Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 435
Księża, jak to Polacy, lubią sobie ponarzekać, ale gdyby tak się dobrze zastanowić, to każdy z nich odnajduje wiele radości
w swojej posłudze.
– No ale powiedziałeś mu to w końcu czy nie? – Maciej przerwał Mateuszowi opowieść o odwiedzinach u wdowca Macieja Zamorskiego, do którego wysłała go pani Małgorzata, jego młodzieńcza miłość, aktualnie w szpitalu.
– A ty myślisz, że to takie proste? – Mateusz lekko się zdenerwował, że kolega mu przerywa. – Powiedzieć komuś, że ma się w tyłek pocałować? Musiałem lawirować, bo facet wyraźnie oczekiwał, że ja mu powiem, że cała ta Małgorzata, czy też Masza, jak on ją nazywał, przez cały ten czas jego małżeństwa nadal go kochała, a teraz jak już jest wdowcem, to będzie chciała z nim być. Wiesz co, my, faceci to naprawdę czasami mamy nieźle nawalone w głowach. Tak ją wystawił, a teraz się spodziewał, że ona czeka na niego i przyjmie go z otwartymi ramionami.
– A co, myślisz że go nie przyjmie? – znowu wtrącił się Maciej.
– No przecież kazała mu się pocałować, wiesz gdzie…
– Ale twoim zdaniem to było potrzebne? Odzywać się do niego po tylu latach?
– Kurczę… nie wiem, ale wcześniej nie chciała się wtrącać w ich życie z szacunku dla swojej przyjaciółki, mimo wszystko… A teraz jak ta Halinka zmarła, to mogła mu wreszcie wygarnąć za moim pośrednictwem – tłumaczył, również sobie, Mateusz.
– Dobra, dobra… Widzę, że na kobietach to ty się wcale nie znasz, chociaż co i rusz się do ciebie jakieś nieszczęśliwe przyklejają – zaśmiał się Maciej, a Mateusz poczuł się lekko urażony, właśnie z tej przyczyny, że jednak dużo pomagał różnym kobietom i uważał, że dobrze je rozumiał. – Przyjmuję dowolny zakład, że cała ta Małgośka to jednak ma zupełnie inne zamiary, niż się tobie wydaje. I specjalnie cię do niego wysłała, żeby się chłop u niej pojawił, bankowo – zakończył swój wywód Maciej.
– Może – Mateusz wolał jednak nie podejmować zakładu, bo sam zaczął wątpić w prawdziwe intencje pani Małgorzaty.
– To jak mu to powiedziałeś? – powrócił jeszcze raz do głównego wątku ich rozmowy Maciej.
– No, że Małgorzata nadal jest bardzo dotknięta i że wcześniej nie chciała w ich związek się mieszać, ale teraz, jak Halinki nie ma, to…
– To co? – przerwał Maciej.
– Dokładnie tak samo on mi przerwał, tylko że w oczach miał takie promienne przekonanie, że ona tam czeka na jego skinienie i to mnie wkurzyło, więc powiedziałem mu prosto z mostu: „panie Macieju, początek cytatu, pocałuj się w d…, koniec cytatu”. Szkoda, że nie mogę ci pokazać jego miny, normalnie jakby mu ktoś w pysk strzelił. „Żartuje ksiądz!”. A ja tylko zaprzeczyłem ruchem głowy. Potem coś jeszcze skomentował, że zawsze była taka impertynencka i zaczął się ze mną żegnać. No to jeszcze dopowiedziałem, żeby nie zapomniał o szpitalu, w którym pani Małgorzata się znajduje i na tym koniec.
– Ja jestem nadal gotów przyjąć zakład, że oni się zejdą i że pani Małgosi o to właśnie chodziło. Tylko wiesz, na początku musi się trochę odegrać…
– Chłopie, nie mam pewności, ale ona może być poważnie chora, a nawet terminalnie chora – zauważył Mateusz.
– Tym bardziej trochę mu musi przywalić, poboczy się, ale zapewniam cię, że ostatecznie będzie happy-end.
– A o czym tak koledzy rozprawiają? – w rozmowę włączył się ks. Piotr, który do nich podszedł. – Zresztą mniejsza o to. Chodźcie, bo gospodarz postawił ciasto i serwują kawę.
– No to idziemy – powiedział Maciej i razem z Mateuszem wrócili do salonu plebanii ks. Jacka, w którego obiedzie imieninowym uczestniczyli z innymi zaproszonymi kapłanami.
– Fajnie chłopaki, że wpadliście, bo to jest jedyny pozytywny moment od kilku tygodni. Ostatnio znowu mnie wkurzyli..
– Ej Jacek, no dość już tego narzekania, od pół godziny nie przestajesz biadolić, a przecież świętujemy twoje imieniny – przerwał mu Piotr, a Mateusz i Maciej wymienili porozumiewawcze spojrzenia, bo domyślali się, że dzięki spacerowi wokół plebanii oszczędzili sobie dawki pesymizmu, z którego słynął ich kolega i solenizant.
– A co mam udawać, że jest fajnie, jak nie jest? – obruszył się gospodarz.
– Popatrz na ten zastawiony stół i powiedz mi, skąd to wszystko? – nie odpuszczał koledze Piotr.
– No… trochę ludzie przynieśli…
– A jednak! Te niedobre ludziska, które tak cię wkurzają, przynieśli ci jedzenie na imprezę… Naprawdę? – ironizował z uśmiechem Piotr.
– Ciasto akurat sam upiekłem.
– Domyślam się. Jest niejadalne – powiedział Maciej, a wszyscy koledzy gruchnęli śmiechem.
– Wiecie co, tak na odtrutkę, ale nie od ciasta, nie przejmuj się Jacek, jadłem gorsze – Piotr uśmiechnął się do kolegi, – ale od twojego biadolenia, to powiem wam, co mi ostatnio sprawiło super przyjemność. No więc parafianka, która od kilku lat nie mieszka w naszej parafii, powiedziała swojej siostrze, że zawsze jak przyjeżdża na niedzielę to się modli, żeby tylko trafić na kazanie proboszcza, czyli moje – uśmiechnął się Piotr.
– Chwalipięta! – ktoś wrzasnął, a ktoś zaczął gwizdać pośród ogólnego śmiechu wszystkich księży.
– O! Panowie, chyba nie zrozumieliście. Ja mam dwóch wikariuszy i chłopaki mówią naprawdę świetne kazania, więc jeśli ktoś jednak woli moje, to wiecie rozumiecie. Ja tam się cieszę, bo że tak powiem, serce rośnie, że gdzieś te ziarenka wpadają na podatny grunt – już całkiem poważnie powiedział Piotr.
– No skoro już się tak chwalimy – tym razem głos zabrał Michał. – To u mnie w parafii zgłosiła się piątka osób z propozycją, żebyśmy przestali płacić firmie za sprzątanie kościoła, bo oni się tym zajmą jako wolontariusze i jak powiedzieli: „może wreszcie ten kościół zacznie wyglądać”. A szczerze wam powiem, że od początku wakacji szukam jakichś cięć w budżecie, bo mi się nie spina. I cięcia same się znalazły.
– Całe szczęście, bo pewnie musiałbyś sobie pensję przyciąć – zażartował Mateusz, ale trochę koledze zazdrościł, bo u niego znowu sprzątanie kościoła stało się problemem i póki co nie miał dobrego rozwiązania.
– Sobie już dawno przyciąłem do minimum, w tym roku nie byłem jeszcze nigdzie na urlopie – zauważył Michał.
– Z naciskiem na „jeszcze”, bo dopiero połowa sierpnia, a jak cię znam, to ty zwykle gdzieś do ciepłych krajów uciekałeś i to raczej zimą, więc nie rób z siebie takiego męczennika – skomentował gospodarz Jacek.
– No to lecimy dalej z tym chwaleniem się, albo chyba raczej ucieszeniem się tym, co nam się dobrego dzieje w parafiach, bo rzeczywiście chyba za dużo biadolimy – zagaił milczący dotąd Grzegorz. – Od kilku miesięcy zauważyłem u siebie bardzo wyraźny wzrost osób, które przychodzą po duchową poradę. Wiecie, jestem w tej parafii osiem lat i do tej pory chyba z raz mi się zdarzyło, że ktoś zapukał do plebanii nie z prośbą o zamówienie Mszy albo o karteczkę na chrzestnego. A tak od maja mniej więcej niemal co tydzień ktoś przychodzi się wygadać, albo poradzić. I powiem wam, że to mnie tak jakoś buduje, że nawet się znacznie więcej teraz modlę, bo w sposób naturalny pojawia się potrzeba, żeby to co mi ludzie zawierzają od razu zanieść do Pana Boga. I czuję, że naprawdę widzą we mnie takiego posłańca – wywód Grzegorza sprawił, że zrobiło się dość poważnie, jedynie Mateusz sobie uświadomił, że z niego też zrobiono posłańca, ale z niezbyt miłą wiadomością i chyba dokładnie to samo pomyślał Maciej, bo spojrzał w jego kierunku i zachichotał.
– No to fajne Grzesiu, że czujesz się takim posłańcem. Może też Mateusz by opowiedział o swoim posłannictwie – Maciej krztusił się ze śmiechu.
– Wiesz co? Daj sobie na wstrzymanie – zganił go Mateusz.
– Mati, co ty tam ukrywasz? Gadaj i to już! – zainteresował się Piotr.
– Ukrywam wiedzę o stanie psychicznym Macieja – odgryzł się i szybko próbował odwrócić uwagę kolegów, którzy już „czuli krew”. – Pogadajmy o czymś dobrym, co z kolei mnie spotkało. Otóż mam takiego chłopaka, który właśnie skończył szkołę średnią i mi ogarnia stronę internetową i gazetkę parafialną. I goni mnie, żebym w porę pisał ogłoszenia i intencje, bo on to wszystko zamieszcza, więc nie dość, że to wygląda ładnie i nowocześnie, za darmo, to jeszcze odkąd on mi pomaga, mam wszystko przygotowane w piątek. W piątek! Rozumiecie?
– Jak można mieć przygotowane ogłoszenia w piątek? Przecież dopiero w sobotę wieczorem przychodzą najlepsze pomysły duszpasterskie – powiedział Igor wywołując powszechną wesołość, ponieważ akurat on był absolutnym minimalistą, albo jak sam siebie nazywał „cholernym pragmatykiem” i w swojej parafii nie robił absolutnie nic ponad to, do czego były potrzebne święcenia kapłańskie, czyli spowiedź, Msza święta no i inne sakramenty.
– A możesz nam powiedzieć, jaki to świetny pomysł wpadł ci do głowy przedwczoraj? – zapytał Piotr.
– No jeden taki mi wpadł, ale na razie odłożyłem realizację – z poważną miną odparł Igor.
– Mianowicie?
– No pomyślałem sobie, komu przeszkadzały te opłaty za miejsce w ławkach, że je zniesiono… – co dalej powiedział trudno było usłyszeć z powodu salwy śmiechu.
– Zobaczcie jak się miło rozmawia o fajnych sprawach w naszych parafiach – podsumował Piotrek.
– Nieee… Tak jest zbyt „słodko - pierdząco” – zaśmiał się Jacek. – Pogadajmy o kurii.
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!