TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 31 Sierpnia 2025, 20:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 385

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 385

– Nie miałeś żadnych problemów z tym pogrzebem? - zapytał Mateusz księdza Wojtka, który zastępował go podczas krótkiego urlopu i jemu przypadł w udziale pogrzeb śp. Bonifacego Nowaka, którego wnuczek Andrzej domagał się szczególnej oprawy ze względu na zasługi dziadka, które chyba jednak przypadły na czas głębokiej komuny. Na szczęście inni członkowie rodziny, którzy ostatecznie załatwiali formalności, wyznali że nie są osobami religijnymi a pogrzeb kościelny był wolą żony zmarłego, też już nie żyjącej, ale wcześniej żywo praktykującej swą wiarę. I oni nie mieli absolutnie żadnych wymagań. Więc Mateusz postanowił nie przekładać urlopu i teraz chciał się dowiedzieć, jak przebiegła ceremonia.

– Żadnych problemów nie było - odparł spokojnie Wojtek. - W kościele było dosłownie pięć osób, to już na chórze było więcej, bo twój organista, jego dziewczyna i kwartet smyczkowy. No a przed kościołem to mały tłumek był, nie powiem.

– Kwartet smyczkowy? To chyba pierwszy raz w mojej parafii… no, ale człowiek zasłużony w końcu…

– Aha, jeszcze jedna rzecz. Poprosili mnie żeby nie było homilii, oczywiście, jeśli mi to odpowiada. Motywowali to faktem, że pan Bonifacy nie był zbytnio wierzący, więc jeśli mi pasuje, to lepiej nic nie mówić. No i ja się zgodziłem, zwłaszcza, że nie jestem u siebie - wyznał Wojtek.

– Dobrze zrobiłeś - powiedział Mateusz i przez chwilę zastanawiał się, czy on też by przystał na pominięcie homilii. Tak na chłodno, raczej nie, ale trudno powiedzieć, jakby się zachował będąc w tej sytuacji. Jedno było pewne: był absolutnie szczęśliwy, że nie zrezygnował ze swoich wakacji pod wpływem żądań pana Andrzeja, który być może nawet nie był na Mszy Świętej. - A powiedz mi jeszcze Wojtku, te osoby, które były na Mszy św.  w kościele to była najbliższa rodzina?

– Nie mam pojęcia - szczerze wyznał Wojtek. - Cztery starsze panie i jeden starszy pan.

– Czyli raczej żaden wnuk zmarłego - upewnił się Mateusz.

– Na pewno nie, bardziej wyglądali na rówieśników zmarłego niż jego potomków.

– Wojtuś, bardzo ci dziękuję i proszę o dalszą opiekę nad parafią. W razie czego, dzwoń śmiało - powiedział Mateusz.

– Spoko! Postaram się nie zawracać ci głowy. Pozdrów Macieja i wypoczywajcie - Wojtek zakończył połączenie a Mateusz podszedł do wylegującego się na ławce przyjaciela.

– I co? Zawaliła się parafia, bo proboszcz nie odprawił pogrzebu? - zapytał Maciej.

– Nie o to pytałem Wojtka, baranie. Byłem ciekaw jak przebiegła ceremonia, to wszystko, no i czy Wojtek nie miał jakichś nieprzyjemności.

– I co? Miał jakieś problemy?

– Żadnych. Nawet homilii nie chcieli - odparł Mateusz.

– A to mieli szczęście, bo jakby był proboszcz, to by im nie darował paru słów mądrości - zaśmiał się Maciej a Mateusz już miał mu coś odpalić, ale się powstrzymał, szczerze nie wiedział, jak zareagowałby na taką prośbę.

– Zbieraj swoje cztery litery do samochodu, jedziemy dalej - powiedział kierując się w stronę pobliskiego parkingu gdzie zostawili auto. - Trzeba by znaleźć jakąś parafię, może uda nam się odprawić Mszę św. w kościele.

– Oczywiście, jest rzeczą godną i sprawiedliwą sprawować Mszę codziennie, ale poczuć czasem ten eucharystyczny głód, też by nam źle nie zrobiło - powiedział Maciej z ociąganiem wstając z ławki.

– Gdybyś posłuchał mojej prośby i wziął „małego księdza” nie musielibyśmy szukać kościoła, bo moglibyśmy odprawić Mszę św. w dowolnym miejscu, nawet w hotelu - wypomniał koledze Mateusz. - A tak to musimy się rozejrzeć i coś znaleźć. Jeśli nie znajdziemy to będziesz miał radochę z poczucia głodu eucharystycznego. Dawaj jedziemy, tu niedaleko jest parafia w Długopolu, tam jest proboszczem chłopak, którego zna Piotrek, mój sąsiad.

– Dobra, już, już. Mój samochód, moje warunki, moje tempo - powiedział spokojnie Maciej zmierzając ku pojazdowi.

Po kilkunastu minutach jazdy dotarli do miejscowości Długopole i zaczęli się rozglądać za plebanią. Zapytali w końcu miejscowych i okazało się, że plebania jest w zupełnie innym miejscu, niż kościół, a - jak się dowiedzieli - Msza miała być o osiemnastej i zostało niewiele czasu więc pojechali bezpośrednio do kościoła. Otoczenie świątyni było uporządkowane, więc staranny wystrój świątyni ich nie zaskoczył. Pomodlili się przed tabernakulum a potem skierowali się do zakrystii. 

 – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - powiedział Maciej swoim rubasznym głosem tak, że był słyszany nie tylko w zakrystii, ale z pewnością w całym kościele a może i poza nim.

– Na wieki wieków. Amen - odpowiedział niemal karcącym szeptem ksiądz, najwyraźniej proboszcz, jakby chciał dać im do zrozumienia, że tutaj ludzie się modlą, proszę się nie wydzierać. Nie mógł wiedzieć, że Maciej nie potrafił mówić inaczej. - W czym mogę panom pomóc?

– Bo właśnie my jesteśmy księżmi, jesteśmy tu w Kotlinie Kłodzkiej na urlopie, i chcielibyśmy zapytać o możliwość koncelebrowania Mszy Świętej z księdzem proboszczem - powiedział Mateusz ściskając Macieja za łokieć, aby się nie wtrącał.

– Księża? - miejscowy proboszcz powiedział to z takim zdziwieniem, jakby wyznali przynajmniej, że są Marsjanami, po czym zmierzył ich wzrokiem od stóp obutych w sandały, przez krótkie spodnie, brzuch Macieja na wierzchu, t-shirty aż do ich niegolonych twarzy. Dopiero w tym momencie Mateusz zdał sobie sprawę, że stał przed nimi kapłan w sutannie, z nienagannie przystrzyżoną a prawdopodobnie wytrymerowaną brodą i wymodelowanymi włosami trzymanymi do kupy dużą ilością żelu. No po prostu kapłan jak z żurnala. No i jeszcze w lakierkach. 

– Jesteśmy kolegami księdza Piotra z… - powiedział ściszonym według siebie głosem Maciej, ale pewnie Łazarz nie musiałby czekać na Pana Jezusa, żeby powstać z martwych słysząc ten „ściszony głos”, co jeszcze bardziej zirytowało księdza z żurnala.

– Poproszę o wasze celebrety - przerwał Maciejowi tłumaczenie koneksji i na całe szczęści obaj mieli przy sobie te dokumenty potwierdzające ich status kapłanów przynależących do swojej diecezji, bo inaczej - Mateusz był o tym przekonany - ksiądz z żurnala pogoniłby ich w przysłowiowe diabły. Bez dyskusji obaj sięgnęli po dokumenty i przekazali je proboszczowi parafii.

– Księdza celbret stracił ważność w tamtym roku - powiedział do Macieja po dłuższej chwili studiowania obu dokumentów.

– O rany, najwyraźniej zapomniałem podbić, nieczęsto jeżdżę do kurii - Maciej tym razem naprawdę ściszył swój głos szukając zrozumienia u kapłana, ale znalazł dość lodowate spojrzenie.

– Czy ksiądz może mi zaręczyć, że kolega nie jest w żadnych karach kościelnych? - proboszcz zwrócił się do Mateusza.

– Niech no pomyślę… - próbował zażartować Mateusz, ale kiedy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem proboszcza natychmiast przeszła mu chęć do żartów. - Oczywiście, mogę zapewnić, że ks. Maciej nie jest w żadnych karach kościelnych.

– Dobrze. Zaufam księdzu - powiedział proboszcz. - Czy księża mają swoje alby? - zapytał chyba retorycznie, bo nie mieli przy sobie nic oprócz dokumentów. - Tak myślałem. Zaraz przyjdzie pan Marian i przyniesie alby dla księży.

Rzeczywiście po chwili pan Marian przyniósł im alby, które praktycznie od połowy były z koronki. Mateusz pamiętał takie alby z czasów, kiedy był małym dzieckiem. Były z całą pewnością piękne, wyprane, wyprasowane, ale bez sutanny pod spodem nie prezentowały się zbyt dobrze.

– Nie ma ksiądz innych alb? - wydawało się to niemożliwe, ale głos Macieja zniżył się do rejestrów, o które Mateusz nigdy go nie podejrzewał.

– No chyba nie ubiorę księży w alby dla ministrantów - odparł głosem nie znoszącym sprzeciwu miejscowy proboszcz, który nagle zaczął dziwnie przyglądać się Mateuszowi. - Czy ja księdza skądś nie znam?

– Nie sądzę, żebyśmy się gdzieś spotkali - powiedział Mateusz i był przekonany, że takiego księdza z żurnala raczej by nie zapomniał.

– A czy ksiądz czasami nie był w tamtym roku z dzieciakami na wakacjach nad morzem? - dociekał miejscowy proboszcz, który jeszcze nie zdążył albo nie miał ochoty się przedstawić.

– A rzeczywiście byliśmy z dziećmi i z młodzieżą nad morzem, ale szczerze mówiąc nie pamiętam, żebyśmy się tam spotkali - odpowiedział Mateusz.

– Nie, nie. Nie było mnie tam - stanowczo zaprzeczył proboszcz z Długopola. - Natomiast dziwnym trafem Facebook zaproponował mi relację z Mszy Świętej, którą… hmmm… sprawowaliście? Nie wiem jak to nazwać, w każdym razie: na plaży - dokończył kapłan z wyraźnym niesmakiem w głosie.

– Zgadza się. To byliśmy my - powiedział Mateusz z dumą w głosie, jakby wcale nie zauważył wyraźnej dezaprobaty w wypowiedzi miejscowego kapłana. - I muszę księdzu powiedzieć, że wiele osób uczestniczyło w tych Mszach i byli nam wdzięczni, bo inaczej wcale by w Mszy nie uczestniczyli.

– Jasne. Emocje. Uczucia. Nie wiem co to ma wspólnego z Mszą Świętą, ale wiem, że ludzie tego szukają. Ale nie wszystko czego ludzie szukają musimy im pozwolić znaleźć w Kościele. To nie biuro rzeczy zagubionych. Mam nadzieję, że wasza kuria odpowiednio się zachowała wobec takich nadużyć - ksiądz spojrzał na nich pytająco, a Mateusz i Maciej popatrzyli po sobie i zwłaszcza Maciej nie mógł się powstrzymać się od śmiechu.

– Nasza kuria ma ważniejsze sprawy na głowie - powiedział Maciej kiedy już się opanował.

– Tak, tak. Szuka się problemów tam, gdzie ich nie ma, a nie widzi się ich tam, gdzie one są naprawdę poważne. I potem się dziwimy, że nie ma ludzi w kościele - skwitował proboszcz Długopola.

– My się nie dziwimy, że ludzi nie ma w kościele. Po prostu próbujemy iść tam, gdzie oni są - odpowiedział Mateusz.

– Jasne - ksiądz z żurnala spojrzał na niego z politowaniem. - W klapkach i krótkich portkach. Życzę powodzenia. Pomódlmy się przed Najświętszą Ofiarą.  

 Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!