TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 31 Sierpnia 2025, 20:04
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.371

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.371

- I mówię księdzu, że kiedy odszedł za pierwszym razem to siadłem pod drzwiami i miałem naprawdę czarne myśli. Nawet nie wiem, czy bardziej one dotyczyły mojej przyszłości, czy bardziej Jurka, w sensie jak on mógł dalej być księdzem, który w imię Boże odpuszcza ludziom grzechy, a sam nie potrafi przebaczyć własnemu ojcu – opowiadał Mateuszowi pan Zbigniew, który wydawał się być młodszy przynajmniej o dziesięć lat od kiedy go widział poprzednio. Promieniał po prostu, chociaż gdy teraz sobie to wszystko jeszcze raz układał w sercu podczas rozmowy z Mateuszem, widać było, że nadal bardzo to przeżywał. - Ale jak się wrócił i mi się rozpłakał w ramionach, to coś w nas obu pękło, roztopiło się.
- To wspaniale, panie Zbyszku, naprawdę się cieszę – uśmiechnął się Mateusz.
- I przyznam się panu, że nie miałem wątpliwości, co do pana syna. Ja może nie jestem bezstronny, ale jednak człowiek, który sprawuje uczciwie sakramenty w Imię Boże nie może pozostać nieprzemakalny na łaskę Bożą. Więc ja byłem pewny, że jak syn pana zobaczy, to takiej okazji nie przepuści. I co dalej? Gdzie będzie pan mieszkał?
- Jurek poprosił, żebym został w jego parafii, przynajmniej do czerwca, chociaż powiedział, że to wcale nie jest takie pewne, że będzie miał zmianę. A jeszcze mniej pewne, że przyjmie propozycję. Najpierw mi powiedział, że skoro już Bożym zrządzeniem zamieszkałem na terenie jego parafii, to może dobrze będzie spędzić kilka lat blisko siebie. Zwłaszcza, że brakuje mu takiego konserwatora – złotej rączki na plebanii, a niech sobie ksiądz wyobrazi, że ludzie z mojej klatki schodowej prawie wszyscy mu mówili, że sąsiad spod dwunastki to spec od wszystkiego – pan Zbigniew aż się zarumienił. - Ale Jurek powiedział coś jeszcze. Że mianowicie większość księży uważa go za pracowitego i bardzo dobrego księdza, ale karierowicza, który owszem, świetnie pracuje, ale motywuje go głównie nadzieja awansu. Sam Jurek mi to powiedział. I nawet przyznał, że może jest w tym ziarno prawdy i dlatego mógłby udowodnić sobie i innym, że może być inaczej odmawiając objęcia większej i lepszej placówki. Naprawdę, tak powiedział – zaznaczył jeszcze raz pan Zbyszek i zamilkł.
- Czyli ten koszyczek, do którego miał pan zbierać składkę w naszym kościele pozostanie nadal wolny – z uśmiechem zauważył Mateusz, który cieszył się nie mniej od pana Zbigniewa postawą księdza Jurka. Mateusz był z tych, którzy zawsze się cieszą, kiedy inni księża okazują się być dobrymi ludźmi. Czasem w żartach mógł komuś czegoś lekko pozazdrościć, ale nigdy nie deprecjonował czyichś sukcesów, aby siebie dowartościować i zawsze się cieszył, kiedy ksiądz był chwalony i doceniany.
- Na razie tak, ale nie sądzę, żeby wakat potrwał zbyt długo – odpowiedział z uśmiechem pan Zbyszek. - Skoro przekonał ksiądz mnie do siebie, to na pewno znajdzie się wielu innych, którzy zechcą aktywną być częścią tej wspólnoty. Tylko, jak mówiłem, musi ksiądz mieć do nich cierpliwość, to może trochę potrwać.                                                                                                           - Ja na pewno się nie poddam, a pan nawet gdyby był u nas gościnnie, zawsze może się włączyć we wszystko, co tu robimy, ok? - Mateusz mocno uścisnął dłoń pana Zbigniewa, bo za kilka minut miał rozpocząć Mszę Świętą. - Z Panem Bogiem panie Zbyszku i proszę pozdrowić ode mnie księdza Jurka.                                                                                                                                                   - Oczywiście – odparł pan Zbyszek. - Zresztą ja jeszcze też zostanę na Mszy Świętej.
- To do zobaczenia – powiedział Mateusz i wszedł do zakrystii a pan Zbyszek skierował się do głównego wejścia do kościoła. Mateusz ubrał szaty liturgiczne i punktualnie o 18.00 wyszedł na Eucharystię, podczas gdy organista Błażej już grał pieśń na wejście. Mimo, że był pogrążony jeszcze w różnych myślach, które miał nadzieję pójdą sobie wraz z pocałunkiem ołtarza, zauważył znacznie bardziej donośny niż zwykle śpiew. Nawet skierował pośpieszne spojrzenie ku nawie głównej, ale – jak to w dzień powszedni – w kościele nie było więcej niż kilkanaście osób. Jednak śpiew był donośniejszy niż zwykle, co do tego Mateusz nie miał najmniejszej wątpliwości, ale przestał się nad tym zastanawiać, aby w pełni skupić się na sprawowanych misteriach. W krótkim słowie po Ewangelii, nawiązując do słów św. Marka, który podkreślił, że Jezus wybrał na Apostołów tych, których On sam chciał i ich pierwszym zadaniem miało być właśnie towarzyszenie Jezusowi, a potem dopiero nauczanie i wyrzucanie złych duchów, Mateusz powiedział, że księża mają ten przywilej, że Jezus chce by przy Nim byli. A jeśli się jest przy Jezusie, to człowiek się zmienia, staje się do Niego podobny. Po czym zachęcił, aby nie gonić za sensacjami, ale szukać też w księżach tego co dobre, bo niewątpliwie znacznie więcej księży jest dobrymi Sługami Jezusa, ale ci źli są bardziej krzykliwi. Kiedy mówił te słowa Mateusz zauważył pewne ożywienie wśród ludzi, niektórzy nawet szeptali coś do ucha sąsiadom. To było bardzo dziwne, gdyż nikt tutaj zazwyczaj nie komentował na gorąco słów księdza, no ale może i to się powoli zmieniało. Mateusz spokojnie doprowadził celebrację do końca i nawet jeszcze odśpiewał z organistą i wiernymi dwie zwrotki pieśni na wyjście zanim udał się do zakrystii. Ledwie się rozebrał z szat liturgicznych, kiedy do zakrystii wparował Błażej.
- Zauważyłeś, że dzisiaj ludzie jakby głośniej śpiewali? - zapytał Mateusz zanim organista zdążył cokolwiek powiedzieć.
- No raczej, pewnie blady strach padł na wszystkie parafie w okolicy – odparł zaaferowany Błażej.
- A czego niby mają się bać? - Mateusz nie miał pojęcia o czym mówi Błażej.
- No niech proboszcz nie mówi, że nic nie wie! Przecież we wszystkich mediach społecznościowych nie mówi się o niczym innym – Błażej wzruszył ramionami.
- Ok, nie jestem na żadnej grupie i nie siedzę w żadnym Facebooku, możesz mi powiedzieć o co chodzi? - zniecierpliwił się Mateusz.
- Nic ksiądz nie wie? - upewniał się jeszcze z niedowierzaniem Błażej.
- Naprawdę nic nie wiem – odparł wzdychając Mateusz.
- Dobra. To w największym skrócie. Proboszcz w Dobroszycach, nie wiem, może miał słabszy dzień w niedzielę, ale na najbardziej uczęszczanej Mszy coś mu odbiło i wygonił wszystkich ludzi z kościoła – wypalił Błażej.
- Rysiek? Ty chyba żartujesz – nie mógł uwierzyć Mateusz.
- No zaraz księdzu pokażę – Błażej wyjął z kieszeni smartfona i zaczęli przeglądać różne strony lokalnych mediów, które donosiły o epizodzie w kościele w Dobroszycach. Po kilkunastu minutach przeglądania artykułów, wpisów, ale przed wszystkim komentarzy pod tekstami, gdzie oczywiście wylewało się mnóstwo hejtu pod adresem Kościoła w całości i ks. Rysia w szczególności, ale też pojawiły się wpisy uczestników tej Mszy, zaczął kreować się jakiś obraz sytuacji. Najprawdopodobniej na wejście była śpiewana jakaś pieśń, bardzo znana, ale ludzie nie za bardzo się włączyli w śpiew, więc ksiądz Ryszard nieco zniecierpliwiony i pewnie rozczarowany, powiedział kilka słów, prosząc ludzi o większe zaangażowanie. „Nie oszukujmy się, że ktoś bierze na poważnie hasło tego roku – uczestniczę we wspólnocie Kościoła – skoro nawet nie chce nam się otworzyć ust i śpiewać na chwałę Boga, uczestniczyć we Mszy” - miał powiedzieć ks. Ryszard we wstępie, a potem Msza toczyła się dalej aż do „Chwała na wysokości Bogu”. Najprawdopodobniej śpiew się nie poprawił i ksiądz stracił głowę. Przerwał ten niemrawy śpiew i zaczął krzyczeć, żeby ludzie sobie poszli. „Idźcie stąd, po co tutaj przyszliście? Popatrzeć na błazna? Wysłuchać koncertu? To nie tutaj, to nie cyrk, to nie sala koncertowa, tutaj się uczestniczy, tutaj się chwali Boga! Jak wam się nie chce, to nie przychodźcie! Po co kupiliśmy ten cały system multimedialny do kościoła za kilkanaście tysięcy? Bo narzekaliście, że nie znacie tekstów pieśni, więc proszę, macie tekst przed oczami? I co? I nic! Idźcie sobie, jeśli nie chcecie uczestniczyć, po prostu idźcie do domu”. No i wyglądało na to, że jakaś grupka wyszła z kościoła, potem jeszcze kolejna i mniej niż połowa została do końca Mszy, która była recytowana i bez kazania. Na kolejną Mszę w tę niedzielę przyjechał inny ksiądz, a Ryszarda już nikt nie widział od tego zdarzenia. W gazetach snuto różne hipotezy, od odwołania go ze stanowiska przez biskupa do znacznie bardziej tragicznych przypuszczeń.
- O Boże! - westchnął Mateusz.
- Teraz ksiądz rozumie, dlaczego dzisiaj tak głośno śpiewali u nas? - zapytał Błażej. - Zresztą założę się, że wszędzie w okolicy ludzie teraz będą głośniej śpiewać.
- Pewnie masz rację, ale bardziej mnie nurtuje pytanie, co z ks. Rysiem – powiedział Mateusz. - Idę na plebanię i sprobuję do niego zadzwonić.
- Pójść z księdzem? - zapytał Błażej.
- Nie, no co ty, ze mną wszytko ok, jak chcesz mi pomóc to pozamykaj tutaj wszystko.
- Robi się – odparł Błażej,wziął klucze od Mateusza i wszedł do nawy głównej. Mateusz poszedł na plebanię i wybrał numer ks. Ryszarda, który odebrał w połowie pierwszego sygnału.
- O rany! - zdziwił się tak szybką reakcją Mateusz. - Co ty trzymasz telefon przy uchu non stop?
- Cześć Mati, nie, nie – zaśmiał się Ryszard. - Po prostu przypadek.
- Cieszę się, że słyszę twój śmiech, choć chyba nieszczególnie jest śmiesznie, co? Wierz mi, ja nic nie wiedziałem, dopiero teraz mi Błażej powiedział.
- To jesteś chyba ostatni, który się dowiedział, ale wiedz, że jesteś pierwszym od którego odebrałem telefon – powiedział Rysiek.
- A kuria? - zapytał Mateusz. - Ktoś się odzywał, albo przyjechał do ciebie?
- Jeszcze w niedzielę wysłałem esemesa do kanclerza, że mnie poniosło i że we wtorek stawię się w kurii.
- Jak się trzymasz? Może wpadnę do ciebie? - zaproponował Mateusz.
- Fajnie by było...
- Jadę!

Jeremiasz Uwiedziony

Książka: JASNA I TA DRUGA STRONA KSIĘŻY(CA)

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!