Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 432
– No witam, panie Ryszardzie! Myślałem, że tym razem odwiedzę pana już w domu, a pan znowu w szpitalu – Mateusz serdecznie uścisnął dłoń swojego parafianina, który niemal miesiąc wcześniej spadł z drabiny podczas demontażu ołtarza przygotowanego na Boże Ciało. Wówczas wydawało się, że chodziło tylko o złamanie kości przedramienia i ogólne potłuczenie, ale niespodziewanie pan Ryszard znowu znalazł się w szpitalu w konsekwencji tamtego zdarzenia, o czym poinformował Mateusza jego syn. Ponieważ zbliżał się dzień rozpoczęcia urlopu postanowił niezwłocznie odwiedzić pana Rysia, na którego zawsze mógł liczyć.
– Ano widzi ksiądz, jakoś się to wszystko tak dziwnie wlecze – odpowiedział Ryszard, ale ewidentnie unikał wzroku Mateusza, co było dość dziwne.
– A jak się pan czuje? – Mateusz przyglądał się uważnie mężczyźnie, który konsekwentnie patrzył w drugą stronę.
– No niby jest lepiej, ale za żadną poważną robotę nie mogę się zabrać, bo jeszcze ból dokucza.
– Całe szczęście, że jest pan od lat na emeryturze, bo miałbym wyrzuty sumienia jeszcze większe niż mam – powiedział Mateusz.
– Ksiądz wcale nie powinien mieć żadnych wyrzutów sumienia, bo jakżeśmy stawiali ten ołtarz, to przecież mi ksiądz zabronił włażenia na drabinę i się posłuchałem. No ale jakżeśmy demontowali, a księdza akurat nie było, to żem wlazł, chociaż choćby Zenek mi odradzał… – przyznał szczerze Ryszard.
– Panie Rysiu, czy jest coś jeszcze o czym powinienem wiedzieć? – zapytał wprost Mateusz, bo zachowanie parafianina było ewidentnie nie pasujące do jego jowialnej i zawsze bardzo otwartej postawy, coś w nim nie grało.
– No dobra, nie będę ściemniał – powiedział Ryszard, tym razem zgodnie ze swoim charakterem patrząc rozmówcy w oczy. – W sumie to już jest całkiem normalnie, poza dobrymi dolegliwościami, co nie powinno dziwić, bo jak sobie człowieka po sześćdziesiątce połamie gnaty, to jakiś czas potem musi to jeszcze odczuwać. I ja bym do żadnego szpitala się znowu nie pchał, bo naprawdę nie ma po co.
– To nie rozumiem, co my tu robimy – wyraził zdziwienie Mateusz.
– Prawda jest taka, że syn mnie prawie na siłę tu przywiózł.
– Ale dlaczego?
– No bo im więcej pobytu w szpitalu, tym większy uszczerbek na zdrowiu i większe odszkodowanie. Wiem księże, że to brzmi okropnie, ale jakbym został w domu, to bym musiał tego jego gadania non stop słuchać, a tutaj to przychodzi maksymalnie raz na dzień. Niech mi ksiądz wybaczy, bo ja nawet nie wiem jak tam jest z ubezpieczeniem parafii w takich sprawach, bo ten mój ancymon oczywiście chce, żeby to wszystko szło z ubezpieczenia parafialnego również. No szczerze powiem, że bardziej niż to jak ja się czuję, interesuje go, ile na tym można wydusić z ubezpieczenia – powiedział Ryszard i wreszcie odetchnął głęboko, jakby się uwolnił od jakiegoś ciężaru.
– Panie Ryszardzie, oczywiście mamy ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej, chociaż szczerze panu powiem, że nie wiem jaki jest jego zakres i czy dotyczy zdarzeń poza terenem parafii, czyli naszego kościoła, plebani i terenu wokół, ale zadzwonię do naszej pani broker i wszystkiego się dowiem i zrobię wszystko co trzeba, aby otrzymał pan godne odszkodowanie – zapewnił Mateusz.
– Ja uważam, że nic mi się nie należy i powiem księdzu, że bym się ucieszył, jakby nic z tego nie wyszło. Żeby tylko utrzeć mu nosa. Nie wiem, co się z nim stało, bo w naszej rodzinie nigdy nie było zamożności, ale też nigdy nie było skąpstwa i pazerności. Ale odkąd się ożenił, to mówię księdzu, że inny człowiek. Ale jego życie, niech robi co chce, tylko po co mnie w to wciąga – żalił się Ryszard i Mateusz doskonale go rozumiał, choć syna za bardzo nie znał.
– Z naszej strony zrobimy to co do nas należy, panie Ryszardzie, nic nie będziemy naciągać i zobaczymy co z tego będzie. Pana zaangażowanie w naszą wspólnotę jest tak wielkie, że to jest absolutne minimum, aby sprawdzić czy są okoliczności do skorzystania z polisy zgodnie z prawem. Czyli stan faktyczny pańskiego przedramienia nie jest aż taki zły? – chciał się jeszcze upewnić Mateusz.
– Drzewa jeszcze rąbać nie mogę, ale poza tym funkcjonuję normalnie – uśmiechnął się pan Rysiek pokazując nawet gest wychylania kieliszka.
– Cieszę się, że humor panu dopisuje i dziękuję panu za szczerość. Od samego początku widziałem, że coś jest nie tak…
– No bo jak człowiek nie umie kłamać, to się w pięć minut nie nauczy – skwitował Ryszard.
– I bardzo dobrze, nie ma potrzeby, żeby się tego uczyć. Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli – powiedział Mateusz, którego trochę korciło, aby zapytać, jak to się stało, że kiedy tylu ludzi ze znacznie cięższymi obrażeniami czeka godzinami na SOR-ze i są odsyłani do domu, a pan Rysiu dostał miejsce w szpitalnej sali, ale pomyślał, że chyba nie chce tego wiedzieć, a przede wszystkim nie chciał narażać nieszczęsnego parafianina na dalsze skargi na syna. Porozmawiali jeszcze kilka minut, Mateusz zostawił skrzyneczkę ze świeżymi owocami i zbierał się do wyjścia.
– A ksiądz kapelan robi codziennie obchód? – zapytał jeszcze.
– Codziennie. Dzisiaj to go nawet poproszę o spowiedź, bo muszę z siebie to naciąganie wyrzucić – powiedział z uśmiechem pan Ryszard i Mateusz wyszedł na szpitalny korytarz. Po przejściu kilkunastu metrów, przez uchylone drzwi w jednej z sal ujrzał znajomą twarz i choć oczywiście nie kojarzył nazwiska ani imienia, zatrzymał się.
– Ksiądz proboszcz! – powiedziała z przekąsem leżąca w łóżku kobieta, więc Mateusz wszedł do środka.
– Kolejna moja parafianka w szpitalu – powiedział, bo skoro nazwała go proboszczem to pewnie tak było, twarz kojarzył, choć nie wiedział dokładnie skąd. – Właśnie odwiedziłem pana Rysia Marca, który trochę się potłukł przy demontażu ołtarzy w Boże Ciało.
– Widać, że niektórzy parafianie zasługują na wizytę swojego proboszcza, a inni nie. No, chyba że przypadkiem – powiedziała kobieta, a Mateusz może nie pożałował, że się zatrzymał, ale poczuł ciśnienie idące lekko w górę. Niestety z karty pacjenta wiszącej na łóżku nie był w stanie odczytać imienia i nazwiska swojej parafianki.
– No niestety nie zawsze wiem, że ktoś z moich parafian leży w szpitalu, bo tak naprawdę rzadko jestem informowany. Trochę mnie to dziwi, bo nawet jeśli nie mógłbym przyjść w odwiedziny, a proszę mi wierzyć, że chciałbym zawsze, bo nawiedzać chorych to jest uczynek miłosierdzia dla każdego chrześcijanina, a co dopiero dla księdza, ale wiedząc, że ktoś jest w szpitalu przynajmniej modliłbym się podczas codziennego Różańca i w nowennach w naszym kościele. A jak mówiłem nie zawsze się uda odwiedzić i tu naprawdę nie chodzi o wybrańców – powiedział Mateusz ciągle jeszcze pamiętając, że ostatnio nawet dwoje chorych leżących w szpitalu, o których wiedział, nie doczekało się jego odwiedzin. No ale przynajmniej modlił się codziennie. Kobieta wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę nic nie mówiąc i zrobiło się trochę niezręcznie.
– A może mi pani przypomnieć swoją godność? – postanowił ponownie przejąć inicjatywę Mateusz.
– Godność moja to została w domu. W polskich szpitalach raczej nie ma miejsca na godność pacjentów – odpowiedziała kobieta.
– Rozumiem, ale chodziło mi po prostu o pani imię i nazwisko, bo wstyd przyznać, ale nie pamiętam.
– Wiem, o co księdzu chodziło, ale nie wiem, czy księdzu potrzebne wiedzieć, jak się nazywam. A wstydzić to się ksiądz wcale nie musi, bo nie ma mnie ksiądz skąd znać. Kolędy nie przyjmuję, a do kościoła chodzę tylko w święta i na pogrzeby. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak chcę mieć dużo ludzi na swoim pogrzebie, to muszę chodzić na wszystkie pogrzeby nawet dalekich znajomych – powiedziała kobieta, a Mateusz pomyślał, że to bardzo specyficzne podejście do pobożności, ale też zrozumiał, dlaczego jej twarz nie była mu obca. I naprawdę zrobiło mu się jej żal. Sięgnął po stojące pod ścianą krzesło i usiadł obok łóżka.
– A co ksiądz zamierza zrobić? – zdziwiła się kobieta.
– Siadam przy mojej parafiance – uśmiechnął się Mateusz i w tym momencie do sali weszła pielęgniarka.
– No nie, pani Małgosiu, wreszcie ktoś panią odwiedził! – ucieszyła się pielęgniarka. – A tak się pani zarzekała, że nikt nie przyjdzie! O – pielęgniarka w tym momencie zauważyła koloratkę Mateusza – to ksiądz przyszedł i to nie nasz kapelan, czyli albo proboszcz, albo z rodziny. Zgadłam? – pielęgniarka miała tak promienny uśmiech na twarzy, że pani – jak się okazało Małgorzata – była zupełnie zbita z tropu, pokryła się rumieńcem i nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa.
– I jedno, i drugie – zażartował.
– No to szczęściara z pani – powiedziała pielęgniarka. – Nic pani nie potrzebuje? No to lecę dalej! – pielęgniarka wyszła i zamknęła drzwi za sobą.
– Co ksiądz wygaduje? – powiedziała wreszcie pani Małgorzata.
– No skoro chodzimy na te same pogrzeby, a ja też jestem na każdym, to prawie jakbyśmy byli z jednej rodziny – powiedział Mateusz, myśląc jak wizyta w szpitalu, której pan Rysiu niekoniecznie potrzebował, okazała się bardzo potrzebna pani Małgorzacie.
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!