TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 31 Sierpnia 2025, 20:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 389

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 389

Osobne nabożeństwa różańcowe dla dzieci były czymś, przy czym Mateusz zawsze się upierał w każdej placówce, w jakiej przyszło mu pracować. Oczywiście nie zawsze udało mu się przeprowadzić swoją wizję, bo jednak czasami musiał się ugiąć wobec opcji, że dzieci muszą od małego mówić cały Różaniec, a nie tylko jedną dziesiątkę, nie wspominając o tym, że dla wielu księży jednak jedno nabożeństwo dziennie zawsze jest lepsze od dwóch nabożeństw dziennie.

Mateusz nie do końca rozumiał, dlaczego wszystko inne miałoby być krótsze czy uproszczone ze względu na dzieci, znał przecież parafie, gdzie na Mszy z udziałem dzieci w niedzielę czytano na przykład tylko jedno czytanie i opuszczano na przykład Credo, natomiast Różaniec musiał być rygorystycznie odmawiany w całości. Szczerze mówiąc to on też za bardzo nie wiedział, dlaczego wolał zaproponować dzieciom jedną dziesiątkę, a do tego jakąś krótką prostą katechezę plus dużo śpiewów, ale jakoś ufał, że w ten sposób pomoże dzieciom polubić tę modlitwę. Możliwe też było, że ta jego opcja była po prostu konsekwencją jego trudności z wytrzymaniem na klęczkach całych trzydziestu minut kiedy był dzieckiem i zwykle przy trzeciej czy czwartej dziesiątce zwykł był blednąć, po czym czasami też omdlewać. Ale był uparty i nigdy nie chciał usiąść! Przecież nie był mięczakiem, wszyscy klęczeli, więc on też. Zresztą jak to tak siedzieć, kiedy Pan Jezus jest wystawiony w Najświętszym Sakramencie... Może właśnie dlatego teraz wolał dzieciom oszczędzić takich cierpień młodego może nie Wertera, ale katolika? Kto wie? W każdym razie teraz był jedynym księdzem w swojej parafii, więc nikt mu nie bronił robić osobnych nabożeństw dla dzieci i robił to z wielką radością.

Czasami zdarzało się, że albo dzieci mówiły mu takie rzeczy podczas tych okołoróżańcowych rozważań, że miał o czym myśleć przez kilka dni, a czasami zupełnie mu się nie udawało wyciągnąć od nich tego co zamierzał. Tak właśnie było wczoraj. W tym roku w oparciu o materiały, które wykorzystywali z „Gościa Niedzielnego”, każdego dnia dzieci miały wyznaczaną inną intencję, w której miały się modlić i Mateusz właśnie na kanwie tej intencji osnuwał swoją dialogowaną katechezę. I tak się złożyło, że tego dnia przypadła intencja „za samotnych” i Mateusz poprosił dzieci, aby odgadły intencję i na różne sposoby próbował je naprowadzić na właściwy trop. Jak myślicie, kto bardzo potrzebuje naszej modlitwy i nie tylko modlitwy? Jednak dzieci proponowały różne stany od grzeszników, przez chorych, do powodzian o innych bardziej dziwacznych opcjach nie wspominając, oprócz oczywiście tych najprostszych jak rodziców, czy zwierzęta (z tym szczególnie ciężko jest) i mijały kolejne minuty, a nikomu nie przyszli do głowy samotni, wyjątkowo nawet rodzice czy katecheci, którzy czasem po kilku minutach jednak dyskretnie dzieciom podpowiadają, tym razem nie wpadli na właściwą intencję. Mateusz miał wrażenie, że wygląda to jak reprezentacja Polski w piłce nożnej w niektórych meczach, kiedy wydaje się że mogliby grać nawet nie 90 minut, a dwa dni, a i tak by gola nie strzelili. No więc w pewnym momencie Mateusz musiał zasugerować pierwszą literę, ale i to nie pomogło, dopiero kolejne literki wreszcie odsłoniły właściwą intencję. 

- Zobaczcie moi drodzy, o czym to świadczy – powiedział Mateusz do dzieci. - Nawet nam do głowy nie przyszło, że są czasami bardzo blisko nas ludzie samotni i że warto by się było za nich pomodlić. Tak jakby samotni dla nas nie istnieli. Myślimy o zwierzątkach, a nie widzimy wokół samotnych, a na pewno tacy są.

I jeszcze przez kilka minut rozmawiał z dziećmi o samotnych i potem oczywiście się pomodlili. Po Mszy o godz, 18.00 Mateusz ucieszył się, że nikt nie pojawił się w kancelarii, bo miał zaplanowaną papierkową robotę, w której zaległości były coraz większe. Usiadł wygodnie w fotelu i odpalił komputer, kiedy jego telefon zaczął tańczyć na biurku: miał włączony cichy tryb, więc telefon nie dzwonił, ale wibrował. Ekran był na dole, więc Mateusz nie widział kto dzwoni i miał wielką ochotę tego nie sprawdzać. No miał przecież wyciszony telefon mógł nie słyszeć, prawda? Szybko jednak odgonił od siebie tę haniebną myśl i chwycił telefon, który w tym dokładnie momencie przestał wibrować. Na ekranie pojawił się komunikat o nieodebranym połączeniu od ks. Romana. Roman był jednym z sąsiadów niezbyt często bywającym się na spotkaniach kapłańskich dekanatu. Mateusz zastanawiał się, o co mogło chodzić i znowu poczuł pokusę, że skoro nie zdążył odebrać, to może po prostu poczekać, czy kolega zadzwoni jeszcze raz. W końcu jeśli ma coś pilnego, to nie byłoby nic dziwnego, gdyby po kilku minutach spróbował ponownie. Tę myśl jednak też uznał za haniebną i szybko wybrał połączenie do Romka.

- No cześć Romku, dzwoniłeś do mnie, prawda?

- A tak, witaj Mateusz, w sumie to nic pilnego...

- Aha, no skoro tak... – Mateusz myślał jak zakończyć tę rozmowę i zabrać się za zaplanowaną pracę i czeka,ł aż Romek wejdzie mu w słowo i powie coś typu, że zobaczymy się przy okazji, albo zadzwonię kiedy indziej, ale Romek nic nie mówił, więc to on musiał jakoś zakończyć ten wątek, albo zachęcić kolegę do wyjawienia przyczyny, z jakiej do niego zadzwonił. - No ale powiedz, o co chodziło.

- Nie, no... jakoś tak nie chciało mi się siedzieć tu kolejny wieczór samemu i pomyślałem, że może wpadnę do ciebie i wypijemy jakąś kawę – wydusił wreszcie z siebie Romek, a Mateusz miał już na końcu języka, że tak ogólnie nie ma sprawy, tylko w tym momencie ma trochę roboty do nadrobienia, ale na szczęście w porę ugryzł się w język. A właściwie nie tyle ugryzł się w język, co sobie przypomniał sytuację z dziecięcego Różańca. Tak się dziwił, że dzieciom nie przyszło do głowy, że są wokół nas samotni, którzy mogą potrzebować jakiegoś wsparcia, czy choćby modlitwy, a ON SAM właśnie chciał takiego samotnego kolegę po fachu, brata w kapłaństwie, odprawić z kwitkiem, bo ma zaległą robotę. Gdyby mógł spoliczkowałby siebie bez wahania!

- Jasne Romek, wbijaj śmiało, a jak chcesz to nawet ja mogę przyjechać do ciebie – powiedział Mateusz może nie z wielkim entuzjazmem w głosie, ale z ulgą, że nie strzelił głupoty. 

- Nie, nie, ja do ciebie przyjadę, muszę trochę odpocząć od tych czterech ścian – powiedział wyraźnie ożywionym głosem Romek. - Będę za dziesięć minut.

- Spoko! Czekam – zapewnił go Mateusz i przerwał połączenie. Niczym don Camillo skierował wzrok na krzyż i głośno powiedział. - Zrobiłeś to specjalnie, co? Ciekawe, kto za mnie tę robotę nadrobi i kiedy, bo wizytacja zbliża się szybkimi krokami – Mateusz przypatrywał się wyrzeźbionemu w drewnie Chrystusowi, ale Ten nawet nie drgnął. Chociaż Mateusz przez chwilę miał wrażenie, że jakiś głos wewnątrz serca mówił „Gdybyś wszystkie papiery wypełniał regularnie, nie miałbyś żadnych zaległości przed wizytacją”, ale głowy by sobie nie dał uciąć, że to słyszał, a już tym bardziej by się nie upierał, że to Pan Jezus mu tak mówił. Przecież Pan Jezus wie, że on NAPRAWDĘ nie miał czasu, żeby wszystko robić na bieżąco. Chyba Pan Jezus to wie. Dalsze rozważania przerwał mu dzwonek u drzwi, Romek wyrobił się bardzo szybko.

- No cześć Romku fajnie, że wpadłeś – powiedział Mateusz wprowadzając kolegę do saloniku. - W kominku jeszcze nie rozpaliłem – powiedział widząc ożywienie w oczach Romka na widok paleniska – po pierwsze, bo rano nie wydawało się, że będzie tak chłodno, a po drugie, że drzewa trzeba narąbać – uśmiechnął się porozumiewawczo.

- Super, że masz kominek – powiedział Romek. - Mówią, że taki kominek fajnie dotrzymuje towarzystwa.

- To prawda! - powiedział Mateusz.
- Staram się zawsze mieć na plebanii kominek, a jak nie ma opcji, żeby był taki prawdziwy to nawet i koza mi wystarczy, teraz robią takie całkiem fajne. Tak, że gdzie bym nie mieszkał, mam kominek.

- Nawet jak byłeś w Italii? - zapytał z ciekawości Romek.

- Tam przede wszystkim, w sensie, że tam miałem kominek po raz pierwszy.

- A ja myślałem, że kominki to bardziej w Norwegii, a w Italii taki gorąc, że nie potrzeba – wyznał Romek.

- No właśnie dlatego, że jest gorąco i sezon grzewczy jest krótki, taki kominek świetnie sobie radzi i jest prawie w każdym domu – uśmiechnął się Mateusz.

- Aha, czyli zawsze masz kominek. Ja kominka nigdy nie miałem, ale zdałem sobie sprawę, że odkąd byłem diakonem i podostawałem jakieś obrazy, nędzne zresztą w większości, prawdę mówiąc nawet nie obrazy tylko reprodukcje, to je zawsze zabieram ze sobą do nowych placówek, ta będzie chyba już ósma. I wiesz, mam ciągle ten sam zestaw obrazów, mniej więcej w podobnym układzie na ścianach i dzisiaj pomyślałam, że już mi się rzygać chce od tych obrazów. Jak powiedziałeś, że możesz wpaść do mnie, to aż mną wstrząsnęło. Nie mogę już na nie patrzeć. Na to moje mieszkanie tak urządzone, jakbym ciągle był tym diakonem sprzed ponad trzydziestu lat – wyznał Roman nie odwracając wzroku od zimnego kominka.

- Oj, to całe szczęście, że to nie są prawdziwe obrazy, bo takich by było szkoda. A reprodukcje możesz puścić z dymem choćby jutro – powiedział po chwili zastanowienia i jednak zdumienia nastrojem kolegi Mateusz.

- Mówisz poważnie? - Romek spojrzał na niego z uwagą.

- Jeśli nie mają jakiejś wielkiej wartości sentymentalnej, to ja tak bym zrobił. Wiesz, jak się wprowadzam w nowe miejsce to staram się tak je urządzić, żebym potem nie za wiele mógł ze sobą zabrać na kolejną placówkę. A bardziej jeszcze chodzi mi właśnie o to, żebym się czuł w tym miejscu adekwatnie do wieku i kontekstu. No i żeby była nowość – tłumaczył Mateusz chociaż nie za bardzo wiedział, czy w ten sposób jeszcze bardziej nie zdołuje kolegi.

- Czyli mówisz, że ja ciągle się czuję, jak ten diakon trzydzieści lat temu? - Romek nie odrywał od niego wzroku.

- Nie. Mówię, żebym spalił te obrazy. Napijesz się kawy, czy może jednak wina?

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!