Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 383
Od historii z ks. Wiktorem i jego proboszczem Jarosławem minęło ładnych kilka tygodni i Mateusz nie miał żadnej informacji co do dalszego rozwoju sytuacji, a sam nie chciał do Wiktora dzwonić, a tym bardziej do Jarka. Jeśli jego blef nic nie dał, to chyba nawet lepiej, żeby Wiktor nic nie wiedział. W końcu Mateusz mu powiedział, że nie ma dla niego żadnej dobrej rady. I tak w nieco spowolnionym przez wakacje, ale jednak zawsze dość intensywnym codziennym wirze pracy Mateusz powoli zapomniał o tamtym zdarzeniu, kiedy niespodziewanie pojawił się Wiktor. Mateusz właśnie kosił trawę parafialnym traktorkiem, kiedy już z daleka zauważył sylwetkę Wiktora, a po chwili jego uśmiechniętą twarz.
- Szczęść Boże księże Mateuszu! - powiedział Wiktor próbując przekrzyczeć warkot silnika.
- Witaj, Wiktorze – powiedział Mateusz przekręcając kluczyk w stacyjce. - Nie mów, że znowu przychodzisz do mnie po radę. Po dziś dzień jest mi głupio, że ostatnio nie mogłem ci pomóc.
- Nie, nie, dzisiaj nie po radę. Właśnie jutro jedziemy z kolegami z roku na ten dwutygodniowy wypad na Słowację i Węgry – powiedział Wiktor.
- Aha, czyli jednak proboszcz cię puścił – ucieszył się Mateusz.
- Tak... - Wiktor się zamyślił. - Trochę mnie przetrzymał z decyzją, prawie do ostatniej chwili, w sumie już zgłosiłem kumplom, że nie jadę, ale ostatecznie powiedział, że mam jechać i dobrze wypocząć, żeby potem mieć siły na cały rok pracy. Ja właśnie w tej sprawie przyjechałem... Bo może jak ostatnio byłem, to oceniłem go zbyt pochopnie i może powiedziałem księdzu coś, co nie jest prawdą. W sumie może on nie jest takim materialistą i „psem ogrodnika”, jakim go namalowałem. Fakty są takie, że na mój urlop się zgodził i nawet nie musiałem jakoś się szczególnie prosić. No i przyjechałem, żeby osobiście księdzu o tym powiedzieć, żeby jakoś ksiądz nie był uprzedzony i to z mojej winy – zakończył Wiktor i uśmiechnął się przepraszająco a Mateusz miał pewność, że ks. Jarek nic nie wspomniał o ich rozmowie.
- Nie, no spoko stary! Cieszę się, że relacje z proboszczem dobre no i że będziesz miał trochę relaksu z kumplami. Ja też lubię Słowację i Węgry – powiedział.
- Najpierw wbijamy na koncert AC\DC w Bratysławie, a potem lecimy dalej – zapalił się Wiktor.
- Ostro! Myślałem, że te dziadki z Australii już poumierały, ale najwyraźniej jeszcze chcą trochę grosza zarobić – uśmiechnął się Mateusz i przez chwilę usiłował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio był na jakimś koncercie, ale bezskutecznie.
- Księże Mateuszu, ja będę uciekał – Wiktor wyciągnął rękę na pożegnanie.
- No to dajcie czadu! - uśmiechnął się Mateusz i uścisnął dłoń młodszego kolegi.
Jeszcze przez jakieś pół godziny kosił trawę, a potem zajechał traktorkiem do garażu. Po prysznicu usiadł na chwilę w fotelu, aby ochłonąć do końca i zastanawiał się, na ile jego rozmowa z „Makareną”, czyli ks. Jarkiem wpłynęła na jego decyzję o puszczeniu Wiktora na urlop w terminie, który pasował temu ostatniemu. Trochę sobie poschlebiał, że jego blef był decydujący, ale tylko trochę. Zresztą wcale nie był dumny ze swoich kłamstewek. Po chwili jednak jego myśli poszybowały ku temu dziwnemu pseudonimowi, pod jakim zapisał ks. Jarka w swojej komórce. Postanowił sprawdzić to w najlepszym źródle, czyli u swojego przyjaciela Macieja.
- No cześć pustelniku – powitał go Maciej, który odebrał już po pierwszym sygnale.
- Jaki znowu „pustelniku”? - zaperzył się Mateusz.
- No jak to jaki: nie odzywasz się, nie pojawiasz się, więc pomyślałem, że może wybrałeś jakąś formę życia ukrytego – droczył się z nim Maciej.
- Zaraz, zaraz, niech no sobie przypomnę – ripostował Mateusz. - Natomiast ty do mnie wydzwaniasz co chwilę i przyjeżdżasz co drugi dzień, tak? Dobrze pamiętam? Bo nie wydaje mi się, że droga od ciebie do mnie jest dłuższa niż ta ode mnie do ciebie, no i chyba rozmowy telefoniczne rozpoczynane przez ciebie też raczej nie kosztują więcej niż, kiedy ja dzwonię.
- Oczywiście, że nie – roześmiał się Maciej zadowolony z wywołanego efektu. - Zapomniałeś tylko o jednym, a mianowicie że poza bardzo wyjątkowymi sytuacjami to zawsze ty do mnie dzwonisz. I robisz to tak często, że nawet nie zostawiasz mi możliwości, żebym ja się mógł wykazać. To jedno. A drugie, to ty zdecydowanie częściej przyjeżdżasz do mnie i zostajesz na noc w gościnnym, bo jak twierdzisz, w swojej plebanii nie potrafisz się zrelaksować, bo ciągle masz wrażenie, że zaraz ktoś zadzwoni do drzwi z jakąś sprawą. A ja się nie stresuję u siebie, bo u mnie rzadko się ktoś dobija. Ergo: znacznie częściej jesteś ty u mnie, niż ja u ciebie. Capito?
- Co ty w ogóle chrzanisz? – powiedział Mateusz, ale już przy trzecim słowie zaczął żałować tego co mówił, bo krótka myślna skrutacja ostatnich miesięcy jasno wykazywała, że Maciej miał rację. To on prawie zawsze dzwonił i to on prawie zawsze jeździł do kumpla, a nie odwrotnie. - Z resztą nie będę się z tobą spierał o takie pierdoły.
- Bo nie masz żadnych argumentów – zaśmiał się Maciej. - Mów!
- No dobra, niech ci będzie. Kojarzysz księdza o ksywie „Makarena”?
- No jasne, Jaruś – bez namysłu odpowiedział Maciej. - A co z nim?
- No... - Mateusza przez chwilę korciło, żeby opowiedzieć całą sytuację, ale postanowił, że pozostanie ona między nim a Jarkiem, skoro nawet Wiktor nic nie wiedział, nie było sensu, żeby sprawa się rozeszła, choć akurat od strony Maćka był pewny absolutnej dyskrecji. - A nic takiego, po prostu nie mogłem sobie przypomnieć, dlaczego akurat tak go nazywają.
- Naprawdę nie pamiętasz? Jaruś był znany z tego, że często jak wychodził z kolegami klerykami, a później księżmi na jakąś pizzę, czy na lody, no w ogóle do jakiejś restauracji czy do baru i kiedy na koniec przychodziło do płacenia, to on zawsze niby się oferował, że zapłaci, a potem zaczynał klepać się po kieszeniach z przodu, z tyłu, na piersiach i tak w kółko, że niby szukał portfela, którego nigdy nie znajdował i zawsze musiał płacić ktoś inny. A to jego szukanie portfela wyglądało jakby tańczył makarenę właśnie, no i taka ksywa do niego przylgnęła – wyjaśnił Maciej ze śmiechem, a Mateuszowi wszystko poukładało się w jedną całość. Przypomniał sobie, jak podczas ich rozmowy Jarek kilka razy wspomniał o pieniądzach, że niby Wiktor ciągle chce wyciągać pieniądze z kasy parafialnej i że na wczasy jeździ do rodziców, bo ma wszystko za darmo. Przypomniało mu się też, jak podczas jednej konferencji, chyba jeszcze w czasach seminaryjnych, jakiś ojciec im opowiadał, że księżom różne wady się przytrafiają i grzechy, ale na starość wszystkie zanikają, poza jednym, poza skąpstwem. No ale może ks. Jarek był po prostu oszczędny? Mateusz zakończył ten wątek w swoich myślach słowami papieża Franciszka: „kim ja jestem, żeby oceniać?” Tym bardziej, że póki co Wiktor był zadowolony ze swojego proboszcza.
- Ej, pustelnik, jesteś tam jeszcze? - głos Macieja wyrwał go z zamyślenia.
- Taki ze mnie pustelnik jak z koziego zadka saksofon – odparł ze śmiechem Mateusz. - Słuchaj, a może wybierzemy się na jakiś koncert?
- Na koncert? Do filharmonii? - zdziwił się Maciej.
- No nie, nie o tym myślałem, chociaż może być i filharmonia. Ale myślałem o jakimś koncercie rockowym albo chociaż o Starym Dobrym Małżeństwie – Mateusz przypomniał sobie, że całe wieki temu byli z Maciejem właśnie na koncercie SDM-u.
- A co ci tak nagle do łba strzeliło? Najpierw się oddajesz życiu mistycznemu, a potem nagle na koncert rockowy? Ty się dobrze czujesz? Jeszcze tylko brakuje, żebyś se motor kupił...
- Motor na razie nie, chociaż kto wie? Ale co myślisz o tym koncercie? Może coś znajdziemy?
- Poważnie mówisz?
- Poważnie to się w trumnie leży. Po prostu jeszcze nigdzie w te wakacje nie byliśmy i pomyślałem, że można by jakiś koncercik obczaić przy okazji wypoczynku – powiedział Mateusz.
- Wiesz co? Zaczynam się o ciebie martwić... Albo pakuj się w tego twojego busa i przyjeżdżaj do mnie albo ja jadę do ciebie – powiedział z udawanym zatroskaniem Maciej.
- Nie przyjeżdżaj, przecież wiesz, że u mnie nie da się odpocząć – Mateusz nawiązał do wcześniejszej rozmowy.
- To ty u siebie nie możesz odpocząć, mnie tam u ciebie nic nie przeszkadza – zaśmiał się Maciej.
- W każdym razie, ja mam zastępstwo u siebie załatwione na kolejny tydzień, więc wybiorę się do ciebie w niedzielę popołudniu. Ale możemy naprawdę pojedziemy na jakiś koncert? - nie dawał za wygraną Mateusz.
- No dobra – jęknął Maciej. - Ale pod warunkiem, że mamy miejsca siedzące, a nie pogowanie na stojąco przed sceną. I z dobrą widocznością. I nie jakieś wyjce! I ty musisz coś znaleźć. I żebyśmy nie jechali na miejsce dwa dni. I żeby....
- Ciao! - Mateusz przerwał koledze i zakończył połączenie. Miał to, czego chciał i doskonale wiedział, że Maciej swoją listę zastrzeżeń mógłby ciągnąć w nieskończoność w nadziei, że Mateusz w końcu powie: „lepiej dajmy sobie z tym spokój”. Ale dosłownie kilka sekund później jego telefon zawibrował, ale numer, który się wyświetlił nie należał do Macieja.
- Ksiądz Mateusz, słucham.
- Szczęść Boże, księże proboszczu. Z tej strony Andrzej Nowak. Może mnie ksiądz nie kojarzyć, no ale po prostu zmarł nasz dziadek i musimy zorganizować pogrzeb. Wiemy, że trzeba przyjść do kancelarii, ale chcielibyśmy jak najszybciej ustalić termin, a resztę załatwimy jutro, jak będziemy mieć papiery z urzędu – powiedział głos z drugiej strony słuchawki.
- Przede wszystkim proszę przyjąć wyrazy współczucia, bardzo mi przykro z powodu waszej straty – powiedział Mateusz.
- Dziękuję. To kiedy moglibyśmy zrobić pogrzeb? - zapytał pan Nowak.
- No jest czwartek, pewnie chcielibyście przed niedzielą, więc może w sobotę – zaproponował Mateusz. Ludzie nigdy nie chcieli, żeby ciało leżało przez niedzielę i ten jeden jedyny raz Mateuszowi to wcale nie przeszkadzało.
- My byśmy woleli w poniedziałek, albo nawet jeszcze lepiej we wtorek, jak księdzu lepiej pasuje?
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!