TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Lutego 2020, 01:54
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odc. 318

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odc. 318

Mateusz kładł się do łóżka z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, a może nawet więcej, z satysfakcją. Pierwszy dzień rekolekcji w parafii Macieja mógł zaliczyć do udanych. Maciej twierdził, że frekwencja była bardzo dobra, znacznie lepsza od średniej, pewnie pogoda też miała tu swoje znaczenie, bo niedziela była pięknym, lekko mroźnym, ale słonecznym dniem. Przede wszystkim liturgia Słowa a zwłaszcza Ewangelia wyjątkowo mu podpasowała, no i sama uroczystość Niepokalanego Poczęcia, która pozwoliła mu dużo mówić o Matce Bożej. O powołaniu. O wybraństwie. I w tym kontekście łatwo było mu dać świadectwo, powiedzieć trochę o sobie. Bardzo lubił takie właśnie przepowiadanie, kiedy głoszone Słowo było rzeczywiście skonfrontowane z jego własnym doświadczeniem. I chyba dokładnie z tego samego powodu tak trudno było mu mówić o cierpieniu, bo Pan Bóg naprawdę oszczędził mu takich doświadczeń. Ale akurat dzisiaj nic na ten temat nie musiał mówić. Poza tym taka niedziela, kiedy były tylko trzy Msze Święte i nikt się do niego nie dobijał z parafialnymi sprawami, mało tego, mógł zacząć dzień wspólną jutrznią z przyjacielem, który go gościł i odprawić cały brewiarz w odpowiednich godzinach, a nawet się zdrzemnąć popołudniu i poczytać trochę beletrystyki, to był komfort rzadko u niego spotykany. Pokój gościnny u Macieja był właściwie graciarnią, w której zgromadzone były wszystkie niepotrzebne meble, ale łóżko było naprawdę wygodne, a ciepła kołdra wynagradzała nieco niewydolny system ogrzewania. Zamknął oczy i myślał o jutrzejszych konferencjach, ale te myśli wydawały się być coraz bardziej odległe i właściwie już odpływał w niebyt, kiedy na szafce nocnej zaczął „warczeć” jego telefon komórkowy.

- To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe – wysapał wyciągając rękę w kierunku stolika przekonany, że coś w parafii musiało się wydarzyć, bo przecież nikt by nie dzwonił z jakąś bzdurą o tej porze.

- Słucham... - wychrypiał do telefonu.

- Szczęść Boże, księże Mateuszu, bardzo przepraszam, że dzwonię o tej porze. Z tej strony ksiądz Fabian – głos w słuchawce nie brzmiał zbyt znajomo.

- Ksiądz Fabian? - Mateusz nie potrafił sobie przypomnieć kolegi o takim imieniu.

- Poznaliśmy się dzisiaj, pomagałem spowiadać u ks. Macieja i jedliśmy razem obiad – wyjaśnił ksiądz Fabian, a Mateusz bardzo się zawstydził, że nie zapamiętał imienia księdza studenta z KUL-u, którego Maciej poprosił o pomoc w spowiadaniu już w niedzielę, bo jak twierdził, nie wszyscy będą mogli przyjść w pozostałe dni rekolekcji. Na swoje usprawiedliwienie mógł mieć fakt, że ksiądz Fabian właściwie się nie odzywał przy stole, więc nie bardzo miał jak zaznajomić się z jego głosem.

- Ach, rzeczywiście, przepraszam, ale już prawie zasnąłem i nie rozpoznałem głosu. Czy coś się stało księże? - zapytał Mateusz.

- Księże, wiem, że to niemal niedorzeczne, ale właśnie jestem w drodze do Lublina. Po posłudze u ks. Macieja pojechałem jeszcze do domu rodzinnego, no i teraz wracam do konwiktu i przejeżdżam koło was... No i pomyślałem, czy nie chciałby mi ksiądz poświęcić chwilę...

- Teraz? - Mateusz nie zdążył ugryźć się w język, choć doskonale wiedział, że jak ktoś potrzebuje pomocy, to pora nie gra roli. Ileż to razy mówił swoim parafianom, że w takich sytuacjach mogą przychodzić o każdej porze dnia i nocy, a co dopiero jak współbrat w kapłaństwie potrzebował rozmowy. Jeszcze gdzieś tam z tyłu głowy szatan szeptał mu, że przecież w tym konwikcie na KUL-u pewnie jest księży na pęczki, ale szybko odpędził tę myśl. - Księże Fabianie, już się ubieram, czy ksiądz tutaj wjedzie na plebanię, czy mam gdzieś podejść? - zapytał szybko zanim ks. Fabian potwierdził swoją wolę natychmiastowego spotkania.

- Nie chciałbym przeszkadzać księdzu Maciejowi, więc jeśli naprawdę nie jest to jakimś wielkim problemem, to tuż obok kościoła jest park. Gdyby ksiądz był łaskaw...

- Będę za pięć minut – powiedział Mateusz i przerwał połączenie. Szybko się ubrał i przez chwilę się zastanawiał, czy ma założyć sutannę i zdecydował, że jednak tak. Zszedł do kuchni, włączył ekspres do kawy i z szafki wyciągnął dwa jednorazowe kubki. U Macieja zawsze można było dostać kawę „to go”. Ucieszył się, że obok kubków były też saszetki z cukrem i małe kapsułki z mleczkiem do kawy. Co prawda sam pił czarną, ale nie wiedział, jakie były preferencje księdza Fabiana. Włożył saszetki i kapsułki do kieszeni płaszcza, wziął kubki z kawą i wyszedł na zewnątrz. Przyjemna rześkość słonecznego, mroźnego dnia nocą była mniej przyjemna z powodu braku słońca. Pogratulował sam sobie pomysłu z kawą.

- Szczęść Boże, księże przepraszam... Nie mogę! Naprawdę nawet kawę ksiądz zrobił? - księdzu Fabianowi zaświeciły się oczy na widok kubków z czarną kawą w dłoniach Mateusza.

- Kawa to podstawa! - uśmiechnął się Mateusz. 

- I może przestaniemy sobie „księżować”, ja jestem Mateusz i proszę mnie już nie przepraszać. Jeśli nie możemy liczyć na siebie nawzajem, to wszystkie te teksty o współbraciach w kapłaństwie możemy wyrzucić na śmietnik jako bezużyteczne slogany.

- A ja właśnie o tej bezużyteczności chciałem porozmawiać - wszedł mu w słowo Fabian, grzejąc obie dłonie gorącym kubkiem. - Ale najpierw muszę ci powiedzieć o pierwszych owocach twojego głoszenia. Siedziałem w konfesjonale i tuż po homilii podszedł mężczyzna i mówi, że nie spowiadał się kilkadziesiąt lat, ale twoja homilia go natchnęła, żeby się pojednać z Bogiem – uśmiechnął się Fabian.

- O, no to super! A powiedział co konkretnie go zainspirowało? - zapytał Mateusz.

- No tu może się nie ucieszysz, bo powiedział, że w pewnym momencie zaznaczyłeś, że to trzecia i ostatnia część twojej homilii i on pomyślał, że może dla niego to też jest trzeci i ostatni etap jego życia i postanowił się wyspowiadać.

- Aha... - Mateuszowi nie udało się ukryć lekkiego rozczarowania, że jednak nie chodziło o treść, z której przecież był taki zadowolony.

- No ale nie o moich penitentach chciałem porozmawiać, ale o moim kapłaństwie – powiedział patrząc na niego poważnie Fabian.

- Kapłaństwo jest piękne – bezwiednie powiedział Mateusz i szybko pożałował takiej sentencji rzuconej zanim jeszcze kolega sprecyzował jaki był jego problem.

- Piękno ludzie też różnie pojmują – powiedział Fabian i zamilkł. Przez chwilę spacerowali w milczeniu, ponieważ Mateusz tym razem nie chciał się wyrywać ze swoimi mądrościami.

- Wiesz, jak mówiłeś dzisiaj w kazaniu o swoim zdumieniu, że ten cały Edmund Bojanowski, taki święty człowiek i założyciel zgromadzeń zakonnych, nie został przyjęty do seminarium, a ty taki nędzny grzesznik jesteś księdzem i ciągle się dziwisz, jak to Pan Bóg wybiera, to ja sobie dokładnie to samo pomyślałem. Tylko, że nie znalazłem w sobie żadnej sensownej odpowiedzi. Nie rozumiem po co Bóg mnie wziął do tego kapłaństwa... Wiesz, właśnie wracam z domu rodzinnego... Moi rodzice są nauczycielami, już od dawna na emeryturze, ale są tacy dumni, że ich syn będzie księdzem profesorem, że jeszcze trochę i przestaną mówić do mnie „Fabian”, czy „synu”, a zaczną mnie tytułować „księże profesorze”... I na nic się nie zdaje tłumaczenie, że fakt wysłania mnie na studia specjalistyczne na KUL wcale jeszcze nie oznacza, że będę jakimś profesorem... Zresztą, oni sobie nie zdają sprawy, że ja na te studia zostałem wysłany, bo nie potrafiłem się odnaleźć na żadnym wikariacie i ksiądz biskup się zlitował...

- Co studiujesz? - zapytał zaciekawiony Mateusz, kiedy Fabian zamilkł.

- No właśnie, to jest kolejna rzecz bezużyteczna, języki klasyczne – Fabian nie ukrywał ironii.
- Pewnie biskup sobie pomyślał, że po łacinie żadnych szkód nie narobię. A w oczach moich rodziców z kolei, to jest po prostu szczyt nobilitacji. I tak się ciągle zastanawiam, co ja tutaj robię. Na razie to się toczy siłą inercji, ale nie wiem jak długo jeszcze mogę w tym wytrwać. No i słuchałem dzisiaj tego twojego kazania, że Bóg wybiera nas nie ze względu na nasze talenty i możliwości, że to ten wybór i powołanie, a nie nasze talenty czynią nas narzędziami w Jego rękach, że on nas przygotowuje i wyposaża, że nikt nie jest bezużyteczny, nawet pijaczek śpiący na chodniku, ale ja niestety nie widzę z siebie jakiegokolwiek pożytku w kapłaństwie – Fabian spojrzał na Mateusza bezradnie.

- Fabian, a... modlisz się jeszcze? - zapytał Mateusz.

Jeremiasz Uwiedziony 
Ilustracja Marta Promna

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne
i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!