Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 397
Pani Ania Niezguła od trzeciej „wizyty kolędowej” w jej mieszkaniu regularnie przychodziła do kościoła w każdą niedzielę, z czego Mateusz się bardzo cieszył. No i jednak, musiał przyznać, że kiedy Maciej żartobliwie zapytał go, czy jest ładną kobietą, obruszył się na niego za to, że choćby przez chwilę pomyślał, że jej uroda ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie w decyzji, aby pomóc jej w przyciągnięciu syna do Kościoła, bo oczywiście nie miała, ale Anna była naprawdę ładną i elegancką kobietą. Miała w sobie też ten swoisty rys osoby, której ani ziębi, ani grzeje fakt, że rozmawia z księdzem. A to Mateuszowi imponowało w takim sensie, że nie było żadnych filtrów, udawania czy owijania w bawełnę. Kiedy kapłan sprawuje sakramenty jest drugim Chrystusem, kiedy rozmawia z kimś, nawet w zakrystii, jest takim samym człowiekiem, jak każdy inny i zasługuje na takie samo traktowanie, jak wszyscy inni. Takie było podejście Mateusza, tego doświadczył podczas swoich pobytów za granicą i to mu najbardziej odpowiadało. I Anna taka właśnie była. Wbrew ironii Macieja, nie doszło do kolejnego, czwartego spotkania kolędowego, bo po ostatniej nieudanej próbie zaaranżowania spotkania z Miłoszem, dwudziestoletnim synem Anny w jej mieszkaniu, więcej się nie widzieli, a Anna miała coś wymyślić. Ale za to już kolejny miesiąc była na każdej Mszy niedzielnej. Mateusz może i by tego nawet nie zauważył, bo nie przystępowała do Komunii i siadała zawsze w ostatniej ławce, ale akurat tuż obok jego konfesjonału, więc za każdym razem, jak z niego wychodził nie mógł jej nie zauważyć. Jakby na to nie spojrzeć, przynajmniej jedna osoba więcej po wizycie kolędowej zaczęła praktykować wiarę. I tylko dlatego, że nie odbił się od zamkniętych drzwi, ale się pod nimi pomodlił. Zawsze się uśmiechał na myśl o tym, również teraz, kiedy w zakrystii rozbierał się po Mszy Świętej i w drzwiach pojawiła się Anna.
– O szczęść Boże pani Aniu - powiedział i w porę ugryzł się w język zanim dodał, że właśnie o niej myślał, bo nie byłoby to zbyt mądre.
– Widzę, że jeszcze nie zapomniał ksiądz, jak mam na imię - powiedziała Anna i oparła się plecami o ścianę obok drzwi.
– Fakt, że mam daleko posuniętą sklerozę, a może mgłę covidową, nie wiem, no ale tylko u pani byłem trzy razy po kolędzie w ciągu dwóch tygodni, więc trudno żebym nie pamiętał. No i pamiętam też o Miłoszu. Czyżby miała pani jakiś nowy pomysł na spotkanie z nim?
– Nie. Ostatnio rzadko do mnie przyjeżdża - powiedziała Anna patrząc w okno. - Pomyślałam, że jeśli w ogóle jest szansa, żeby naprawić to, co tamten ksiądz schrzanił, a my z mężem dobiliśmy, to muszę zacząć od siebie. Jak to mówicie, słowa uczą, przykłady pociągają, tak? No właśnie. Skoro ja się też odsunęłam od wiary i Kościoła, to co będę mu głowę suszyć. Więc najpierw ja muszę trochę… się poprawić - westchnęła.
– A mąż? - zapytał Mateusz.
– Były mąż - zaznaczyła Anna. - Nie wiem, nie mam wpływu, nie mam wpływu na niego, nie mam wpływu na Miłosza, mam wpływ na siebie. Chyba nie opuściłam ani jednej Mszy od kolędy, wie ksiądz? I dobrze mi to robi, przynajmniej na razie.
– No to świetnie, bardzo się cieszę, naprawdę - powiedział Mateusz i zamilkł, bo wydało mu się, że może zbyt żarliwie zapewnił o tej swojej radości.
– I pewnie się ksiądz zastanawia, po co tu przyszłam?
– Nie, no przecież każdy może przyjść i porozmawiać… za kazanie pochwalić - zaśmiał się Mateusz.
– No właśnie, nie będę chwalić za kazanie, żeby księdza pycha nie zżarła, ale ja właśnie w tej sprawie. Bo już chyba trzeci tydzień z rzędu mówi ksiądz, że jest rok jubileuszowy i pyta, czy coś w związku z tym zrobiliśmy w naszej relacji z Bogiem…
– No pani, pani Aniu, na pewno zrobiła, bo skoro przez dziesięć lat prawie wcale pani nie chodziła do kościoła, nie przyjmowała księdza po kolędzie, a teraz jest pani w każdą niedzielę, to zaryzykowałbym twierdzenie, że póki co zanotowała pani olbrzymi skok jakościowy…
– I myśli ksiądz, że to wystarczy? - przerwała mu pani Ania.
– Hmmm… nie wiem. Każdy ma inne potrzeby i inaczej przeżywa swoją wiarę…
- Ja tu dzisiaj przyszłam, bo pomyślałam, że trochę słabo, że prawie nigdy nie ma nikogo, kto by mógł przeczytać czytanie na tej Mszy, i ksiądz musi wszystko sam czytać… No i pomyślałam, czy ja nie mogłabym czytać - Anna wbiła oczy w Mateusza, który zupełnie się nie spodziewał takiej propozycji. Przez chwilę przebiegło mu przez głowę, że jeszcze nigdy nie widział, żeby Anna przyjmowała Komunię, ale do tego mogliby wrócić później, najważniejsze było, żeby jednak Ducha nie gasić.
– Oczywiście, że tak - wyjąkał wreszcie. - Kiedy chce pani zacząć? Bo jeśli w następną niedzielę, to może sobie pani wcześniej…
– Zaraz, zaraz, księże, spokojnie… najpierw muszę się wyspowiadać, bo dawno, bardzo dawno nie byłam. Ale to chyba raczej nie u księdza - popatrzyła na niego spod wysoko uniesionych brwi z żartobliwie wykrzywioną twarzą.
– Jestem nie najgorszym spowiednikiem, ale oczywiście do pani należy wybór - uśmiechnął się Mateusz, któremu trochę kamień spadł z serca, a trochę się zastanowił, czy ta kobieta mu nie czyta w myślach.
– Ale przede wszystkim - kontynuowała Anna - nie wyobrażam sobie, żeby tak z marszu pójść i czytać czytania w kościele. Myślałam, że macie jakieś kursy, przygotowanie, nie wiem, coś takiego? - spojrzała na niego pytająco, a Mateusz chyba się nawet zaczerwienił. Ze wstydu. Kobieta, która lata całe nie chodziła do kościoła, musiała mu uzmysłowić, że do pewnych rzeczy we wspólnocie trzeba być przygotowanym. Przypomniało mu się jak jeszcze z piętnaście lat temu z niedowierzaniem i zniesmaczeniem patrzył, jak w jednej parafii, gdzie miał jakąś gościnną posługę, proboszcz w zakrystii przyjął młodego chłopaka, który zapytał, czy mógłby być ministrantem. A proboszcz odpowiedział, że oczywiście, proszę bardzo, tam wisi komeżka, zakładaj, bo za dwie minuty wychodzimy do ołtarza.
– I tak bez żadnego przygotowania od razu jest ministrantem? - zapytał wówczas zdumiony Mateusz, który pamiętał, jak sam musiał przez rok się przygotowywać jako kandydat, zanim w ogóle dotknął dzwonka czy ampułek podczas liturgii.
– Oczywiście! - odparł mu proboszcz. - Zanim mu się odechce.
Mateusz był wówczas zszokowany taką postawą proboszcza. A dzisiaj chciał zrobić dokładnie tak samo, całe szczęście, że Anna podchodziła do sprawy znacznie poważniej niż on.
– Ma pani rację, powinna pani odbyć chociaż przyspieszony kurs lektorski, ale nie mam pojęcia, czy akurat teraz w diecezji, gdzieś się taki kurs odbywa - gorączkowo zastanawiał się Mateusz.
– A nie może ksiądz u nas takiego kursu zrobić?
– Tylko dla pani? - Mateusz od razu wyobraził sobie ten kurs, a jeszcze bardziej te plotki, które się zrodzą.
– Nie, nie tylko dla mnie, oczywiście… No niech ksiądz coś wymyśli… Jak mam iść na żywca, to ok, no ale pewniej bym się czuła, gdybym miała jakieś przygotowanie…
– OK. Okay. Zrobimy tak. W najbliższą niedzielę ogłosimy taki kurs przyspieszony, w takiej formie, jak mamy kurs przedmałżeński. Jeden tydzień, od niedzieli do soboty. Skoro do małżeństwa tyle wystarczy, to myślę że do czytania w kościele też powinno - powiedział Mateusz. - Może nawet rzucę temat kolegom w dekanacie.
– Mówi ksiądz, że teraz w tydzień się robi kursy przedmałżeńskie? - zdziwiła się Anna. - My chyba przez trzy miesiące chodziliśmy…, a i tak nie pomogło - westchnęła.
– Dzisiaj są różne formy, takie dłuższe też, ale zawsze jest to w sumie dwanaście tematów i coraz częściej zabieganym młodym łatwiej sprężyć się w tydzień, niż rozkładać to na spotkania raz w tygodniu - wyjaśnił Mateusz. - Ale żaden kurs nie zastąpi codziennej wspólnej harówki w małżeństwie - dodał ostrożnie, ale Anna już w tej kwestii nic nie dodała.
– No dobrze, czyli w przyszłą niedzielę rozpoczną się zapisy na ten ekspresowy kurs lektorski - powiedziała, a Mateusz znowu pomyślał, że jest głupcem. Wcale nie wyglądało na to, że dłuższy kurs by ją zniechęcił, tymczasem on z góry założył, że kurs musi być krótki i niezbyt obciążający. Przez chwilę nawet chciał jeszcze to odkręcić, ale dał sobie spokój. Może innych ewentualnych kandydatów zachęci krótki czas trwania.
– Nie, no pani już jest zapisana, pierwsza na liście - uśmiechnął się.
– Dobrze. Czyli za tydzień nie muszę przychodzić?
– Nie, no proszę nie przerywać tej pięknej passy cotygodniowych spotkań z Jezusem w niedzielnej Eucharystii - szybko powiedział Mateusz.
– Nie zamierzam przerywać, ale nie wiem, czy w ciągu tygodnia uda mi się gdzieś pójść do spowiedzi, więc bardzo prawdopodobne, że w przyszłą niedzielę będę musiał poszukać innego kościoła i jakiegoś księdza, który mnie nie „stalkinguje” pod drzwiami mieszkania… Szczęść Boże! - powiedziała ze śmiechem Anna i wyszła zanim Mateusz zdążył zareagować na żart.
Idąc z kościoła na plebanię od razu napisał na grupie księży z dekanatu wiadomość, że chce zrobić taki przyspieszony kurs lektorski dla dorosłych z pytaniem, czy po pierwsze, ktoś chce mu pomóc go przygotować i przeprowadzić, a po drugie, czy mogą ogłosić nabór na taki kurs w swoich parafiach. Pierwszych pięć odpowiedzi zawierało jedynie pytania, co mu strzeliło do głowy, żeby robić to w Wielkim Poście, kiedy są różne nabożeństwa, rekolekcje i spowiedzi. Na które szczerze odpowiedział, że ma jedną osobę chętną do czytania w kościele, więc uznał to za znak. Następnych kilka odpowiedzi zawierało sugestię, która można streścić następująco: „Chłopie, nie wygłupiaj się z jakimiś kursami lektorskimi, tylko od razu wyznacz ją do czytania i już. Póki się nie rozmyśli”.
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!