TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 31 Sierpnia 2025, 20:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 379

Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 379

- Normalnie nie chce się wierzyć – powiedział Maciej i nerwowym krokiem ruszył w kierunku swojego wypasionego gramofonu, aby przełożyć na drugą stronę winylową płytę Dire Straits, której ciche dźwięki towarzyszyły ich rozmowie. Mateusz uśmiechnął się, bo mu się przypomniało, że śp. ksiądz Piotr Pawlukiewicz powiedział kiedyś, że jednym z powodów, dla których chciał zostać księdzem było to, że księża, których znał mieli świetny sprzęt stereofoniczny, a on zawsze chciał taki mieć. Zresztą Mateusz też szczerze mówiąc od zawsze marzył o prawdziwym gramofonie na winylowe płyty i w tym momencie zaczął się zastanawiać, dlaczego go jeszcze nie zrealizował. Może dlatego, że nie pamiętał kiedy ostatnio usiadł w fotelu z zamiarem posłuchania muzyki... Patrząc jednak na cały rytuał, którego dokonywał Maciej przekładając czarną płytę na drugą stronę, jak jeszcze zdmuchnął jakiś ewentualny kurz, zanim ją znowu położył i opuścił igłę, właściwie postanowił, że czas to marzenie spełnić. Ostatnio coraz mniej rzeczy, oczywiście oprócz sprawowania Mszy Świętej, robił z namaszczeniem, ze świadomością ukierunkowaną na tę konkretną czynność. Nieraz nawet modlitwy brewiarzowe jakoś tak szły z rozpędu, przy okazji, albo poszatkowane na drobne kawałki. Zdawał sobie oczywiście sprawę, że przygotowanie „z namaszczeniem” płyty do słuchania nie zrewolucjonizuje jego życia duchowego, ale mogło być jakimś małym kroczkiem. A poza tym wyglądało naprawdę super.
- Nie chce ci się wierzyć, że po piętnastu czy dwudziestu minutach skończyła się strona A płyty winylowej i musisz ją ręcznie przełożyć? - zaśmiał się Mateusz. - To trzeba było sobie playlistę z komputera puścić, a nie silić się na konesera muzyki.
- Nie o to chodzi, baranie – żachnął się Maciej na przyjaciela. - A poza tym nie zazdrość mi mojego gramofonu – powiedział już z uśmiechem, bo doskonale wiedział, że Mateusz od lat mówił o gramofonie, a tymczasem Maciej go zaskoczył i kupił go jako pierwszy. Delikatnie opuścił igłę na płytę i z kolumn popłynęły ciche, ale wesołe dźwięki „Industrial Disease”.
- To co w takim razie sprawia, że twoja wiara słabuje? - zapytał Mateusz. 
- No nie chce się wierzyć, baranie, że po tym jak wyświęciliśmy rekordową liczbę księży, okazuje się, że bilans po wakacjach i tak będzie negatywny – wyjaśnił młodszemu koledze Maciej i nieco ściszył zestaw stereo, bo piosenka była nieco bardziej dynamiczna, niż balladowe utwory z pierwszej strony.
- Jak to negatywny? - zdziwił się Mateusz.
- Jak policzymy ilu starszych księży odchodzi na emeryturę i ilu młodych ma wypalenie zawodowe i idzie na urlop, to tych nowych nie wystarczy, aby ich zastąpić – westchnął Maciej.
- I pomyśleć, że tych nowych mogło być jeszcze mniej – Mateusz ciągle miał w pamięci zrozpaczoną twarz ówczesnego diakona Bartka.
- O czym ty mówisz?
- Maciej, to co powiem pozostanie między nami, jak na spowiedzi, okay?
- Jasne – zwięźle zapewnił Maciej i Mateusz był pewien, że tak właśnie zostanie.
- Jak jechałem na święcenia w tamtym tygodniu, to po drodze spotkałem Bartka, który miał poważne wątpliwości, czy przyjąć święcenia – powiedział Mateusz i opowiedział przyjacielowi całą historię.
- No, ale jak ich widziałem w katedrze już po święceniach, to ten Bartek nie wyglądał na jakoś szczególnie zmieszanego, czy jakoś zestresowanego. Wygląda na to, że dość skutecznie przemówiłeś do niego – zauważył Maciej.
- Stary, nie stresuj mnie. Ja już dość mam fifra jak będzie dalej z tym Bartkiem, zwłaszcza jak widzę tych młodych księży co po paru latach posługi mają wypalenie zawodowe... Zresztą ja naprawdę go nie przekonywałem, ja mu tylko mówiłem o tym, że jestem szczęśliwym księdzem. No pomyśl sam: jakbyś chciał kogoś odwieść od zamiaru przyjęcia święceń, to wysłałbyś mnie?
- No pewnie! Przecież wystarczy na ciebie popatrzeć i żal się człowiekowi robi...
- Maciej! Proszę cię! Nie rób sobie jaj, to dla mnie ważne – przerwał mu Mateusz.
- Nie unoś się tak – uśmiechnął się Maciej. - Przecież wiesz, więc po co mnie pytasz. A swoją drogą, co za pacan z tego Bleńskiego... kurna, wielki prałat! Skończony cynik! Jak można takie głupoty gadać przy chłopakach, co mają za chwilę przyjąć święcenia, jakby nie dość mieli różnych obciążeń.
- No właśnie! - westchnął Mateusz.
- W każdym razie mamy księdza Bartka i trochę teraz będę się czuł jak Mały Książę z tą różą... No ale nie wiem, czy można coś zrobić, jak młody ksiądz twierdzi, że musi wziąć roczny urlop, bo się już wypstrykał...
- No widzisz, stary, wygląda na to, że my się po prostu obijaliśmy i dlatego mamy około trzydziestki kapłaństwa na karku i się jeszcze nie wypaliliśmy, a ci młodzi to od samego początku tak dają do pieca, że potem nie wyrabiają – zażartował Maciej.
- Najwyraźniej. Chyba trzeba im powiedzieć, żeby się trochę oszczędzali. Albo żeby ich proboszczowie oszczędzali – uśmiechnął się Mateusz.
- Czyli znowu okazuje się, że proboszcz może mieć tylu wikariuszy za ilu może wszystko zrobić – Maciej rzucił proboszczowskim sucharem.
- Dlatego my akurat nie mamy ani jednego, bo ledwie za siebie możemy się wyrobić – dodał jeszcze Mateusz, ale już nieco markotniejszym tonem, bo obaj przyjaciele dostrzegali powagę sytuacji i nie dało się tego przykryć dowcipami. Skoro nawet w roku najbardziej obfitym w neoprezbiterów bilans jest negatywny, to co będzie w kolejnych latach, kiedy święconych będzie znacznie mniej nowych kapłanów.

- A ja myślałem, żeby pójść na emeryturę państwową w wieku 65 lat, a może się okazać, że nawet po 75 latach będę jeszcze potrzebny, o ile Pan mnie wcześniej nie wyśle na błękitne manowce – powiedział Maciej, jakby czytał w myślach kolegi. - W każdym razie chłopaku, zrobiłeś dobrą robotę z tym Bartkiem. Pan Jezus wiedział kogo tam posłać.
- Obyś miał rację, brachu...

***

- No świetnie, że wpadłeś – Mateusz otworzył szeroko drzwi i wpuścił do środka księdza Bartka. Ciągle nie dawała mu spokoju sytuacja i dlatego zadzwonił do neoprezbitera i zaprosił go na kawę pod pretekstem ustalenia daty sekundycji w jego parafii. Co prawda nie bardzo łączyły go jakieś więzy z tą parafią, ale zawsze jest to jakiś moment modlitwy o powołania, a ponieważ tych dawno tutaj nie było, więc każda sposobność była dobra. A Mateusz miał wielką chęć, żeby z Bartkiem po prostu pogadać.
- Pierwszy raz jestem tutaj na plebanii – powiedział Bartek rozglądając się z ciekawością dookoła.
- No to pamiętaj, że możesz tutaj wpadać kiedy tylko chcesz – uśmiechnął się Mateusz.
- Jasne, dzięki – Bartek usiadł w fotelu i na pierwszy rzut oka wydawał się spokojny i zrelaksowany.
- No to jak tam Bartku twoje pierwociny? - zapytał Mateusz.
- Super, wszyscy się cieszą, w domu euforia, w parafii też – odpowiedział Bartek.
- Ale mnie bardziej interesuje, jak ty się czujesz.
- Zaskakująco dobrze – szczerze uśmiechnął się Bartek. - Pewnie powinienem księdzu podziękować...
- Bartek, naprawdę nie ma potrzeby...
- Jest potrzeba. Chciałbym, żeby ksiądz wiedział, że... No że decyzja była w 100 procentach moja. Zresztą ksiądz postąpił bardzo uczciwie i mnie do niczego nie namawiał. I chciałem podziękować właśnie za to. I za świadectwo o swoim kapłaństwie. Dzisiaj tak mało słychać dobrych świadectw od kapłanów. A znowu jak są, to często jakoś tak w kontrze do Kościoła... nie wiem jak to wyjaśnić, ale jakieś takie wrażenie ogólne panuje, że szczęśliwy ksiądz to taki, który sytuuje siebie gdzieś obok głównego nurtu Kościoła, a wszyscy inni to jacyś popaprańcy albo oportuniści. Nie wiem, czy ksiądz rozumie o co mi chodzi...
- Myślę, że tak Bartku i myślę też, że dzieje się tak dlatego, że ci, co się sytuują obok, są po prostu bardziej medialni, ale to nie znaczy, że w Kościele nie ma innych, a też szczęśliwych. Ale zostawmy innych. Naprawdę bardzo się cieszę, że wpadłeś do mnie. Opowiedz mi jeszcze, jak przeżywasz te chwile.
- Jak wspomniałem, wszystko jest dla mnie takie... budujące. Proszę sobie wyobrazić, że na Mszy prymicyjnej pojawiła się moja była dziewczyna, z którą się rozstałem na pół roku przed wstąpieniem do seminarium. No i muszę przyznać, że wtedy nie mogłem jej powiedzieć o swoich planach, z tej prostej przyczyny, że wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że pójdę do seminarium, tylko wydawało mi się, że ona jest za bardzo nastawiona na żeniaczkę i zacząłem „zawalać”. Umawiałem się z nią i nie przychodziłem, aż ona sama postawiła na mnie krzyżyk. Właściwie po maturze się już więcej nie widzieliśmy. Nie miałem pojęcia, co się z nią działo, bo ja za bardzo nie siedzę w mediach społecznościowych, no i ona się pojawiła na moich prymicjach. Podeszła do mnie, rozpłakała się i przez dobrych kilkadziesiąt sekund nie wypuszczała mnie z ramion. Aż paru księży się zaczęło podejrzliwie nam przyglądać – zaśmiał się Bartek. - No ale wreszcie kiedy mnie wypuściła z tego uścisku powiedziała, że ma wspaniałego męża i córkę, że znowu jest w stanie błogosławionym, więc jest absolutnie szczęśliwa. 

I opowiedziała mi, że kiedy po raz drugi, czy trzeci wystawiłem ją do wiatru na randce poszła wkurzona do kościoła, żeby się pomodlić i rozeznać, co ma dalej ze mną zrobić. Miała moje zdjęcie w portmonetce i wyciągnęła je, patrzyła się na to zdjęcie, popłakiwała i pewnie pomstowała na mnie, albo się żaliła Panu Bogu. I nie uwierzy ksiądz, ale w pewnym momencie chyba ktoś otworzył drzwi i jakiś taki powiew wiatru się utworzył, że to moje zdjęcie, które ona położyła przed sobą na klęcznik, na którym klęczała, ten wiatr porwał i poniósł pod sam ołtarz i zatrzymało się ono dokładnie w tym miejscu, w którym stoi kapłan podczas sprawowania Mszy Świętej. Ja nie wiedziałem co zrobię z moim życiem, a moja była wiedziała, że będę księdzem.

Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!