ten dzień, dokładnie w rocznicę, bo weekendy ludzie mieli pozajmowane. Ale kiedy przeczytałam w kościele na tablicy, że będzie u nas kolęda właśnie dzisiaj, to nawet próbowaliśmy przełożyć, ale...
- Księże Proboszczu! - wtrącił się mąż. - Nie będę ukrywał, ze wśród naszych przyjaciół są też osoby dalekie od Kościoła, a nawet niewierzące. No i kiedy żona powiedziała, że chce przełożyć imprezę, bo mamy w domu kolędę, to niektórzy się wręcz obrazili. I ostatecznie, chociaż imprezy nie przełożyliśmy, to i tak nie przyszli. I powiem księdzu, pies ich drapał!
- Adam! - żona spojrzała na niego znacząco. - Nie wracajmy do tego.
- Jak to: nie wracajmy? My musimy uszanować ich poglądy, a oni mogą się na nas obrażać i nas obrażać za nasze? I jeszcze pitolą o tolerancji...
- Adam! Dość tego! W każdym razie, proszę księdza, do tego wszystkiego, nie dość że mamy dzisiaj tę imprezę, to z tego wszystkiego żeśmy całkiem o kolędzie zapomnieli! I kiedy usłyszeliśmy dzwonek ministranta to po prostu wpadliśmy w panikę! - powiedziała pani Renata.
- Tak się zastanawiam - Mateusz patrzył w okno - czy ja naprawdę jestem taki straszny. Żeby moi parafianie się mnie bali. Przecież państwo chodzicie do kościoła, słuchacie moich kazań, czy ja robię takie wrażenie, że jak usłyszeliście dzwonek ministranta, to musieliście wpaść w panikę?
- Nie, księże, nie o to chodzi - głos pana Adama był bardzo łagodny. - Gdzieś tam pozostało w pamięci, jak się kiedyś przyjmowało księdza i było nie do pomyślenia, żeby jakaś impreza była w tym samym dniu. Sama kolęda była świętem i innych obchodów raczej się w tym dniu nie obchodziło. Więc jakieś poczucie winy gdzieś tam jest. Nie tyle z powodu imprezy, co z faktu, żeśmy zapomnieli zupełnie, chociaż tyle było zamieszania z tą datą.
- Ale też prawdą jest Adamie, że nawet jakbyśmy nie zapomnieli, to i tak plan był taki, że przyjmiemy tu księdza w pokoju Wiki - dopowiedziała pani Renata. - Żeby nie drażnić gości. Tak to było pomyślane i teraz kiedy to wszystko wyszło, jak wyszło, czuję się jak idiotka.
- No ale pani Renato, przecież jeszcze wszystko przed nami. Moje pytanie o zaproszenie waszych gości do wspólnej modlitwy jest nadal aktualne. Zależy od was. Jeśli chcecie, to wołamy ministrantów i modlimy się tutaj, albo idziemy do gości, bo tutaj raczej się nie pomieścimy - zakończył Mateusz i czekał na odpowiedź.
- Jak się ksiądz nie boi, no i z góry przepraszamy, jeśli ktoś się głupio zachowa, ale to nasz dom i nasza wiara! - pan Adam poprawił krawat. - Idziemy do salonu! Ksiądz pozwoli, że wejdę pierwszy.
Mimo, że pan Adam lekko przymknął drzwi, Mateusz nie mógł nie słyszeć wymawianych półgłosem pytań.
- I co? Kapnął się?
- Poszedł sobie?
- Macie odhaczone?
- Dajcie spokój! - skarcił ich niezbyt głośno pan Adam. - Ksiądz Proboszcz chce się z nami wszystkimi pomodlić i ja go zaprosiłem. Proszę Księże Proboszczu! – drzwi otworzyły się szeroko i Mateusz z przyklejonym do twarzy szerokim, ale jak najbardziej szczerym uśmiechem, poprzedzony ministrantami, wszedł do pełnego gości pokoju, w którym zapadła grobowa cisza.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! - powiedział głośno Mateusz, ale odpowiedź usłyszał raczej niemrawą. Nagle któryś z gości gwałtownie się podniósł i wszyscy jak na komendę uczynili to samo, wywracając przy tym kilka szklanek na stole.
- No to się teraz pani Renata na mnie zdenerwuje, ale przecież ja nie kazałem nikomu wstawać! - zastrzegł się wywołując kilka uśmiechów. - No ale skoro państwo już wstali, a nawet narobili szkód, to jest dobra okazja, abyśmy się pomodlili. Nie wiem, czy wszyscy państwo są wierzący, ale podczas kolędy modlimy się za całą rodzinę, a także wszystkich, którzy ten dom nawiedzą przez najbliższy rok, więc oczywiście państwo nie muszą w tej modlitwie uczestniczyć, ale nic nie poradzimy na to, że będziecie nią objęci. Zapewniam was, że nikomu nie zaszkodzi, a jest wyrazem miłości bliźniego, każdego bliźniego, ze strony mieszkańców tego domu, a i z mojej również. „Ojcze nasz...” - rozpoczął modlitwę Mateusz i właściwie wszyscy, może poza dwoma osobami, włączyli się w jej odmawianie. Po modlitwie Mateusz poświęcił święconą wodą cały dom, zwłaszcza pan Adam zabiegał, aby nie ominął żadnego pokoju, a następnie Mateusz jeszcze raz stanął w progu salonu, aby pożegnać się ze wszystkimi i pójść dalej.
- Bardzo się cieszę, że mogliśmy razem uczcić 25. rocznicę ślubu państwa Renaty i Adama, a nawet, czego się nie spodziewaliście, pomodlić się za nich. Zapraszam wszystkich do odwiedzenia naszego cudownego kościółka św. Marii Magdaleny, jeśli nadarzy się wam ku temu okazja. A teraz życzę wszystkim dobrej zabawy, na mnie czeka jeszcze kilka rodzin dzisiejszego wieczoru - powiedział Mateusz lekko się kłaniając.
- O nie, nie, nie! Tak łatwo się ksiądz nie wymówi - odezwał się niespodziewanie jeden z mężczyzn, który akurat chyba nie włączył się wcześniej w modlitwę.
- Rysiek, chyba nie chcesz księdzu zaproponować kielicha, co? Wiesz, że ksiądz jest na służbie podczas kolędy - pan Adam starał się, żeby jego głos brzmiał jak najbardziej naturalnie, ale Mateusz był przekonany, że gospodarz obawiał się tego, co może powiedzieć jego gość.
- Ja oczywiście szanuję to, że ksiądz jest na służbie, w porządku. Ale mam na myśli co innego. Przecież my w biurze, dzień w dzień gadamy o księżach, kłócimy się o papieża Franciszka, którego ja, chociaż jestem niewierzący, bronię przed wami wierzącymi, spieramy się o Caritas i Owsiaka, o pieniądze z podatków, o aborcję i in vitro, o zakonnice i co? Teraz mamy tu księdza i pozwolimy mu odejść? Kiedy wreszcie możemy wszystko, że tak powiem z pierwszej ręki, usłyszeć? Ty się Adam przyznaj, że specjalnie księdza zaprosiłeś, żeby mnie nawrócił...
- Nie, no co ty? Ja nikogo na siłę nie chcę nawracać. Ale ksiądz na pewno odpowie na wszystkie twoje pytania - odpowiedział Adam.
- Na moje? A wy nie macie pytań? - mężczyzna rozejrzał się. - Wie ksiądz co? To jest normalnie śmieszne. Ja ich wszystkich znam na co dzień i wiem, ile rzeczy ich nurtuje, bo większość z nich to, jak myślę, dobrzy chrześcijanie, a teraz się okazuje, że to tylko ja mam mieć pytania. A wy to co? Tylko z ambony przyjmujecie? Patrzcie, stoi ksiądz, a wy czekacie kiedy wyjdzie, zamiast prosić go, żeby został i z nami pogadał. Tak po ludzku, przy stole, a nie z katedry. Wstyd mi za was... Mówię poważnie! Niech ksiądz z nami zostanie. O głupotach już żeśmy się nagadali, porozmawiajmy o rzeczach istotnych - mężczyzna naprawdę prosząco patrzył na Mateusza.
- Ja bardzo chętnie, ale mam jeszcze kilka rodzin, a tutaj dyskusja może się przedłużyć - uśmiechnął się Mateusz.
- To niech ksiądz dokończy kolędę i wróci! No Adaś, Renia! Zaproście księdza! - mężczyzna nie ustępował.
- Bardzo prosimy - uśmiechnął się pan Adam - proszę wrócić. Nie mógłbym sobie darować straconej okazji nawrócenia kolegi. My tu posiedzimy długo, więc proszę nie mieć skrupułów.
Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!