TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 08 Lipca 2026, 19:59
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 431

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 431

Cieszyć się czy wkurzać? Oto dylemat przed jakim stajesz,kiedy okazuje się, że zamartwiałeś się zupełnie bez powodu i to o najbliższego przyjaciela.

Nie pamiętał kiedy aż tak analitycznie przyglądał się wszystkiemu co dotyczyło Bożego Ciała. Zwykle nawał przygotowań był dość poważny, wiele rzeczy do ogarnięcia i tym razem nie było inaczej, ale po rozmowie z przyjacielem Maciejem, zaalarmowanym spadającymi statystykami w jego parafii i upatrującym ostatecznej weryfikacji sytuacji właśnie w uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, Mateusz też postanowił przyjrzeć się konkretniej sytuacji u siebie. Chciał mieć mocne argumenty w zanadrzu podczas kolejnego spotkania z przyjacielem. Oczywiście zakładał, że sytuacja będzie dość podobna, mimo że ich parafie miały nieco odmienny profil. Ale z drugiej strony pamiętał z lat poprzednich i to w różnych okolicznościach, kiedy na przykład cieszył się z wyjątkowo wielkiego uczestnictwa wiernych w jakimś święcie, potem dzielił się tą radością z kolegami kapłanami i bardzo często słyszał w odpowiedzi, że u nich było podobnie. Obserwacja ta dotyczyła również sytuacji negatywnych: bywało że załamywał ręce nad pustkami w kościele i okazywało się, że tak samo wyglądało to w innych parafiach i nie zawsze dawało się to jakoś racjonalnie wytłumaczyć. 

Siedział więc w fotelu czekając aż jego ciało ochłonie po prysznicu, spod którego właśnie wyszedł i mimo że woda nie ujęła ani odrobiny zmęczenia po całym, pięknym, ale gorącym i intensywnym dniu uroczystości, był naprawdę zadowolony. Nie miał co prawda tej zdolności precyzyjnego szacowania frekwencji, ale wydawało mu się, że było mnóstwo ludzi na procesji. Na pewno znacznie więcej niż w roku ubiegłym. No i cały okres przygotowań można powiedzieć był wzorcem zasad synodalności i zaangażowania wiernych świeckich, nie tylko w kwestie techniczne, ale i w decyzje o treści poszczególnych ołtarzy i formie jej przedstawienia.

– Nie wiem Panie Boże, czy udało nam się dzisiaj umocnić wiarę kogokolwiek z wiernych, ale moją na pewno – powiedział Mateusz półgłosem, uśmiechnął się i rozluźnił mięśnie całego ciała myśląc również o tym, jak dobrą decyzją było odwołanie kilka lat temu popołudniowej Mszy w Boże Ciało, na którą i tak prawie nikt nie przychodził. A po tak intensywnym dniu kończącym równie intensywny czas przygotowań, takie spokojne popołudnie było niczym zasłużona nagroda. Albo i nie zasłużona, bo dokładnie w tym momencie rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych. Pierwszą i mimowolną reakcją Mateusza była myśl angażująca diabelskie sprawstwo, ale szybko ją odgonił. Druga myśl wymagała natomiast bardzo szybkiej reakcji, bo przecież siedział w szlafroku. W ułamku sekundy musiał zdecydować czy w ekspresowym tempie się przebrać, czy może jednak najpierw przez uchylone drzwi zorientować się o co chodzi i potem ewentualnie poprosić o chwilę cierpliwości. Pomimo natłoku pospiesznych myśli pojawił się też wyrzut, że jeszcze nie zdążył naprawić domofonu, który w takiej sytuacji oszczędziłby mu dylematów. W każdym razie kiedy rozległ się długi, przedłużony sygnał dzwonka – jak on nie lubił tej natarczywości – miał już na sobie oprócz bielizny również sutannę i szybko zakładał buty. W trakcie trzeciego dzwonka gwałtownie otworzył drzwi.

– Maciej? – jęknął na widok stojącego przed drzwiami przyjaciela. – Noż kurka wodna, nie mogłeś wcześniej zadzwonić? Dopiero co wziąłem prysznic, myślałem że zawału dostanę tak szybko się ubierałem.

– A po co się ubierałeś, przecież mogłeś tylko sutannę założyć – uśmiechnął się głupkowato Maciej.

– No w sumie niewiele więcej mam na sobie – odburknął jeszcze lekko poirytowany Mateusz, ale nie potrafił też ukryć uśmiechu zadowolenia. – Idź do salonu, a ja wskoczę w coś luźnego – powiedział uważnie przyglądając się koledze, aby wywnioskować w jakim jest nastroju, ale Maciej się już odwrócił i poszedł w kierunku drzwi od salonu więc i on się skierował do sypialni. 

– I jak nastrój po Bożym Ciele? – zagaił kiedy wrócił w spodniach od dresu i bawełnianej koszulce i usiadł w fotelu naprzeciw kolegi.

– Spoko – odparł niedbale Maciej.
– Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór? - zapytał.

– W sumie nie mam żadnych planów – powoli odpowiedział Mateusz, lekko zdziwiony zdawkową odpowiedzią kolegi, jakby w ogóle nie było dość przecież dramatycznej poprzedniej rozmowy sprzed paru tygodni, kiedy się wydawało, że w dniu dzisiejszym miało się dokonać jakieś być albo nie być dla Macieja i sensu jego bycia proboszczem w tej parafii, którą przecież uznał za prawie umierającą. – Ale co masz na myśli, mówiąc spoko? – próbował jeszcze drążyć. – Bo na przykład u mnie… – Mateusz już miał powiedzieć, że było o wiele więcej ludzi niż w zeszłym roku, ale w porę ugryzł się w język, bo przecież u Macieja mogło być inaczej, a ostatnią rzeczą, jakiej by chciał, było zdołowanie kolegi.

– No po prostu spoko! Co mam ci powiedzieć? Ludzi było więcej niż w zeszłym roku, ołtarze ładnie przygotowali, nawet za bardzo nie musiałem się wtrącać… Powiem ci, że zawsze mnie śmiech ogarnia, jak słyszę kolegów księży, którzy podczas jakiegoś spotkania mówią, że muszą już lecieć po choinki albo ołtarz robić, albo Boży Grób… Ja to chyba jakiś szczęściarz jestem, bo w żadnej parafii, na której byłem, łącznie z obecną oczywiście, nigdy się nie musiałem o takie sprawy martwić – perorował rozluźniony Maciej, a Mateusz patrzył na niego i się zastanawiał, o co w tym wszystkim chodzi. Bo albo w obecnego przy nim kolegę właśnie wstąpiła jakaś inna osobowość, albo kiedy widzieli się poprzednio, ktoś zawładnął jego ciałem i duszą. – Może byśmy wyskoczyli na basen? Ja mam wszystko co potrzebne w samochodzie? – zapytał na koniec Maciej.

– Maciej, pamiętasz jak się ostatnio widzieliśmy? – zapytał Mateusz.

– No pamiętam, gadaliśmy o tym kochającym inaczej propagatorze synodalności, o ile dobrze pamiętam.

– Dobrze pamiętasz. Ale gadaliśmy jeszcze o czymś…

– Tak? A o czym? 

– No, mówiłeś że jesteś załamany, bo za twojego pobytu w parafii wszystko się sypie, spadają statystyki, ludzie zdemotywowani… – Mateusz próbował sobie przypomnieć, na co jeszcze jego przyjaciel wówczas się żalił.

– Poważnie? Aż tak to zabrzmiało?

– Kurka wodna, Maciek, jaja sobie ze mnie robisz? To ja od dwóch tygodni martwię się o ciebie, czy nie przeżywasz jakiegoś kryzysu albo zawodowego wypalenia i zastanawiam się, jak ci pomóc, a ty…

– No to wspaniale z twojej strony bracie, jestem ci bardzo wdzięczny, no i myślę, że jak chcesz mi pomóc to jedźmy na ten basen…

– Maciek! Mówię poważnie! Naprawdę wtedy wydawałeś mi się autentycznie podłamany… 

– No sorry, nie myślałem, że to zabrzmi aż tak ponuro.

– Ale powiedz mi, dalej tak myślisz jak wtedy? Że jest tak źle z twoją parafią i że jest w tym sporo twojej winy? Bo tak mi mówiłeś…

– No ale ty sam odpowiadałeś, że wszędzie jest podobnie i oczywiście miałeś rację. OK, przepraszam jeszcze raz i naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak czarno to odmalowałem. No i pominąłem jeden szczegół.

– Jaki szczegół? – Mateusz z jednej strony nawet się cieszył, że kolega nie jest w żadnym kryzysie, ale też chciał mieć już pełen ogląd na sytuację.

– To wszystko co ci powiedziałem o tych statystykach i sytuacji to nie było wyrazem jakiegoś mojego riserchu czy przemyśleń – wyjaśnił Maciej. – Że tak powiem ktoś inny odwalił za mnie tę robotę. To jest syn poprzedniego kościelnego. Facet, który zawsze szuka dziury w całym. No i to właśnie on jakoś tak w ostatnim czasie non stop mnie bombardował tymi swoimi hiobowymi wieściami, jak to źle jest w parafii i akurat przed naszą ostatnią rozmową miałem z nim dłuższe spotkanie, podczas którego wszystko na mnie wylał obwieszczając jednocześnie, że napisał do kurii, mnie zresztą też zostawił pismo, że proszą z rodziną o przepisanie do innej parafii. No i miałeś pecha, że akurat w tym momencie się spotkaliśmy i ja to przerzuciłem na ciebie bez wskazania źródła. Ale gość faktycznie przestał się u mnie pokazywać i powiem ci, że czuję się, jakby mi ktoś jakiś ciężar ściągnął z klaty piersiowej. Oddycham. Uśmiecham się. Statystyki co prawda są jakie są, ale przecież staram się i nie stawiam krzyżyka na tych, którzy się oddalili. I morał z tego jest taki, że jak masz jakąś toksyczną osobę w kręgu współpracowników, to zatruje cię… zresztą, czaisz co Pan Jezus mówił o kwasie faryzeuszy? – Maciej zakończył swój wywód, a następnie ramionami wykonał dwa ruchy jakby płynął crawlem, czyli podtrzymał propozycję wyjazdu na basen. Mateusz pokiwał głową i uniósł w górę kciuk prawej dłoni. Już miał iść spakować plecaczek, ale dzwonek u drzwi sprawił, że zmienił kierunek. Za drzwiami stało dwóch jego parafian wyraźnie zziajanych i rozemocjonowanych.

– Proboszczu, ściągaliśmy ten ołtarz przy bramie Nowackich i Rysiek spadł z drabiny i chyba się trochę połamał. 

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!