Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 426

Filozofom się nie śniło, jak nadzwyczajne zwroty sytuacji mogą się przydarzać zwyczajnemu księdzu, który nie zamyka się na ludzi manifestujących brak wiary w Boga, a zwłaszcza w instytucję Kościoła.
Mateusz wpatrywał się w niesamowitą ścianę pokrytą, jakby tu powiedzieć, dziełami sztuki, artefaktami, obrazami i motywami – nawet nie potrafił ich nazwać – które razem tworzyły zjawiskową kompozycję, pełną jakiegoś sacrum, choć nie było tam ani jednego obrazu religijnego, a już na pewno nie chrześcijańskiego. Z całą pewnością jeszcze nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Kiedy był młodszy, czytaj mocno zakompleksiony, zawsze całym sobą chłonął różnego rodzaju opowieści, bardzo możliwe, że wiele z nich zmyślonych albo przynajmniej mocno podrasowanych, które można by określić takim sformułowaniem: „widziałem rzeczy, o których nie śniło się filozofom”. Miał w tamtych czasach nawet żal, że jemu się takie rzeczy nie zdarzały, choć jak się przekonał z perspektywy czasu, po prostu nie potrafił ich dostrzegać. A kiedy Pan Bóg dość skutecznie wyprowadził go z kompleksów, można powiedzieć, że – podobnie jak Zmartwychwstały uczniom w drodze do Emaus – zdjął mu łuski z oczu, widział takich sytuacji wprost nie do uwierzenia, jeszcze więcej. Już nawet przestał się dziwić i o nich opowiadać. I wcale nie chodziło tylko o doznania estetyczne, jak choćby ta ściana, w którą się wpatrywał.
Znacznie większym przeżyciem było to, co mu się przydarzyło z jej autorką. Beatka, którą na własne potrzeby nazywał niewierzącą dekoratorką katolickiego kościoła, jego kościoła, w odróżnieniu od drugiej dekoratorki, wierzącej Małgosi, która rzeczywiście była kwiaciarką z zamiłowania, a nauczycielką z zawodu, okazała się być prawdziwą artystką. W takim sensie, że rzeczywiście ukończyła Akademię Sztuk Pięknych, choć nigdy nie uprawiała sztuki zarobkowo. O zgrozo, zrobiła drugi fakultet z ekonomii i była po prostu księgową. Jeszcze jeden rzut oka na ścianę uświadomił mu, ile w tej kobiecie było pragnienia sacrum, czegoś Bożego, co jedynie jest w stanie zaspokoić duszę człowieka, nawet jeśli nie wierzy, że takową posiada. I z tym niesamowitym potencjałem w głowie i w sercu Beatka prowadziła księgowość kilku niewielkim firmom. Ale to nie to aż tak bardzo zaskoczyło Mateusza. Przede wszystkim zaskakujący był fakt, że po tylu latach, podczas których Beata razem z Gosią zajmowały się kwiatami i dekoracjami świątecznymi w jego kościele i przy każdym spotkaniu podkreślała, jaka to ona jest cudownie wolna i szczęśliwa bez zorganizowanej religii, w Niedzielę Miłosierdzia pojawiła się na Mszy Świętej! A po Mszy poprosiła go, czy by jej nie poświęcił mieszkania. Mateusz był niemal stuprocentowo pewny, że ona sobie z niego najwyraźniej w świecie żartuje. Zostawił sobie może jeden procent tylko z tego powodu, że po raz pierwszy widział ją na Mszy Świętej. Postanowił więc wówczas wejść w konwencje żartobliwej rozmowy.
– Wiesz co, Beatka, ja naprawdę marzę o tym żeby poświęcić twoje mieszkanie, ale przecież nie mieszkasz na terenie parafii św. Pawła, więc muszę cię z wielkim żalem odesłać do twojego proboszcza. Jak chcesz mogę ci nawet pomóc znaleźć co to za jeden – Mateusz doskonale wiedział, znając dziewczynę od lat, że może sobie na takie żarty pozwolić i sugerować, że kobieta nie ma pojęcia nawet do jakiej parafii należy.
– Oj nie, proboszcz, od wielu lat mieszkam w twojej parafii – odpowiedziała co prawda z uśmiechem Beata, ale na pewno nie żartowała.
– Poważnie? – zapytał patrząc na nią z niedowierzaniem.
– Poważnie… W blokach na Piłsudskiego.
– To by się nawet zgadzało, bo tam trzy czwarte rodzin nie przyjmuje księdza po kolędzie – zauważył Mateusz. – Ale, powiedz mi, dlaczego zawsze twierdziłaś, że jesteś spoza parafii?
– Żebyś się proboszcz nie czuł w obowiązku mnie nawracać.
– Aha… A z tym poświęceniem mieszkania to ty tak na poważnie?
– Jeśli to nie jest jakiś problem. Bo mogę też poczekać do następnej kolędy i wtedy postaram się być w domu…
– Nie, nie! Absolutnie nie musisz czekać do kolędy, bez problemu mogę wpaść w tygodniu – odpowiedział wówczas szybko Mateusz i oto właśnie siedział na jakiejś hinduskiej sofie, bardzo zresztą wygodnej, wpatrywał się w tę zjawiskową ścianę i zastanawiał nad niesamowitością całej tej sytuacji. Beata była dla niego tym typem ateisty, który wydawał się być całkowicie szczęśliwy bez Boga i zawsze mu się wydawało, że do takich ludzi nie będzie miał przystępu. A tymczasem właśnie poświęcił i pobłogosławił jej mieszkanie i widział jak z przejęciem się przeżegnała.
– Proszę bardzo proboszcz, twoja ulubiona genmaicha – Beata postawiła przed nim dzbanek z dymiącą zieloną herbatą z prażonym ryżem. – A ja sobie strzelę mocną kawę – powiedziała i znowu wyszła z pokoju do kuchni.
– Wiesz co Beatka? – Mateusz podniósł głos, aby być słyszanym w kuchni. – Ta ściana, jest po prostu niesamowita, naprawdę ci gratuluję.
– A ja ci proboszcz gratuluję nowej fury – Beata puściła oczko i usiadła naprzeciw niego z dużym kubkiem czarnej kawy.
– Ano tak – Mateusz pokiwał głową.
– Trafiła się dobra okazja, a mój stary volkswagen zdaniem mechanika zupełnie się już nie nadawał do naprawy. Całe szczęście, że jeszcze mi dał prawie 15 000 złotych za niego, nie wiem po co mu ten grat, ale przypuszczam, że na części.
– Jak na części to całkiem sporo – zauważyła Beata. – Ale ty mi się proboszcz nie musisz tłumaczyć. Ja to miałem wrażenie, że specjalnie takim gratem jeździsz, żeby wzbudzać litość.
– No co ty? – obruszył się Mateusz.
– Dobra, temat zamknięty, kiedyś dasz mi się przejechać tym czarnym cackiem, to ci powiem co o nim sądzę – z uśmiechem ucięła temat Beata. – A tę ścianę to ja sobie nazwałam lustrem mojej duszy.
– Czyli jednak wierzysz, że masz duszę? – ucieszył się Mateusz.
– Nigdy nie twierdziłam inaczej.
– No, ale zawsze się uważałaś za ateistkę.
– Tak było łatwiej powiedzieć, ale bardziej mi chodziło o to, że jestem absolutną przeciwniczką zorganizowanych form religii, Kościołów, hierarchów, spowiedzi i takich tam… Przynajmniej byłam przez długi czas przeciwniczką tego wszystkiego – powiedziała Beata i sięgnęła po kawę, a Mateusz całym swoim sercem uczepił się owego „byłam” i nic nie mówił, aby nie przerwać jej wyznania. Miał nadzieję, że będzie jakiś dalszy ciąg. Rzeczywiście po kilkudziesięciu sekundach milczenia Beata zaczęła mówić dalej.
– Do bierzmowania byłam naprawdę mocno w Kościele. I to z przekonania. W przeciwieństwie do wielu koleżanek i kolegów, którzy ze mną ten sakrament przyjęli. No a potem… Nie wiem, czy chcę o tym mówić – Beata zamilkła i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w lustro swojej duszy, czyli w ścianę, a Mateusza naszły czarne myśli, czy może właśnie mu się nie trafiła pierwsza rozmowa z ofiarą jakichś nadużyć ze strony ludzi Kościoła.
– Jeśli nie chcesz mówić o tym dlaczego twoje drogi z Kościołem się rozeszły, a przecież zawsze możemy wrócić do tematu, to może chociaż mi powiesz co sprawiło, że byłaś w ostatnią niedzielę na Mszy, a nawet poprosiłaś mnie o poświęcenie swojego mieszkania – powiedział wreszcie Mateusz.
– Nie. W tym by nie było logiki. Jeśli mamy rozmawiać dlaczego, być może wrócę, bo to wcale nie jest jeszcze takie pewne, to najpierw muszę jednak powiedzieć co się stało tych kilkanaście lat temu… – Beata znowu zamilkła, a Mateusz też nie zamierzał niczego jej sugerować. Z jednej strony się cieszył, że doszło do takiego otwarcia ze strony Beaty, ale z drugiej obawiał się tego, co może powiedzieć. Już miał poprosić o więcej herbaty, ale Beata zaczęła mówić, więc zamienił się w słuch.
– Miałam osiemnaście lat i żadnego poważnego doświadczenia uczuciowego, a tym bardziej intymnego, zgodne z tym czego tak uporczywie nauczacie. Barbara była ode mnie dziesięć lat starsza i bardzo mi imponowała. Była prawdziwą artystką. Malowała, śpiewała, grała na skrzypcach. Była taka niezależna. Wyjeżdżała za granicę. Zabierała mnie do swojej pracowni. To dzięki niej uwierzyłam, że ja też mogę być artystką i postanowiłam pójść na Akademię Sztuk Pięknych i dostałam się tam właściwie niemal z marszu bez większego przygotowania. Wtedy myślałam, że to tylko i wyłącznie dzięki niej i jej koneksjom, co do których istnienia ciągle mnie zapewniała, a nie dzięki mojemu samorodnemu talentowi. Gdzieś po półtorej roku znajomości zaczęła mi okazywać zainteresowanie innego typu, myślę że proboszcz rozumiesz, co mam na myśli. I ja też wierzyłam, że ją… kocham. Kiedy później pytałam, dlaczego dopiero po tak długim okresie zainteresowała się mną w ten sposób wyznała, że po prostu zerwała akurat wtedy poprzednią relację. Byłam przekonana, że ja też taka jestem, to była jedna całość: moje studia, sztuka, przyszłość i Barbara. Wszystko pasowało. Oprócz Kościoła. Byłam w grzechu, nie chciałam się z tego spowiadać, Baśka przekonała mnie, że Kościół takich jak my nie chce, że musimy się cieszyć, że nas nie spalą na stosie, podsunęła kilka forów internetowych z odpowiednimi komentarzami i… wybrałam szczęście. Tyle tylko, że po niespełna roku Baśka znalazła sobie inną partnerkę. Miałam załamanie psychiczne. U rodziców byłam spalona. Rzuciłam uczelnię. Już sama nie wiedziałam kim jestem, czego chcę, kogo pragnę… Zostało mi tylko przekonanie, że Kościół mnie nie chce, więc tam pomocy nie szukałam. Po roku takiego stanu poznałam chłopaka. Ot tak, po prostu. Normalnie jak każda dziewczyna się zakochałam, choć tego nie szukałam, bo myślałam, że… wie ksiądz, że jestem inna. Okazało się, że jednak nie.
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!