Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.369
Zbyszek nerwowo przechadzał się od przedpokoju do salonu i sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. Nagle zaczął dostrzegać mnóstwo niedoróbek w swoim mieszkaniu, a przecież jeszcze wczoraj był tak dumny z renowacji, której sam dokonał, starając się zrobić wszystko jak najlepiej, nie żałując ani czasu, ani środków, bo to przecież dla siebie. Ale dzisiaj wydawało mu się, że w wielu miejscach tynk jest nierówny, kinkiety nie były na jednym poziomie, a fugi w łazience za grube i wiele innych szczegółów mu się nie podobało. Nawet obrazy na ścianach, z których był tak zadowolony, bo były prawdziwe, namalowane na płótnie, a nie jak papierowe reprodukcje, które jego syn mógł pamiętać z nędznego mieszkania, w którym mieszkali przed laty, teraz wydały mu się zbyt pretensjonalne.
- Zbyszek, uspokój się - zaczął mówić po cichu sam do siebie. - Nie czekasz na jakiś odbiór budowlany, czy klienta odbierającego mieszkanie po remoncie, ale na księdza, który przyjdzie po kolędzie
z Bożym błogosławieństwem. Tak się składa, że jest to również twój syn. Więc weź się w garść i nie panikuj.
Nie liczył, ale od rana przynajmniej ze dwadzieścia razy zamykał drzwi na klucz w chwili paniki zdecydowany, aby udawać, że nikogo nie ma w domu. Potem znowu otwierał. I znowu zamykał. I otwierał. Zbliżał się do siedemdziesiątki, a zachowywał się jak dzieciak, ale nic na to nie mógł poradzić. Świadomości, że wtedy jako młody mąż i ojciec wszystko zawalił, nie mógł przykryć niczym. Nawet dwoma dekadami trzeźwego i pracowitego życia. To odium mógł z niego zdjąć tylko jego kochany Dżersejek, jak go nazywali żartobliwie z żoną w nielicznych szczęśliwych momentach. Akurat oglądali jakiś program w telewizji o pisarzu Jerzym Kosińskim, który wyemigrował do USA i tam właśnie jego imię brzmiało Dżersej. Żona zaczęła się przekomarzać z bobasem.
- Ach, to ty jesteś Dżersej, nasz Dżersejek... - mówiła.
I tak już zostało. Tylko Dżersej mógł mu przywrócić godność ojca, ale przez tyle lat nawet o tym nie pomyślał, wręcz przeciwnie, robił wszystko, żeby pokazać, że jego ojcem jest drugi mąż jego matki. Ale już za chwilę ks. Jerzy, miejscowy proboszcz miał się pojawić na kolędzie w jego nowym mieszkaniu. Za chwilę wszystko się wyjaśni. Zbyszek usłyszał rozmowy na klatce schodowej, więc delikatnie otworzył drzwi, żeby się zorientować, co się dzieje. To byli ministranci. Tego akurat nie przewidział, był przekonany, że ksiądz chodzi sam po kolędzie, tak przynajmniej utrzymywali sąsiedzi, z którymi rozmawiał. Fatalnie! Cały jego plan spalił na panewce, bo nie będzie miał okazji porozmawiać z synem w cztery oczy. Natychmiast zamknął drzwi i przekręcił klucz zdecydowany, aby kolędy nie przyjąć. Mijały kolejne minuty i wreszcie rozległ się dzwonek u drzwi. Zbigniew kurczowo trzymał się podłokietników fotela, w którym siedział zdeterminowany, aby drzwi nie otwierać. Ale jakaś siła, której nie potrafił zrozumieć, wyrwała go z tego fotela i biegiem dotarł do drzwi i je otworzył.
- Czy przyjmuje pan księdza po kolędzie? - zapytał jeden z dwóch stojących przed drzwiami ministrantów.
- Oczywiście - odpowiedział bezwiednie Zbigniew i niczym w zwolnionym tempie widział mijających go ministrantów, którzy sami znaleźli drogę do salonu, gdzie na stole stał krzyż, lichtarze i woda święcona. Ministranci śpiewali kolędę „Przybieżeli do Betlejem pasterze” i okropnie fałszowali, ale wcale się tym nie zrażali. Dla Zbigniewa wszystko było jakieś surrealne, był po prostu niesamowicie przestraszony. Natomiast chłopcy po zakończeniu jednej zwrotki kolędy odczytali Ewangelię o Narodzeniu Pana Jezusa. Zbigniew był pod wrażeniem, bo ministrant właściwie znał cały fragment na pamięć. To go wybiło z torporu i pogratulował dzieciakowi, który mógł być w trzeciej, może czwartej klasie, wspaniałej pamięci.
- Skoro tak świetnie ci idzie z Ewangelią, to kto wie, może zostaniesz księdzem - uśmiechnął się do niego Zbigniew.
- Raczej nie - nonszalancko odparł chłopiec. - A tu mamy skarbonkę i zbieramy pieniążki na wakacyjny wyjazd ministrancki.
Zbigniew dopiero teraz zauważył skarbonkę i szybko udał się do kuchni po jakieś pieniądze dla chłopców. To go troszkę odstresowało, ale ponownie zaczął nerwowo patrzeć na drzwi wejściowe. Włożył banknot pięćdziesięciozłotowy do skarbonki, na co jeden z chłopców aż zagwizdał pod nosem z uznaniem.
- I co teraz? - zapytał Zbigniew.
- Czekamy na księdza. Potem razem z nim się modlimy, a po modlitwie my wychodzimy i zostawiamy was samych - wyjaśnił jeden z ministrantów.
- Zostawiacie NAS samych? - Zbigniew bardzo mocno zaakcentował słowo nas.
- No w sensie, że w każdym mieszkaniu zostawiamy księdza z rodziną, nie tylko u pana - wyjaśnił chłopiec.
-No tak, oczywiście, że tak - pokiwał głową Zbigniew.
- A jak długo zwykle czekacie na księdza?
- Zależy. Dzisiaj akurat idzie dość szybko, tylko raz zatrzymał się na pół godziny, ale to była jakaś dziwna sprawa, bo nas tam nawet nie wpuścili - wyjaśnił bardziej wygadany z chłopców.
- Ale chyba właśnie już ksiądz proboszcz puka - dodał.
Zbigniew zerwał się z fotela i z sercem w gardle ruszył do drzwi.
***
Ksiądz Jerzy chciał jak najszybciej skończyć dzisiejszą kolędę, zwłaszcza po tym co się wydarzyło w sąsiednim bloku. Pewna kobieta nie dość, że nie wpuściła ministrantów, to jeszcze ich zwyzywała za to, że ośmielają się prosić o pieniądze na wyjazd wakacyjny. Twierdziła, że powinni się wstydzić, tak dzieciaki, jak i ich rodzice, no i oczywiście proboszcz. Jerzy próbował jej tłumaczyć, że chłopcy zgromadzą tylko drobną część potrzebnej kwoty, a resztę i tak dopłacają rodzice i parafia, a chodzi o to, żeby uczyli się odpowiedzialności. Wyjaśnił też, że nikt nie jest zobligowany, aby im coś dać, to całkowicie dobrowolna decyzja i nie było potrzeby, żeby ich źle traktować. I w związku z tym on, ksiądz Jerzy, zastanawia się czy pani w ogóle chce przyjąć księdza po kolędzie. No ale kobieta stwierdziła wówczas, że ksiądz się jej przestraszył i tutaj Jerzy nie mógł odpuścić, więc wszedł z mocnym postanowieniem, że nie przyjmie od tej pani żadnej ofiary. Z dotrzymaniem tego postanowienia nie miał najmniejszych problemów, jako że pani żadnej ofiary mu nie proponowała, natomiast dobre pół godziny musiał się tłumaczyć. A to ze skandalu w Dąbrowie Górniczej, a to za fundusz kościelny, którego okoliczności powstania bezskutecznie próbował pani wyjaśnić i wreszcie z ostatniego dokumentu watykańskiego dopuszczającego jakąś formę błogosławieństwa par niesakramentalnych w tym jednopłciowych. Argumentów było zresztą jeszcze kilka, ale Jerzy już ich nawet nie pamiętał, bo jakiekolwiek jego argumenty padały w próżnię. W końcu powiedział, że chyba nie ma dalszego sensu ta rozmowa, bo pani nie przyjmuje, a nawet nie słucha żadnych argumentów. Wtedy pani zmroziła go swoim stwierdzeniem.
- Dzień, w którym ta wasza sekta zostanie prawnie zakazana, a wy, jej urzędnicy pójdziecie siedzieć za wasze przestępstwa, będzie najszczęśliwszym dniem w moim życiu - powiedziała z wielką satysfakcją i z ciekawością przyglądała się jego reakcji.
- Proszę pani, a dlaczego pani w ogóle przyjmuje księdza po kolędzie, skoro ma pani tylko zamiar nas obrażać? - zapytał ksiądz Jerzy.
- A co, nie wolno mi? Sam się ksiądz tu pchał - odpowiedziała.
- Nie pchałem się. Proponowałem pani błogosławieństwo… Ale, może jeszcze jedna rzecz. Kiedy ostatnio pani z kimś rozmawiała? Z kimkolwiek, z sąsiadką, albo z kimś z rodziny...
- A co to ma za znaczenie? - odpowiedziała po chwili kobieta, ale wyraźnie była zmieszana.
- Tak myślałem. Żyje pani tu sama, z nikim nie rozmawia, co mnie nie dziwi, bo jeśli każdego rozmówcę traktuje pani tak jak mnie, to nie ma na pewno drugiego razu. I teraz jestem tutaj u pani ponad pół godziny i zamiast normalnie porozmawiać wylewa pani na mnie…
- Myślę, że już zakończyliśmy tę farsę - przerwała mu kobieta i ruszyła w kierunku drzwi, więc i Jerzy wstał i wyszedł.
- Gdyby pani chciała jednak porozmawiać, to wie pani gdzie jest plebania - powiedział nie uzyskując od kobiety żadnej odpowiedzi.
W każdym razie to pół godziny tak mu dało popalić, że chętnie zakończyłby w tym momencie dzisiejszą kolędę. No ale zostało mu jeszcze jakieś sześć mieszkań, w tym nowy lokator, o którym sąsiedzi mu opowiadali same dobre rzeczy. Jednemu naprawił kran, drugiemu pomalował ścianę, chyba jakiś fachowiec od budowlanki, a tej Malinowskiej z parteru to się wręcz wydawało, że facet ma jeszcze jakieś psychologiczne zdolności, bo miała problemy z córką i wszystko co on jej doradził naprawdę się sprawdziło. Jerzy był coraz bardziej zaciekawiony tym nowym lokatorem, no i oczywiście miał nadzieję, że żadnych niespodzianek już na dzisiejszej trasie nie będzie. Właśnie podszedł pod jego drzwi i zapukał. Drzwi otworzyły się dość szybko, a za drzwiami stał… jego ojciec. Jerzy na chwilę zupełnie zaniemógł. Nie potrafił powiedzieć ani słowa, ani zrobić kroku. W oczach ojca widział przerażenie i podejrzewał, że to samo było w jego oczach.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Zapraszam księdza proboszcza - powiedział drewnianym głosem Zbigniew i nie czekając na reakcję ruszył przodem. Po kilku sekundach również Jerzy udał się za nim do pokoju i mechanicznie rozpoczął modlitwę. Ukradkiem rozglądał się po mieszkaniu. Było świetnie urządzone, z gustem, nie to co ta nora, do której wstydził się przed laty przyprowadzić kolegów, bo raz, że było biednie, a dwa, że ojciec mógł akurat wpaść w ciąg. Wstyd i tyle. Pewnie ktoś mu to mieszkanie urządził, albo takie już wynajął.
- Proszę księdza, ten pan dał nam pięć dych! - wyszeptał mu podekscytowany ministrant kiedy wychodził. Drzwi za ministrantami się zamknęły i zapadła głucha cisza.
- Po co ta szopka? - zapytał wreszcie Jerzy.
Jeremiasz Uwiedziony
Książka: JASNA I TA DRUGA STRONA KSIĘŻY(CA)
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!