TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 31 Sierpnia 2025, 20:04
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.370

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.370 

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Zapraszam księdza proboszcza - powiedział drewnianym głosem Zbigniew i nie czekając na reakcję ruszył przodem. Po kilku sekundach również Jerzy udał się za nim do pokoju i mechanicznie rozpoczął modlitwę. Ukradkiem rozglądał się po mieszkaniu.
Było świetnie urządzone, z gustem, nie to co ta nora, do której wstydził się przed laty przyprowadzić kolegów, bo raz że było biednie, a dwa, że ojciec mógł akurat wpaść w ciąg. Wstyd i tyle. Pewnie ktoś mu to mieszkanie urządził albo takie już wynajął.
- Proszę księdza, ten pan dał nam pięć dych! - wyszeptał mu podekscytowany ministrant kiedy wychodził. Drzwi za ministrantami się zamknęły i zapadła głucha cisza.
- Po co ta szopka? - zapytał wreszcie Jerzy, który nie miał najmniejszego zamiaru usiąść.
- To nie jest żadna szopka, synu, to jest moje życie i to jest mój dom – odparł wreszcie po dłuższej chwili Zbigniew.
- Ciekawe od kiedy? - powiedział ksiądz Jerzy, który zupełnie nie potrafił zapanować nad emocjami. Był zły na siebie, że z taką ciekawością czekał na spotkanie z nowym lokatorem, o którym wszyscy tak dobrze mówili, a który okazał się być jego ojcem, ojcem, którego się wyparł. Którego nie chciał widzieć, a już na pewno nie chciał o nim słyszeć nic dobrego. To burzyło jego wewnętrzny spokój z takim trudem budowany przez tyle lat.
- Jeśli chodzi o moje życie, to ono jest takie od dwudziestu lat. A jeśli chodzi o to mieszkanie, to rzeczywiście wprowadziłem się właściwie kilka dni temu – wyjaśnił Zbigniew nie patrząc na swojego syna.
- A to bardzo ciekawe! - z przekąsem zauważył Jerzy. - Akurat zdążyłeś na kolędę. Na moją ostatnią kolędę w tej parafii. Dziwny zbieg okoliczności. Naprawdę. Tobie się wydaje, że się zmieniłeś, ale jesteś takim samym manipulatorem jak kiedyś, takim samym manipulatorem jak wszyscy alkoholicy. I jeszcze ministrantom dałeś pięć dych, żeby im się przypodobać, ale jak mi wyciągałeś pieniądze za skarbonki na wódę, to już pewnie zapomniałeś.
- Nie zapomniałem, synu, nigdy nie zapomnę. I nigdy nie przestanę się za to wstydzić, ale nie mogę cofnąć czasu – powiedział ze skruchą Zbigniew.
- No właśnie! Nie możesz cofnąć czasu, to co się stało to się nie odstanie! - podniósł głos Jurek. - Więc po co pakujesz się znowu z tymi brudami w moje życie? Po co się tutaj w ogóle pojawiłeś? Myślisz, że uwierzę, że to przypadek? Myślisz, że uwierzę, że to ty tak sobie urządziłeś to mieszkanie? Myślisz, że nie pamiętam tej nory, której się wstydziłem przed kolegami? Więc tak, to jest szopka! To nie jesteś prawdziwy ty, ani to nie jest twój prawdziwy dom! Więc lepiej powiedz, czego ode mnie chcesz i zakończymy to raz na zawsze.
- Synu – powiedział łamiącym się głosem Zbigniew. - Pamiętam tę norę, pamiętam jakim byłym człowiekiem, albo raczej jak nie potrafiłem być człowiekiem, ani mężem, ani ojcem i masz pełne prawo mnie za to potępiać i mi tego nie wybaczyć. Rozumiem to – powiedział i zamilkł na chwilę, ponieważ wzruszenie odbierało mu głos, ale po chwili otrząsnął się i nadspodziewanie silnym głosem zaczął mówić dalej – Ale nie masz prawa mówić mi kim dzisiaj jestem, a kim nie jestem, nie masz prawa mówić mi, czy ten dom jest mój czy nie. Nie masz prawa! Już teraz powinienem ci powiedzieć, abyś opuścił moje mieszkanie, ale odpowiem ci, po co to wszystko. Nie będę ci tłumaczył, w jaki sposób wszedłem w posiadanie tego mieszkania, bo i tak nie uwierzysz. Nie uwierzysz, że go nie chciałem właśnie dlatego, że jest na terenie twojej parafii. Ale w końcu tak wyszło, że jest moje, sam je wyremontowałem, sam urządziłem, tak jak mi się podoba. Byłem przekonany, że nie skończę remontu przed majem, ale tak się sprawy potoczyły, że już jest gotowe. Odczytałem to jako znak od Boga, żeby jeszcze raz poprosić cię o przebaczenie. Chciałem tylko tego, żebyś mi przebaczył, a nie żebyś mnie znowu traktował jak ojca. Nie jestem głupi i wiem, że przebaczenie to pierwszy etap, od którego jeszcze daleko do pojednania. Nawet w swojej naiwności myślałem, że się ucieszysz, że to tak się samo złożyło. Ale byłem w błędzie. Więc teraz dla ciebie szopka się kończy. A przepraszam, nie dla ciebie, ale dla księdza proboszcza. Ale dla mnie się nie kończy. Bo to jest mój dom i moje życie, którego już od dwudziestu lat się nie wstydzę, choć nigdy nie przestanę się wstydzić tego, co było wcześniej. A teraz może ksiądz proboszcz spokojnie strząsnąć kurz ze swoich butów i wrócić do swojego wymarzonego świata, w którym ja już na pewno się nie pojawię i niczego nie zepsuję – zakończył Zbigniew i udał się od drzwi wyjściowych, które otworzył i z oczami wbitymi w podłogę czekał, aż jego syn, ksiądz proboszcz opuści jego mieszkanie. Jerzy szybkim krokiem nie patrząc na ojca przeszedł przez próg, po czym się zatrzymał i odwrócił w kierunku Zbigniewa.
- Trzymam cię za słowo – powiedział lodowatym tonem i zaczął zbiegać po klatce schodowej pokonując po dwa, trzy stopnie naraz. Niczym wystrzelony z procy wybiegł na zewnątrz, gdzie czekali na niego ministranci.
- Idźcie do domu! - rzucił w ich kierunku.
- Ale musimy iść z księdzem na plebanię i policzyć pieniądze, bo połowa jest dla nas a połowa do kasy ministranckiej – powiedział jeden z chłopców.
- Dzisiaj jest wszystko dla was. Idźcie do domu - powiedział nie patrząc nawet w ich kierunku Jerzy.
- Co? Ale super! - odpowiedział chłopak.
- Możemy jutro też iść z księdzem? - zapytał drugi.
- Zmykajcie! - pogonił ich Jerzy i niemal biegiem zmierzał ku plebanii. Z oczu ciurkiem leciały mu łzy i tylko spory ruch na chodniku powstrzymywał go od wymierzania sobie razów. Tylko na to miał ochotę, wtłuc sobie, zadać sobie fizyczny ból. Kiedy przechodził obok wystaw sklepowych spuszczał wzrok, żeby nie widzieć swojego odbicia, bo bał się, że się rzuci z pięściami na witrynę. Wypłynęła z niego cała nienawiść jaką żywił do siebie i ukrywał gdzieś głęboko. Nienawiść, która sprawiała, że był niesłychanie wymagający i ostry wobec wszystkich, którym życie się poplątało, zwłaszcza w kryzysach rodzinnych, nie znosił rozmaitych popaprańców, takich jakim kiedyś był jego ojciec, natomiast był wręcz obleśnie służalczy wobec ludzi sukcesu, którzy obnosili się ze swoją rodzinnością i sobie z dzióbków spijali. Dzięki temu miał dobrze postawionych znajomych, załatwił wiele spraw i funduszy dla parafii. Był tzw. skutecznym księdzem, kreatywnym, któremu nikt nie potrafił powiedzieć nie. Mógł niemal przebierać w parafiach, biskup z zamkniętymi oczami podpisałby mu każdy dekret. A on był zwykłą gnidą, która nie potrafiła wybaczyć własnemu ojcu i to ojcu, który jeszcze przed jego święceniami zmienił swoje życie. Wyszedł na ludzi. A on mówił kazania o przebaczeniu, a wyparł się własnego ojca na dekady. To wszystko było teraz dla niego tak oczywiste. A jeszcze rano był przekonany, że on po prostu przez pomyłkę urodził się w niewłaściwym miejscu, do którego tak naprawdę nie przynależał. Ale znalazł swoje miejsce, swój wymiar, swoją przestrzeń i wszystko było dobrze. Nawet Kościół przez okazywane mu uznanie potwierdzał, że wszystko jest dobrze. I pewnie gdyby ojciec podczas tej feralnej kolędy do końca się korzył i przepraszał i pozwolił mu się gnoić, to wszystko by zostało po staremu. Jakoś by mu to przeszło. Ale jak ojciec nagle potraktował go stanowczo, coś w nim pękło. I wiedział, że już nic nie będzie jak dotychczas. Skierował swoje kroki prosto do kościoła. Wiedział, że tylko tam będzie się mógł uspokoić i znaleźć rozwiązanie. Podszedł do głównych drzwi, to była jego zasługa i wielka chluba, że kościół był zawsze otwarty od szóstej rano do dwudziestej pierwszej. Szarpnął za klamkę i oniemiał. Kościół był zamknięty. To nie mogło być możliwe, to się nigdy wcześniej nie zdarzyło! Zaczął szarpać jeszcze mocniej, ale nic to nie dało. Z jakichś być może bardzo prozaicznych przyczyn (kościelny zapomniał) kościół był zamknięty. Ale dla niego to było jak uderzenie w czoło obuchem. Tu nie chodziło o to, że kościół był zamknięty. Chodziło o to, że kościół był zamknięty DLA NIEGO! Bóg go tam nie chciał. I bardzo słusznie! Jakim on był synem i jakim księdzem! Przypomniał sobie słowa z Ewangelii Mateusza: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj”. 

Wolnym krokiem ruszył z powrotem w kierunku bloku, gdzie mieszkał jego ojciec. Szedł powoli i wcale nie zastanawiał się nad tym co powie. Po prostu modlił się na Różańcu, aby i te drzwi tym razem nie okazały się zamknięte dla niego. Bał się, że ojciec – w desperacji po tym jak został po raz kolejny potraktowany przez swojego syna księdza – mógł sobie coś złego zrobić. Szedł i szedł i wydawało mu się, że ta droga nie ma końca, jakby musiał iść całe te dwadzieścia parę lat, kiedy udawał, że ojciec nie istnieje. Najgorzej było na schodach. Stopy mu ciążyły i w połowie klatki odebrało mu dech, a przecież dbał o swoje zdrowie, dobrze się odżywiał i uprawiał regularnie sport. Wreszcie jakoś doczłapał się na ostatnie piętro, ale czuł się, jakby miał stan przedzawałowy. Co prawda nigdy takiego stanu nie miał i nie miał pojęcia jak się wtedy człowiek czuje, ale z pewnością w tym momencie czuł się fatalnie. Dał sobie kilkadziesiąt sekund na wyrównanie oddechu i wreszcie nacisnął dzwonek. Po drugiej stronie drzwi rozległ się dźwięk, jakby ktoś się wspinał po tych drzwiach, a może wcześniej po prostu siedział oparty o nie placami. Wreszcie drzwi się otworzyły i stał w nich zapłakany ojciec.
- Cześć tato – powiedział Jerzy i wybuchnął głośnym płaczem.
- Cześć Dżersejku – odparł Zbigniew i rzucił się synowi w ramiona.

Jeremiasz Uwiedziony

Książka: JASNA I TA DRUGA STRONA KSIĘŻY(CA) 

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!